Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Anna Katarzyna Dycha,

MUCHY

A A A
„Terroromans”. Polskie Radio, 2007.
Najbardziej wyczekiwany polski debiut tej jesieni, ba tego roku, a może nawet kilku ostatnich lat. Przygotujcie się, Muchy atakują!

Właściwie ich debiutanckim albumem powinna być „Galanteria” sprzed dwóch lat. Krążek przygotowali do wydania, zapakowali we własną okładkę, ale z wytwórnią się nie dogadali. Toteż rozpoczął on swoje życie w Internecie. Właśnie na MySpace ich „kariera” nabierała tempa. Wkrótce potem o poznańskim trio zaczęło być głośno w mediach. Radiowa Trójka i magazyn „Machina” w końcu 2006 roku obwołały je nadzieją roku 2007. Błyszczało również na dwóch tegorocznych składankach nowej polskiej muzyki „Offensywa” przygotowanych przez Piotra Stelmacha i niebywałych koncertach, również w eterze.

Wszystko to doprowadziło do niespotykanego w polskiej muzyce zainteresowania zespołem. Na forach i portalach muzycznych rozgorzała dyskusja. Słuchacze są podzieleni: jedni prześcigają się w pochwałach, drudzy krytykują, nie zawsze muzykę, często poglądy muzyków tworzących trio. Żeby naprawdę docenić zawartość płyty, nie można dać się ponieść emocjom. Nic chłopakom z Much tak nie zaszkodzi jak przesadne komplementy, których wiele już padło. A więc spójrzmy na płytę. Z dystansem, na jaki zdołamy się zdobyć.Zostały na niej umieszczone utwory z wcześniej przygotowanej ep-ki, z „Galanterii”, grane na koncertach i radiowych sesjach oraz dwie zupełnie nowe piosenki. Wystarczy posłuchać pierwszego kawałka – „Wyścigi”, by przekonać się, że pan Michał Wiraszko jest tekściarzem z prawdziwego zdarzenia. Wspomnienia początku znajomości, tamtych wątpliwości, „różnic widzianych pod światło” plus takie perełki, jak: „w reklamach mętne zaklęcia/podręczniki do sztuczek o życiu/bulwary śpiewają o średniej sytuacji”. Dalej pisze również o niewydumanych historiach: romantycznym początku sytuacji na „m”, staraniach o związek, niespełnionych obietnicach, kłótniach, odkochiwaniu się, pędzie za sukcesem, walce o swoje miejsce, obcości i braku porozumienia z resztą świata, nigdy nie ocierając się o banał. Teksty są wyrafinowane, wyważone, właśnie takie, jakie od lat chcieliśmy usłyszeć po polsku z ust młodych artystów.

„Fototapeta” uderza mocno do głowy. Współpraca galopującego basu i gitary, tzw. handclapy oraz tekst: „i tak jak teraz, nie ma to znaczenia, że/zasypiamy byle gdzie/oddychamy tym, co jest na „t”/i od niechcenia mamy te marzenia, gdzie/trochę cieplej robi się/i trochę jaśniej też”. Tak, jest naprawdę dobrze. Tempo nie spada przy „Najważniejszym dniu”. Ten swego czasu mundialowy hymn doskonale wpisuje się w poetykę płyty. Tekst zwrotki „Jedna gra, jeden dzień/kiedy czekasz/jeden prąd, jeden front/emocje nie na sprzedaż”, a bardziej refrenu: „czy już wiesz, czy chcesz?/czy już jesteś w grze?/czy rozumiesz i potrafisz opowiedzieć się?” nabiera w tym miejscu egzystencjalnych znaczeń. Chłopaki pokazują też, co można zrobić z klawiszem. Czas na „Galanterię” – pierwszy singiel z płyty. Dorzucili do niej w refrenie skrzypce (wolałam pierwszą, ostrzejszą wersję). Świetnie za to zrobiła jej elektronika i chórki, zwłaszcza w finale, kiedy gitarzysta wpasowuje się z kilkoma sylabami „galanterii” w pierwszą linię wokalu. Słychać, że Wiraszko lubi bawić się słowami i operować oryginalnymi, zapomnianymi, wykorzystując na przykład papeterię czy sztukaterię. „Miasto doznań” (i przy okazji „21 dni”) to już „klasyka” znana z „offensywnych” składanek. Oba utwory wypełnione wspaniałymi partiami gitarowo-basowo-klawiszowo-perkusyjnymi i tekstowymi perełkami.

Pochód singli trwa dalej! Początek „Zapachu wrzątku” brzmi wprawdzie jak u CKOD, a przesterowany głos jak u Ostrowskiego, ale im dalej, tym lepiej. Chropowatość przełamuje hipnotyzująca elektronika. Przy refrenie („wyjedziemy gdzieś za miasto/odwrócimy się plecami/będziemy się poznawać/ustami i palcami”) musimy się poddać. Podobnie w „Brudnym śniegu”: „zakochuję się w tramwajach/zakochuję się na mieście/potem tydzień chodzę przez sen/jem brudny śnieg”. Tekst kolejnego utworu – „Pięć po wpół” – „pachnie” mi nieco Pustkami (historia o mijaniu się na klatce) i „Nielegalnym” CKOD („jesteśmy nielegalni”). Wiraszko – wykonawca nie uniknie natomiast porównań z Ciechowskim. Trzeba jednak przyznać, że dawno nie mieliśmy tak dobrze brzmiącego wokalisty. Wyśpiewuje swoje oszczędne, dopracowane do perfekcji teksty jakby od niechcenia, cedząc słowa. Modeluje, zawiesza głos, rzuca wers i człowiek zamiera. „Górny taras” to kolejna, inaczej (nie jestem pewna, czy lepiej) zaaranżowana, piosenka z „Galanterii”. Tradycyjne już zmiany tempa perkusji, w drugiej części zaskakujące zwolnienie i przejście w bit łączący się z gitarami i wokalem. W „Terroromansie” kontynuują eksperymenty z aranżem sięgając po „plumkające” gitary i szalejący klawisz. Ich ukoronowaniem jest zamykający album utwór „111”: spowolniony, z partiami wykonanymi na rogu (!) aż po rozedrgany finał.

Można kręcić nosem, że nie dzieje się tu wiele ponad to, co słyszeliśmy w muzyce lat 70. i 80. (The Cure, The Smiths czy Joy Division), we współczesnej zimnej fali (weźmy Interpol) czy z indie sceny (np. The Rakes). Jednocześnie trzeba przyznać, że Muchy nagrały płytę, której nie odpuszcza się w połowie. Przez ponad 40 minut słucha się jej z szybszym biciem serca czekając, co czai się za rogiem. Jakie jeszcze słowa pan Wiraszko wyciągnie z rękawa i jakie partie gitarowo-basowo-rytmiczne zgotuje nam duet Maciejewski – Waliszewski. Ta ożywcza, pulsująca mieszanka działa jak narkotyk. Chce się więcej i więcej. Polecam to sprawdzić na sobie.