ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (51) / 2006

Joanna Wojdas,

KATE BUSH

A A A
„Aerial”. EMI Music Poland, 2005.
Po nagraniu średnio udanego „Red Shoes” (1993), zmęczona show-bussinesem, Kate Bush wzięła dwunastomiesięczny „urlop”, który przedłużył się do dwunastu lat. Kiedy nikt już chyba nie wierzył w jej powrót, kiedy umieszczono ją w annałach historii jako tą, która wniosła do muzyki popularnej własną, autorską perspektywę, wróciła, z nową, ósmą w dorobku płytą. Wróciła bardzo odmieniona.

W pamięci fanów zapisała się jako obdarzona wysokim (niekiedy wręcz piskliwym) głosem, młoda kobieta, która upodobała sobie egzaltowaną manierę wykonawczą i wyrazisty, odwołujący się do tradycji angielskiego, romantycznego „gotyku”, wizerunek. Wszyscy zapamiętali ją taką, jaką była trzydzieści lat temu, gdy jako na pozór naiwna i niepoprawnie sentymentalna dziewiętnastolatka zaśpiewała zainspirowaną powieścią Emily Brönte piosenkę „Wunthering Heights” i podbiła świat. Odtąd dla wielu była eteryczną i dziką, Catherine Earnshaw końca XX wieku. Była otoczoną aurą dziwności, zbuntowaną dziewczyną, zawsze skorą do przesady, wygłupów i popisów wokalnych, które jednak nie raziły, gdyż stosowane były z ogromną wyobraźnią, urokiem i poczuciem humoru.

Teraz Kate jest dojrzałą, bogatszą o doświadczenie macierzyństwa, rozkochaną w urokach życia rodzinnego, spełnioną kobietą, która zaprasza nas do swojej intymnej „krainy łagodności”. Płyta nazywa się „Aerial”, trwa osiemdziesiąt minut i dzieli się na dwie części. Pierwsza nosi tytuł „See Of Honey”, druga „Sky Of Honey”. Panuje tu logika zaklętej w zwykłym dniu, zmysłowej pełni. Nowy album utrzymany jest w świetlistych, ciepłych kolorach. Jest bezpretensjonalną manifestacją „życia w harmonii” i płynącego stąd szczęścia. Niemniej, artystka zachowuje do tej oazy spokoju subtelny dystans i traktuje ją z lekkim przymrużeniem oka.

Być może przy pierwszych przesłuchaniach „Aerial” nie wyda się szczególnie atrakcyjny, bo nie ma nim niej przebojów, chwytliwych melodii, czegoś, co przykuwa uwagę. Ważniejsze od nich są klimat poszczególnych utworów i wymowa całości. Warto jednak poświęcić czas, aby miarowe tętno tego albumu zaczęło pulsować w ciele, wciągając nas w kołyszącą błogość muzycznego imaginarium dojrzalej Kate, utkanego z bajecznie spokojnego śpiewu i oszczędnie zaaranżowanej muzyki. Melodie są prostsze niż na wcześniejszych płytach artystki, podobnie teksty. Piosenki wydają się bardziej senne i sielskie. Żadnego plastiku, żadnych automatów perkusyjnych, syntezatorów i eksperymentów. W zamian otrzymujemy akustyczne, czyste dźwięki. Miękką, jednostajną rytmikę, budujące klimat gitary i trochę elektroniki. Kate nie tylko śpiewa na tej płycie, jest również producentką oraz autorką tekstów i muzyki.

Pierwszy krążek jest zbiorem luźno ze sobą powiązanych, tradycyjnych piosenek. Płytę otwiera znany z radiowego eteru „King Of The Mountain”. Następny w kolejności utwór opowiada o zapętlonym na tajemniczej liczbie π matematyku. „Bertie” jest swoistą, dowcipną „odą do miłości”, skierowaną do synka, a odwołanie się w niej do średniowiecznej tradycji madrygału przywodzi na myśl średniowieczne pieśni dworskie, w których trubadurzy wychwalali przymioty swych eterycznych oblubienic. Dalej mamy pieśń o rycerskiej Joannie D’Arc, a także rozbrajające „Mrs. Bartolozzi”, w którym wokalistka opiewa rozmarzone szczęście „pani domu”. Zmywszy już podłogę, wpatruje się ona w wirujący bęben pralki, a następnie na powiewające na sznurze koszule ukochanego, na skutek czego doznaje romantycznych halucynacji. Rzadko spotyka się równie wybuchową mieszankę powagi, niepowagi i fantazji.

Morze miodu przelewa się niepostrzeżenie w niebo miodu. Słuchamy drugą część albumu, będącą urzekającą, dziewięcioczęściową suitą, rozpisaną na głos Kate, chórki, gitary, bas, perkusję, smyki, fortepian, elektronikę, partie orkiestrowe i ptasi świergot. Dwa ostatnie utwory: „Nocturne” i tytułowy „Aerial” to uczta dla zagorzałych fanów wokalistki i wspaniałe ukoronowanie płyty: transowy rytm nasila się i pogłębia, doprowadzając zahipnotyzowanego długim, oceanicznym wstępem słuchacza do radosnych uniesień. Z „łagodnej i rozsądnej” dobywa się wiedźmowaty śmiech „romantycznej”, w którym rozpoznajemy dawną, rozwydrzoną Kate.