Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Marcin Zegadło,

WIERSZE

A A A
Notatka kontynentala



Zanim zaśniesz, odwołaj wszystkie obietnice. Niech zapali się
w tobie każde podejrzenie. Nie ma tego złego, które przychodziło
żeby psuć do końca, w najświętszym sekrecie. Jest tak, że można
nie mówić do innych o sprawach, którymi coraz częściej żywimy

chorobę - jak nadzieję. Ponieważ byliśmy zdrowi, brano nas
na spytki. Nie wiem czy jeszcze potrafię, mówić w tamtym języku.
Teraz powtarzam za tobą: Tutaj jesteśmy sami, a reszta jest wyspą.
Na wyspie zjadają serca nieostrożnych obcych. Wyspa może nas

zgubić. Trzymajmy się razem. Pamiętaj - o tym co ważne - Innym
ani słowa. Wierzę, że jeszcze potrafisz, mówić w tym języku.
Dlatego powtarzaj za mną: Przejdź do porządku dziennego nad
porządkiem nocy. Już nie ma twojego uda, piersi i pośladków. Teraz

więcej cię nie ma. Jest coś, które nas przeznacza, oddala. Dotykam
kiedy znika. Na przemian otwieram i zamykam oczy. Z rozmazanych
obrazów wyłuskujesz postaci umarłych, by po chwili już nie mieć
żadnych wątpliwości: Tam gdzie te jasne punkty, będziemy się budzić.





Prześwietleni
dla M. i L.


Upadają ostrożnie. Nie ma posłań i świateł, przez które przepłyną
jak uśpione rośliny zaplątane w cmentarz. Niezauważeni, zziębnięci,
teraz mówią o śmierci, teraz już wypada, śmierć wysupłać i czekać
aż wyjdzie na drogę, weźmie się pod boki i powie do niego, zanim

zdąży odejść: Nie wszystko wyprosisz. Paciorki i świeczki mogą
nie zaradzić. Nie przekreślą obietnic, nie ocalą chłopca, który
potrafi czekać, kiedy nie rozumie. Dla niej - rozproszone drobiazgi.
Ktoś przecież zanurzał ostrza, rozszczepiał serca, układał palce

na jej i na cudzej piersi. On przekreślał ślady nadkładając drogi.
Wszystko sam wymyślił - od początku - bez końca. Teraz mówią
o sprawach życia – przy śmierci. Już nie będzie bliżej. Już się nie
rozłoży w nich pokrętne niebo, cokolwiek mógł oznaczać tamten

słoneczny powrót nowych zawiłości: lepiej zostawić i odejść. Być
przez odległość, bezpiecznie odsuniętym; mnożyć przyczyny i rzeczy
wokół siebie. Może kiedyś można będzie coś jeszcze, od początku do
końca samodzielnie zburzyć. W innym mieście o wszystkim na zawsze

zapomnieć. Iść do niej przez ciemną, stygnącą dzielnicę.





Kołysanka. Małe umieranie


Urodzi wam się dziecko, błyszczące i śliskie – przemawia do nas
Ciemność, kiedy jeszcze śnimy, w zmęczonych kołyskach zanurzamy
ciała, coraz bardziej nie nasze, nie od nas zależne. Dziecko – krew,
która popłynie śladem jeszcze śpiących, którzy nie wiedzą, kiedy

przyjdzie i czy znajdzie drogę. Niepewnie pracują aorty i płuca,
kołyszą się na rzęsach niejasne obrazy, kiedy tak do nas mówi
Ciemność i krzyżuje plany, leniwe projekty, wczorajsze zabawy.
Więc plączą w nas jeszcze swoje miękkie pnącza dowolne alkohole,

parujące zioła. Jeszcze uchyla się rąbek jakiejś tajemnicy, jakaś
jasność się staje zanim zdąży przepaść. Krążą pijane legendy, coś
o posiadaniu, o ścieżkach kariery. O tym jeszcze nie było, chociaż
się myślało, szarpało bezowocnie, nie poznało smaku. Tutaj było

to niebo, o którym mówiono: nie może trwać wiecznie, powinno
się skończyć. Pochyla się nad nami czuła matka Ciemność – chłodna
i przenikliwa, jak spojrzenie kota. Urodzi nam się dziecko – sine
upomnienie – dla półksiężyców bioder i dla naszych ramion.