Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Ewa Szkudlarek,

ZARAZ WRACAM

A A A
Codzienność jest trudna dla literatury teatru, ale Marek Fiedor odważył się pokazać sztukę Tadeusza Różewicza „Wyszedł z domu” na scenie Malarni Teatru Polskiego w Poznaniu. Spektakl ukazuje problem nawiązywania intymnej, głębokiej relacji z drugą osobą, która wspomaga budowanie tożsamości, stwarza poczucie bezpieczeństwa, wreszcie jest elementem służącym integracji psychicznej i czynnikiem umożliwiającym odnalezienie własnego miejsca na świecie.

Właściwie można przypuszczać, że w minionych latach sztuki Tadeusza Różewicza znikły z teatralnych afiszy, ale w ostatnich sezonach teatralnych zaczynają na nie powracać. Reżyserzy młodzi i najmłodsi, krytycy i widzowie coraz częściej sięgają po dramaty tego pisarza. Napisana w 1992 roku „Kartoteka rozrzucona” stała się symbolicznym pożegnaniem dramatopisarza ze sceną. Różewicz jako autor stał się także reżyserem własnej sztuki, można mniemać, iż spełniło się jego marzenie o wzajemnym współtworzeniu dramatu przez teatr. Czy to ostatni dramat i czy autor doprawdy zamilkł? Wprawdzie w roku 2005 napisał dramatyczny pamflet na telewizję pod tytułem „Trelemorele: scenariusz telenoweli dla telewizji publicznej i prywatnej”, to jednak „Kartoteka rozrzucona” jest utworem – dopełnieniem dla debiutanckiej „Kartoteki” i klamrą – spinającą wszystkie jego sztuki. Jednak owe „rozrzucone” kartki dramatów są niedokończonym katalogiem, który czeka na ułożenie podczas scenicznych reinterpretacji.

Jeden z przedstawicieli nowej generacji dramaturgów – Paweł Sala na łamach miesięcznika „Teatr” przyznaje, że mógłby „dokonać swoistej dekonstrukcji tekstów Różewicza i przywłaszczyć sobie jego zdania, układając je na nowo. Powstałby w ten sposób mój osobisty, intymny dziennik. Nie byłby to dziennik dramatopisarza czy jakiegoś tam artysty, tylko dziennik zwykłego człowieka.”

Spektakl „Wyszedł z domu” ukazuje codzienną egzystencję, wtłoczoną w ramy niewielkiego mieszkania i duszącej się w nim rodziny, która już od dawna przestała ze sobą rozmawiać. Rzecz rozgrywa się w dwóch planach: pierwszy to gra w przypomnienie (rysopis zaginionego, portret pamięciowy męża, codzienne rytuały ojca), drugi to udawanie, że wszystko jest w porządku (uśmiech stosowny do sytuacji, beztroskie oglądanie telewizji, zwyczajny powrót ze szkoły). Monolog Ewy w wykonaniu Ziny Kerste, uświadamia widzowi, że choć kobieta jest uzbrojona w słowa, to w rzeczywistości jest bezbronna, naga i opuszczona. Ewa modli się i płacze przy kuchennym stole. Kurczowo trzyma kubek w delikatnej dłoni, ociera nerwowo łzy i obiecuje solenną poprawę. Jej liryczne wyznanie to buntownicze zażalenie skierowane do Boga, który jest nieobecny w trudnych momentach życia, podobnie jak mężczyzna „wchodzący z domu” w sytuacji problemowej. Znużona Ewa –Penelopa zasypia i staje się Ewą – Uwodzicielką. Jest świadoma piękna własnego ciała, ale także jego brzydoty związanej z upływem nieubłaganego czasu. Ewa – Kusicielka nie chce tylko patrzeć na siebie, pragnie smakować i doznawać rozkoszy z ukochanym mężczyzną. Bohaterka dobitnie zaznacza:

„nie tylko ja czekam na niego
ale i moje ciało
chciałam powiedzieć
że nie tylko moja dusza”

Do uśpionej Ewy przychodzą zalotnicy. Grupa mężczyzn w ciemnych garniturach z głowami owiniętymi białym bandażem jest teatralnym ucieleśnieniem pierwotnych instynktów człowieka. Zachowują się jak zwierzęta (węszą, liżą), ale i mordercy (penetrują, gwałcą). Ta scena ukazuje nie tylko próbę zaspokojenia popędu seksualnego dzięki pracy podświadomości w marzeniu sennym, uświadamia, że natura ludzka jest okrutna, bezwzględna i zależna od dyktatu biologii. Człowiek jest poddany regułom rządzącym w świecie przyrody. Gdy gasną światła widzimy śpiącą Ewę w pozycji embrionalnej, w ten sposób zostaje zamanifestowane kolejne – niemożliwe do zaspokojenia – pragnienie powrotu do macierzyńskiego łona.

Grzegorz Niziołek w książce poświeconej twórczości Różewicza „Ciało i słowo” pisze: „Ewa zawsze wychodzi od biologii, cielesności – to także grunt, na którym chce zrekonstruować Henryka, wypełnić pusty szablon społecznej roli (męża, ojca, członka społeczeństwa). Obdarzona jest darem mowy i dramatyczną aktywnością (...) Henryk (...) jest całkowicie bierny, jedyny odruch, jaki mu pozostał, to odruch ucieczki”.

Bohaterka sztuki „Wyszedł z domu” istnieje poprzez ciało i nadane mu społeczne role. Czuje, że powinna dla dobra rodziny i domu poświęcać się jako żona i matka. Ewa nie zastanawia się, czy przyprowadzony przez sanitariuszy mężczyzna z zabandażowaną głową to na pewno jej mąż, ważne, że wrócił do domu. O tej chwili rozpoczyna pracę nad odzyskiwaniem jego pamięci i robi to tak, że wierzymy, iż każdego Henryka można przysposobić do roli męża. Tym bardziej, że żona zapewnia: „Jeśli chodzi o sprawy osobiste, intymne, o całą sferę kuchni, miłości to ja go odbuduję, ale do polityki nie mam głowy”. Ewa staje się nauczycielką życia, zdecydowanym i podniesionym głosem rozpoczyna rozmowę z mężem, która przeradza się w alfabet wspomnień (sceny z dzieciństwa, zmiana wstydliwego nazwiska, poplamione wizytowe spodnie), werbalną tresurę (powtarzanie nazw sosów i części ciała), rozpoznanie mapy ciała (to jest pierś – pectus i sutek – mamma). Jest wymagająca (krzyczy – „powtórz jeszcze raz”) i cierpliwa (prosi – „przypomnij sobie”). Wprawdzie zdarzenia w pamięci Henryka zostają uaktywnione dzięki doznaniom cielesnym, to komediowo–erotyczna scena w łazience z małżonkami uświadamia, że proces odbudowy osobowości jest pozorny, to raczej dekonstrukcja człowieka. Okazuje się, że o najbliższych osobach wiemy niewiele, a gdy wychodzą z domu, odjeżdżają na kraj świata lub odchodzą na zawsze pozostaje trochę pożółkłych wspomnień, kilka zdań ze śniadaniowych rozmów, jakieś szkolne przygody i niedokładny rysopis. Ewa jako żona nie może sobie przypomnieć koloru oczu męża, a córka przypuszcza, że ojciec jest blondynem i na pewno nosi okulary. Dla Gizeli „papa właściwie jest nijaki (...) taki jak wszyscy”.

Rola Henryka, z którą zmierzył się Piotr Kaźmierczak, jest trudna do zagrania. Nie jest to mąż stanu i przykładny ojciec jak Henryk w „Nie-boskiej komedii” Krasińskiego, ani żołnierz i zagorzały tradycjonalista jak Henryk ze „Ślubu” Gombrowicza, lecz człowiek, który wraca znikąd, z królestwa bez pamięci, krainy bez przeszłości. Hasła i frazesy III RP czytane w „Gazecie Wyborczej” nie pozwalają na ułożenie określonej wizji świata. To męczy Henryka, dlatego jego ciało wymiotuje z powodu nadmiaru informacji, zagorzałych konfliktów i serii przesłuchań. Jednak Kaźmierczakowi udało się stworzyć nie tylko portret bezradnego mężczyzny, ale także „człowieka bez właściwości” społecznych i politycznych.

Poszczególne sceny z życia rodziny Lewandowskich obserwujemy w nowoczesnej, ascetycznej, połyskującej odblaskiem metalu kuchni. Taka scenografia ukazuje brak więzi i dialogicznego porozumienia między członkami rodziny, ów „brak” zostaje zaznaczony dosłownie – zimnem metalu i chłodem oszronionej lodówki. Monika Jaworowska stworzyła scenografię, która pokazuje, że współczesne wnętrza są niemalże sterylne, nie ma w nich ciepła, nie czuć zapachu potraw, trudno zauważyć znaki obecności żywego człowieka. Kuchnia to także rodzaj scenicznego laboratorium, które pozwala także odsłonić skrywane uczucia i tęsknoty. Wewnętrzne monologi aktorów i pełne emocji twarze widzimy w sekwencjach pokazywanych na ekranie, który raz jest w lodówce a innym razem w łazience. Widz czuje się chwilami jakby oglądał program talk – show i słuchał intymnych zwierzeń, które nie wiadomo na ile są szczerym wyznaniem, a na ile telewizyjną paplaniną, mającą służyć tylko temu, by zaistnieć w ramce szklanego ekranu. Kuchnia jako miejsce nie służy spotkaniom, nie sprzyja też rodzinnej biesiadzie, albowiem aktorzy wchodzą na chwilę, by wziąć coś do jedzenia z lodówki i popatrzeć na telewizję lub usłyszeć jakiś news w radiu. Dopiero w scenie finałowej udaje się pani domu – Ewie Lewandowskiej zgromadzić rodzinę wokół stołu. Zupa nalewana z porcelanowej wazy przypomina o tradycyjnych zachowaniach i manierach rodziny mieszczańskiej. Cóż, jednak nawet pierwsze danie nie jest przeznaczone do konsumpcji, staje się pretekstem do wypowiadania różnych wymówek, złośliwych uwag, czy nieprzyjemnych wyzwisk. Aktorska zabawa w plucie zupą odwzorowuje relacje interpersonalne – spotkania rodzinne, zebrania służbowe, posiedzenia sejmu służą coraz częściej wzajemnym oskarżeniom. Właśnie pod pozorami konwenansów, ugrzecznionych ról, społecznych etykiet społeczeństwo ulega manii „opluwania”. Ta zbiorowa scena bawi, rozluźnia napięcie, ale też dotyka i boli. Chociaż po minionej epoce ostatecznie zanikły tak znienawidzone przez klientów napisy „zaraz wracam”, to nowe czasy wcale nie są wolne od uprzedmiotowienia jednostki, niesamodzielności duchowej i nędzy egzystencji.

Śmieszy codzienność zachowań na scenie. A gdy opada kurtyna – łatwo „wyjść” z teatru, ale o wiele trudniej wydostać się z marazmu dnia powszedniego. „Wychodząc z domu”, nigdy się nie wie, jak daleko można dojść na szczyt, utknąć na mieliźnie lub stoczyć się w dół. Czy można zawrócić w porę, by nie roztrzaskać swojego istnienia o twardy bruk?
Tadeusz Różewicz: „Wyszedł z domu.” Reż.: Marek Fiedor. Scenografia: Monika Jaworowska. Reżyseria świateł: Wojciech Puś. Premiera: 30 marca 2007 w Teatrze Polskim w Poznaniu.