Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Magdalena Kempna-Pieniążek,

O ŻYCIU, LITERATURZE I BAWARSKICH CIASTECZKACH

A A A
„Oto opowieść o Haroldzie Cricku i jego zegarku” – oświadcza głos Emmy Thompson w jednej z pierwszych sekwencji filmu „Przypadek Harolda Cricka”. Tak naprawdę jednak dzieło Marca Forstera jest dość ciekawym splotem dwóch historii. Bohaterem pierwszej z nich jest wzmiankowany wyżej, wiodący przeraźliwie nudne i puste życie pracownik urzędu skarbowego o imieniu Harold (Will Ferrell), druga ukazuje zmagania brytyjskiej pisarki, Karen Eiffel (Emma Thompson), która Harolda stworzyła, ale z jakichś względów nie potrafi ukończyć powieści o jego życiu i – co ważniejsze – śmierci. Określenie „splot historii” należy przy tym rozumieć dosłownie – „Przypadek Harolda Cricka” nie jest bowiem filmem o pisaniu powieści, w którym świat pisarza i świat utworu funkcjonują równolegle, nie przenikając się. Angielski tytuł dzieła: „Stranger Than Fiction” (Dziwniejsze niż fikcja) jest jak najbardziej trafny – czy bowiem nie jest dziwna sytuacja, w której pisarz spotyka stworzoną przez siebie, fikcyjną postać i uświadamia sobie jej realne istnienie?

Teoretyk literatury, taki jak profesor Hilbert (Dustin Hoffman) z filmu Forstera, z pewnością stwierdziłby w odpowiedzi na zadane wyżej pytanie, że to w gruncie rzeczy nic specjalnego. Podobny chwyt stosowało już wszak kilku pisarzy, łącznie ze Stephenem Kingiem, który w jednym z tomów „Mrocznej wieży” pozwolił się osaczyć stworzonym przez siebie postaciom. Ów teoretyk literatury zauważyłby też pewnie, że narrator powieści zwykle sam jest pewną kreacją, niemożliwą do utożsamienia w pełni z samym autorem. Idąc dalej, badacz ten mógłby stwierdzić, że w zasadzie ponad dwiema opowiedzianymi w filmie historiami unosi się duch jeszcze jednego narratora: tym razem filmowego, z perspektywy którego Karen jest postacią fikcyjną tak samo jak Harold. Tak jak zdanie „Oto opowieść o Haroldzie Cricku i jego zegarku” ustanawia trzecioosobowego, tak zwanego wszechwiedzącego narratora, tak scena ukazująca Harolda miotającego się po łazience w poszukiwaniu źródła tajemniczego głosu snującego opowieść o jego życiu konstytuuje analogiczny typ narracji na poziomie filmowym (wszak Karen nie wie – a wie to filmowy narrator – że Harold słyszy jej głos). Nie trzeba dodawać, że teoretyk literatury miałby całkowitą rację. Czasem jednak opłaca się nie być literaturoznawcą, a jeśli już się nim jest – na chwilę o tym zapomnieć.

Choć łatwo byłoby interpretować „Przypadek Harolda Cricka” jako mieszczące się w granicach sztuki postmodernistycznej dzieło o istocie pisarstwa oraz meandrach mimesis, odpowiedź na pytanie dotyczące tego, o czym przede wszystkim traktuje film Forstera, jest zaskakująco banalna: o życiu. A konkretnie o życiu i „całej reszcie”, czyli na przykład miłości, potrzebie bliskości, samoświadomości, samospełnieniu, ironii codziennych wydarzeń i… bawarskich ciasteczkach.

Tytułowy bohater filmu żyje w skrajnym marazmie: jego istnienie sprowadza się do machinalnie i bezrefleksyjnie wykonywanych czynności. Byłby Harold w swej bezdusznej pedantyczności jakimś wariantem Adasia Miauczyńskiego z „Dnia świra” (każdy jego dzień jest doskonale zaplanowany, łącznie z ilością pociągnięć szczoteczką w trakcie porannego mycia zębów), gdyby nie fakt, że nie posiada ani tak bujnego życia wewnętrznego ani tylu kompleksów. Pustkę jego istnienia oddaje doskonale wystrój jego mieszkania przypominającego wygodny i zupełnie bezosobowy pokój hotelowy. W odróżnieniu także od Adasia Miarczyńskiego, Harold staje przed możliwością wyjścia z błędnego koła swojej codzienności. Pewnej środy, pozornie takiej samej jak wszystkie inne, podczas porannego mycia zębów bohater zaczyna słyszeć kobiecy głos dosłownie opowiadający o jego życiu. Stopniowo zaczyna sobie uświadamiać, że jest bohaterem narracji i to właśnie uzmysłowienie sobie, że jego czyny nie są całkowicie zależne od jego woli, staje się jednym z powodów zmiany jego stosunku do własnego istnienia. Jednym, lecz nie jedynym; drugim jest – i to już efekt narracyjnych zabiegów Karen Eiffel – zauroczenie odważną i samodzielną Aną (Maggie Gyllenhaal), właścicielką piekarni, w której Harold ma za zadanie przeprowadzić kontrolę podatkową. Z jednego z fragmentów narracji Harold dowiaduje się, że wkrótce zostanie – jako główny bohater powieści – uśmiercony. Fakt ten skłania go do podjęcia momentami rozpaczliwej walki o przetrwanie.

Tezy filmu Forstera są proste i oczywiste, dotyczą głównie tego, że prawdziwe człowieczeństwo tkwi w umiejętności samodzielnego kreowania swego życia, podejmowania wyborów ze świadomością, iż mogą okazać się one błędne, umiejętności wyrażania uczuć, otworzenia się na drugiego człowieka i hołubienia najskrytszych, nawet najbardziej dziwacznych marzeń, bo to przecież one nadają barwy istnieniu. Nieco ciekawiej rysuje się postać Karen – zdziwaczałej pisarki-samotniczki, żyjącej na krawędzi rzeczywistości i fikcji, w odcięciu (spowodowanym zapewne ukrytymi lękami) od innych ludzi, postrzeganych – tak jak narzucona jej przez wydawnictwo asystentka Penny Escher (Queen Latifah) – jako intruzi. W końcu jednak i ona przekonuje się, że czasem warto opuścić swą bezpieczną skorupę, by nawiązać kontakt z kimś, kto może się okazać bratnią duszą. Być może w innym filmie to proste przesłanie irytowałoby lub byłoby całkowicie nieprzekonujące. Na szczęście dzieło Forstera cechują pełnia wdzięku, subtelna ironia, wyważony humor, doskonałe aktorstwo i zaskakująco dobre jak na stosunkowo kameralną opowieść zdjęcia. Wszystko to ratuje „Przypadek Harolda Cricka” od naiwnego optymizmu i pretensjonalności.

Podobnie jak jeden z wcześniejszych filmów reżysera, słynny „Marzyciel”, opowieść o Haroldzie jest małym traktatem na temat wzajemnej relacji życia i literatury. J. M. Barrie (Johnny Depp), który czerpał natchnienie i szereg motywów do swojego „Piotrusia Pana” z więzi łączącej go z rodziną Llewelyn Daviesów, mógłby być przy tym uznany za całkowite przeciwieństwo zamkniętej w swym małym świecie, zakompleksionej Karen. Przesłania obu dzieł są jednak sobie w jakiś sposób bliskie, kierują uwagę na terapeutyczną rolę literatury oraz ocalającą funkcję marzeń. Wskazują przy tym na fakt, iż powieść (lub sztuka) – jakkolwiek nie byłaby piękna – nie może zastąpić autentycznych wartości czerpanych z relacji z drugim człowiekiem.

To właśnie pod wpływem spotkania z Haroldem Karen w ostatniej chwili zmienia zakończenie swojej książki. Komentując ten gest w rozmowie z profesorem Hilbertem, jest w pełni świadoma, że jej powieść nie stanie się arcydziełem, do rangi którego mogłaby urosnąć, gdyby autorka spełniła swój pierwotny zamiar. W jednym z ostatnich zdań książki pisarka tłumaczy, że fikcja – tak samo jak dotyk ręki bliskiej osoby, przyjacielskie wsparcie i bawarskie ciasteczka – jest jednym z tych elementów, które na płaszczyźnie codzienności „ratują” nam życie. Za taką cenę warto czasem porzucić zamysł arcydzieła po to, by móc wyciągnąć dłoń do stojącej obok osoby. Doskonałe to podsumowanie dla obrazu takiego jak „Przypadek Harolda Cricka”. Można byłoby bowiem snuć krytyczne uwagi dotyczące (i tak niewielkich) niedoskonałości tego filmu, zastanawiać się, czy inaczej postawione akcenty uczyniłyby z niego dzieło z prawdziwego zdarzenia. Ale w zasadzie po co? Happy endy, nawet trochę naciągane, są nam przecież potrzebne. Tak jak potrzebne są dobrze zrealizowane, zabawne, ciepłe filmy z prostymi przesłaniami, dzięki którym łatwiej jest z uśmiechem rozejrzeć się wokoło.
„Przypadek Harolda Cricka” (Stranger Than Fiction). Reż.: Marc Forster. Scenariusz: Zach Helm. Obsada: Will Ferrell, Emma Thompson, Queen Latifah, Dustin Hoffman. Gatunek: komediodramat. USA, 2006 113 min.