Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Aurelia Kostecka,

THE LIBERTINES

A A A
“Time for Heroes –The Best of the Libertines”. Sonic 2007.
A gdyby tak – w drodze eksperymentu – przenieść się w czasie i mityczny Albion zastąpić współczesną Anglią, słynnych Lakistów nazwać The Lakes, a twórczość literacką angielskiej bohemy podszyć gitarowym brzmieniem? Wyszłoby z tego, wierzcie lub nie, coś na wzór The Libertines. I choć porównanie to wydaje się być trochę na wyrost, to dobrze się stało, że dekadenccy romantycy przypominają o sobie po latach milczenia. Szkoda tylko, że powracają ze składanką z cyklu „The Best Of”.

Na początku był chaos – jak to zwykło bywać w przypadku rockowych grup. Tak też miała się rzecz z The Libertines. Zresztą ów chaos stał się szybko znakiem firmowym grupy, a jej bezapelacyjni liderzy: Pete Doherty i Carlos Barat tworzyli prawdziwie wybuchową mieszankę. Poznali się w 1996 roku dzięki siostrze Pete`a. Ta spostrzegła w obu panach niespożyty, komplementarny potencjał, który należało koniecznie spożytkować. Tak też narodził się pomysł na założenie rockowego bandu. Muzyczny tandem okazał się jednak niewystarczający, aby szturmem zdobywać listy przebojów. Z tego też powodu statek o nazwie „The Libertines” wyruszył na szerokie wody show biznesu dopiero w 2002 roku – po dołączeniu do grupy Johna Hassalla i Gary`ego Powella.

Dwa niezłe albumy, niezliczone skandale, narkotyki, alkohol oraz ciągłe rozstania i powroty wystarczyły, by czwórkę Brytyjczyków rodem z Londynu okrzyknąć głosem młodego pokolenia. Zarówno ich muzyczne, jak i prywatne poczynania z uwagą obserwowała cała Anglia. I trzeba przyznać, że ilością nieprzychylnych publikacji w podrzędnych tabloidach bili na głowę nawet słynnych braci Gallagher. No cóż, niełatwo spotkać grzecznych facetów z East Endu, a już na pewno nie można ich spotkać w The Libertines.

W swej krótkiej i burzliwiej karierze czwórka Brytyjczyków dorobiła się zaledwie dwóch albumów studyjnych: „Up The Bracket” (2002) i „The Libertines” (2004). Być może muzykom udałoby się przedłużyć żywot zespołu gdyby nie narkotykowe problemy Pete`a. W konsekwencji gitarzysta i wokalista był wielokrotnie wyrzucany z grupy. W końcu miarka się przebrała i zespół ostatecznie poinformował o jego przymusowym odejściu z zaznaczeniem, że gdy tylko Pete upora się z narkotykowymi demonami, może ponownie zasilić szeregi grupy. Niestety, nigdy do tego nie doszło, a krótko po odejściu Doherty`ego zespół zakończył swoją działalność.

Po trzech latach od wydania ostatniego krążka The Libertines postanowili o sobie przypomnieć. A wszystko to za sprawą płyty “Time For Heroes –The Best of The Libertines”. Nadarza się więc świetna okazja, aby ponownie wysłuchać genialnego „Up The Bracket”, czy zanucić melodyjne „Don`t Look Back Into The Sun”. Rewelacyjna składanka będąca kwintesencją rockowej alternatywy. Rewelacyjna tak jak sami The Libertines. I co najważniejsze – szczera. A szczerości we współczesnym show biznesie można by ze świecą szukać.