Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Paweł Lekszycki, Marcin Zegadło,

NIE LUBIĘ OPTYMISTÓW

A A A
Z Marcinem Zegadło rozmawia Paweł Lekszycki
Paweł Lekszycki: Marcinie, „Monotonne rewolucje” to książka będąca, jak chce ją widzieć Arkadiusz Frania, apetycznym kąskiem dla amatorów „liryki przesyconej niepokojem aury metafizycznej”. Wybacz prostotę i banalność pytania, ale czy miejsce zamieszkania, „klasztorna antena wbita w bezkres Nieba”, warunkuje taki rodzaj uprawianej przez Ciebie poezji? Taki typ mistycyzmu?

Marcin Zegadło: Pawle, pytania o Częstochowę, o klasztor i religijność „tutejszych” to w pewnym sensie standard. Dlatego niepotrzebnie wyjaśniasz rzekomą banalność swojego pytania. Pytanie należy do często zadawanych, przez co zacząłem traktować je jako naturalny odruch wszystkich tych, którzy zamieszkują poza Częstochową. Do meritum. Nie widzę w „Monotonnych rewolucjach” „mistycyzmu”. Nie pamiętam już recenzji Arkadiusza, dlatego trudno mi się do niej odnieść. „Monotonne rewolucje” to raczej opowieść o szukaniu odpowiedniego dla siebie miejsca zarówno „w życiu” jaki i „w języku” lub „na językach” innych. Pomimo tego, że jestem katolikiem, nigdy nie zauważałem szczególnego wpływu mojego miejsca zamieszkania na sposób widzenia świata. Możliwe, że stało się coś poza mną, o czym nie wiem i nie będę potrafił ci opowiedzieć. Myślę, że wyjaśnieniem dla twojego pytania jest fakt, że niemal 100% tekstów, które znalazły się w „Monotonnych...”, powstała w Łodzi, gdzie mieszkałem ponad 6 lat.

P.L.: Przejmująca konstrukcja bohatera lirycznego „Nawyków ciał śpiących” i melancholia tego tomu skłania do takiej oto refleksji: życie jest pasmem niespełnień, szczęście jest nieosiągalne a człowiek samotny… Z czego wynika ów głęboki pesymizm?

M.Z.: Nie wiem Pawle, czy bohater tych wierszy to pesymista. Nie wydaje mi się, że pesymizm właśnie sprawia, że w ten a nie inny sposób definiuje on świat. Rzeczywiście trudno uznać go za typ pogodnego bywalca bankietów. Mimo to nie jest on nadal osobą, której z czystym sumieniem można powierzyć opiekę nad chorą babcią. „Nawyki” to książka o odchodzeniu, przede wszystkim jednak o tym, że nic nie jest na zawsze. To książka służąca zdecydowanemu pogorszeniu samopoczucia.

P.L.: Czy rzeczywiście jest tak, że emocjonalny chłód i uczuciowa neutralność błąkającego się po meandrach wspomnień bohatera lirycznego jest desperacką obroną przed zagładą? Czego obawia się naprawdę Twój bohater?

M.Z.: Obawia się, że przestanie wierzyć. Wierzyć w ogóle. Bez ćwiartowania tej wiary na wiarę w Boga czy w ludzi, wiarę we własne siły i tym podobne mnożenie przykładów. Boi się, że już nigdy nie będzie potrafił wierzyć, uwierzyć, zawierzyć. I zdecydowanie nie chce wracać tam, skąd przychodzi, chociaż bardzo trudno rozstać mu się z „tamtą stroną”. To taki specyficzny pacjent, który chce poddać się leczeniu i wyjątkowo mocno boi się, że ktoś go uleczy.

P.L.: Czytając Twoje wiersze, odnoszę czasem wrażenie, że przenoszą moje lekturowe doświadczenie do gęstej znaczeniowo liryki Baczyńskiego, dla którego ocaleniem w świecie pogrążonym w chaosie jest miłość, kobieta. Czy w świecie ciał śpiących może być ona skutecznym antidotum na nocne koszmary?

M.Z.: Bardzo się cieszę, że mówisz o Baczyńskim. Zaczytywałem się w tej liryce i długo bardzo nie mogłem uwolnić się od tej postaci. Zresztą został ze mną na dobre – mam wrażenie. To ktoś w rodzaju dobrego znajomego (oczywiście pozwalam sobie na pewne nadużycie, mimo wszystko tak to zostawię). Natomiast Kobieta w „Nawykach” – metaforyzując niezgrabnie – jest trucizną i antidotum na nią. Jest przyczyną i skutkiem. Jest też niestety w pewnym sensie kliszą, kalką. Niczym się nie różni. W zasadzie można mówić: Kobiety, pisząc o „Nawykach ciał śpiących”.

P.L.: Pozwól, że zapytam jeszcze raz o powody nocnych lęków, a raczej skuteczne terapie dla ich załagodzeń. Kreujesz bowiem krajobraz miejski w taki sposób, że można odnieść wrażenie, że to związany z nim rozwój cywilizacji jest pożywką dla stanów lękowych. Ale wszelkiego rodzaju ucieczki zdają się kończyć porażką… Jest jakiś azyl, według Ciebie, gdzie można by się schronić?

M.Z.: W tym miejscu stanowczo nie zgodzę się z tak postawionym pytaniem, tym samym nawiążę do recenzji Arkadiusza Frani, który dopatrywał się w krajobrazie miejskim, w mieście jako takim – jak to określił – „skazy na biografii”. Miasto jako pojęcie nie ma wpływu na stan emocjonalny bohatera. Miasto jako miejsce na mapie, miasto jako konkret – może odrobinę. Tak naprawdę służy ono za tło. Jest zmienne i niestałe. Mimo tego że trwa, nigdy nie znajdujesz w nim dokładnie tego, czego szukałeś w pamięci. Facet z „Nawyków” myśli, że azylem, o który pytasz, jest wspomnienie, jest pamięć. Jest w błędzie.

P.L.: Szukając światła w Twoich wierszach, natrafiłem raczej na siną i zimną pomrokę. W takim klimacie i aurze odnawiają się blizny, bolą stare rany. Czy projekt liryczny może oznaczać według Ciebie zaspokojenie, czy wręcz przeciwnie – jest ciągłym uświadamianiem tęsknot?

M.Z.: Jest ciągłym uświadamianiem tęsknot. To „brak” motywuje do działania, każe i pozwala szukać. Napędza, ale jednocześnie nie daje spokoju, nie pozwala zapomnieć. I tak powinno być.

P.L.: Muszę zapytać jeszcze o niebo „zerwane jak pakt o nieagresji”. Ile nadinterpretacji jest w twierdzeniu, że to wyraz zwątpienia w wierze? Czy to pytanie nie jest bezzasadne w kontekście ciał śpiących?

M.Z.: Wydaje się uzasadnione. Jest tam kilka wierszy, które dotykają problemu. Cytowany fragment znajduje się w jednym ze starszych tekstów, chyba z 2004 roku. Jednak to nie „zwątpienie w wierze”, raczej wyzwanie rzucone samemu sobie w potrzebie tej wiary, to podjęta próba stawienia czoła pewnej konsekwencji, pewnym niewygodom, jakie stawia przed nami – umówmy się – praktyka wiary. Wyzwanie, które w chwili powstawania książki nie było jeszcze podjęte. Była potrzeba. Jakaś słabość.

P.L.: Czujesz się katastrofistą? Powinowactwo z Czechowiczem? Pokrewieństwo z Kobierskim? Z kim?

M.Z.: Nie lubię optymistów. Irytują mnie. Wieczne powtarzanie, że wszystko będzie dobrze jest albo wyrazem porażającego braku doświadczenia, albo braku inteligencji. W najgorszym wypadku – pierwszego i drugiego. Ostatecznie są tacy, którym się układa i żywią głębokie przekonanie, że to „pozytywne myślenie” i – jak mawiają – „wrodzony optymizm” mają w tym swój udział. Pozostaje mi życzyć im powodzenia i rozbudzać w sobie szlachetne odruchy współczucia. Ja tymczasem będę krakał dalej.

P.L.: Zechcesz wyjawić, jakim instrumentem jest dla Ciebie język? Na czym polega Twoja nad nim praca? Pisze się, że Twoje wiersze „spiętrzają się w mętny dialekt”, z akcentem na dialekt.

M.Z.: W „Nawykach ciał śpiących” znajdują się teksty pozbawione interpunkcji, małych i dużych liter. Jest tam również odrobina zabawy językiem w sensie – nazwijmy to – uwalniania znaczeń. Może zabrzmi to w sposób zarozumiały, ale proszę mi wierzyć, nie taka jest moja intencja – to wiersze dla cierpliwych, wiersze dla tych, którzy dadzą sobie i tekstom trochę więcej czasu.

P.L.: Co buduje się na „zgliszczach starego”? Jakie światy przewidziałeś dla nas w trzecim tomie wierszy? Kiedy można się spodziewać nowego zbioru?

M.Z.: Mam nadzieję, że jeszcze w 2008 roku. Książka jest skończona. Teraz czeka. Wiersze w nowej książce będą już o czym innym. To akurat mogę obiecać.

P.L.: Dziękuję za rozmowę.