Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

,

FEEL

A A A
“Feel”. EMI 2007.
To dobrze, że ten zespół wygrał tegoroczny sopocki festiwal. Ma krótką nazwę, a tytuł płyty to jednocześnie nazwa grupy, więc sponsorzy i patroni nie mieli problemów z umieszczeniem swoich symboli na przedniej stronie okładki. Jak nazywa się zespół? Zapytałem sam siebie, biorąc do ręki album. Czy nazywa się jak znana stacja radiowa? Jak znana stacja telewizyjna? Co? Ich nazwa jest identyczna z nazwą znanego portalu internetowego? Jednak nie, u dołu okładki małymi literami wykaligrafowano: Feel.

Odetchnąłem z ulgą, kiedy zakończyłem przesłuchiwać debiutancką płytę zespołu z Katowic, ulubieńca jury, publiczności, telewidzów i internautów. Feel jest grupą w perfekcyjny sposób nijaką, bez własnego stylu, która przekazuje słuchaczom, że nie ma im nic do przekazania. Ani muzycznie, ani tym bardziej lirycznie. Odpowiedzialny za te dwie dziedziny wokalista i gitarzysta Piotr Kupicha infantylność, grafomanię i zdolność pisania o niczym serwuje bez ograniczeń.

„Napisz krótki list/ opisz siebie w nim/ otwórz oczy i poczuj chłodny świt” („W odpowiedzi na Twój list”), „Blady świt zastał mnie/ ja czuję jak ta cisza kołysze mnie” („W ciemną noc”), „Mówisz o wolności/ głos rozpuszcza łzy” („Nasze słowa, nasze dni”), „Wiatr kołysze nas/ niszczy góry plącze las/ ale ty na miłość nie masz tyle czasu/ nie wiem co będzie/ więc przytul się jeszcze raz” („To długa rzeka”), „Kołyszę się bo wieje wiatr/ to nie tak wiatr kołysze ciszę” („Ale kiedy przy mnie śpisz”). Podobne przykłady można by mnożyć. Kupicha denerwuje swoją nieznośną, wystudiowaną manierą wokalną, manewrując między falsetem, westchnięciami (wszystkie „och!” i „ach!”), a z drugiej strony gardłowaniem niczym Piotr Rogucki z Comy, tudzież Artur Gadowski z IRY, choć zupełnie nie wiadomo dlaczego to robi.

Przerażenie wzbudza również muzyka, która balansuje między nawiązaniami do zjadającego własny ogon indie rocka („A gdy jest już ciemno”), a pretensjonalnym graniem a la Perfect („Nasze słowa, nasze dni”). W poczynaniach zespołu brak jest szczerości, natomiast zbyt wiele jest tu patosu i domorosłej poezji wzbudzającej gastryczną gorączkę. Nie zdziwię się, jeśli trzecia płyta zespołu będzie nosiła tytuł „The Best of...”. Politykę majorsów drąży głupota, bezguście, wtórność i krótkowzroczność, natomiast informowanie o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą zła muzyka i jej propagowanie, jest cały czas jednym z najbardziej istotnych zadań krytyki artystycznej.