Wydanie bieżące

1 lutego 3 (51) / 2006

Martyna Markowska, Anna Klamecka,

CHOROBA HOMOTEKSTUALNA?

A A A
O „Kazirodztwie” Christine Angot rozmawiają Anna Klamecka i Martyna Markowska
Anna Klamecka: Wydaje się, że w „Kazirodztwie” Angot nie ma elementów przypadkowych. Styl i fabuła wzajemnie się motywują i uzupełniają. Dzięki temu nawet te najbardziej oczywiste konteksty związane z tytułowym pojęciem zyskują niestandardowe ujęcie.

Martyna Markowska: Pojawiają się tu chyba najbardziej wyraźne cechy pisarstwa kobiecego – między innymi to, że teksty są jakieś takie „rozedrgane”… Cechy, które zawsze stanowiły pretekst do krytyki – rozedrgana, „pogięta” fabuła, „świetny styl, ale brak rozumu”. Tutaj też tak jest i właśnie styl najbardziej rzuca się w oczy.

A.K.: Postępując za sugestią autorki, mamy do czynienia z nową formułą tekstu – to taki swoisty „kazirodczy melanż”, powtarzając określenie Angot. Pisze przecież: „Wszystko mieszam, mam taką skłonność, sami widzieliście w pierwszej części. Żadnego porządku, wszystko pomieszane, kazirodcze, niech będzie, taka już moja mentalna struktura, doszłam do granicy, nie żartuję, czuję to”.

M.M.: Dla mnie to jest klasyczna, programowa histeria. Zresztą ona sama później tak to opisuje. To balansowanie pomiędzy pożądaniem a negowaniem go… Tak jest zbudowana cała książka, bohaterka nieustannie lawiruje pomiędzy pojęciami. Neguje homoseksualizm, mówi, że jest chorobą, później stwierdza, że nie jest. Mówi, że nigdy nie była homoseksualistką. I to jest bardzo płynne. Taka gra… A w tym fragmencie o kazirodztwie pojawia się jakby ton naukowy…

A.K.: Wydaje mi się, że Angot, tworząc w drugiej części książki ten swoisty słownik pojęć, dokonuje czegoś przewrotnego – właściwie jakby demaskuje swój tekst. Gdy zastanawiałyśmy się nad tym najbardziej bezpośrednim poziomem znaczenia kazirodztwa, wyróżniłyśmy niejako trzy jego przejawy – relacje z ojcem, siostrzano-kazirodcze relacje z Marie-Christine oraz Leonorą, jej córką. Dla mnie jednak już sam ten tekst jest kazirodczy. Ciało autorki splata się z ciałem tekstu, ale nie gubi się! Dlatego bardzo ważny jest dla mnie ten fragment tekstu, w którym Angot pisze o kazirodczych skojarzeniach... Mnie osobiście najbardziej interesuje schemat, według którego ona tworzy, struktura tego tekstu.

M.M.: Czy chodzi ci głównie o tę nietykalność? O to, że właściwie nie ma w tej książce miejsc nietykalnych, że przełamane jest właściwie każde tabu?

A.K.: Nie, myślałam raczej o samym dyskursie, choć nie tylko, gdyż ważne są także relacje, w jakie on wchodzi ze znaczeniami. Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy, że jest taki histeryczny? Taki poszarpany? Widziałam, że też sobie zaznaczyłaś ten fragment o interpunkcji. Angot pisze o niej, używając takich niezwykle cielesnych metafor: „Moja interpunkcja, muszę się od niej uwolnić, przyjąć zwykłą, codzienną, żeby ludzie nie musieli się tak męczyć, to przecież śmieszne, to było śmieszne. Przecinek, przecinać, członkować, przerżnąć, odpiłować”.

M.M.: Według mnie to jest masochistyczne, funkcjonować mogłoby na przykład jako synonim gwałtu albo…

A.K.: Uderzyło mnie to przede wszystkim dlatego, że ten tekst jest bardzo cielesny. Tak jak u każdej kobiety-autorki, a szczególnie u takiej ze świadomością, powiedzmy, feministyczną. Co więcej, Angot jest bardzo autotematyczna, prawda? Ona tak naprawdę dużo pisze na temat tego, jak tworzy tekst. Pisze o tym, że nie może używać prawdziwych nazwisk i że przez to jej tekst jest o wiele gorszy. Wplata w fabułę reakcje swoich czytelników (niezbyt pochlebne)… Na własny użytek nazwałam to taką „obsesją tekstu”, gdyż Angot nieustannie prezentuje nam świadomość tego, że tworzy… To nie jest tak, że ona dzieli poziom autora i narratora, prawda? Jej działanie jest wbrew koncepcjom teoretycznym – możemy powiedzieć, że reakcją na niepodważalny niegdyś postulat śmierci autora są tu narodziny autorki…

M.M.: Tak, te poziomy wyraźnie funkcjonują razem…

A.K.: Jest autorką, narratorką i bohaterką tego tekstu, prawda?

M.M.: Tak, i ciekawe jest to, na ile ten tekst jest autentyczny, czy też, powiedzmy, biograficzny, na ile jest to wyjście poza fikcję… Dodatkowo, fakt, że ten tekst jest niejako wzmocniony przez przywołane teorie, definicje, powoduje, że właściwie nie jesteśmy w stanie określić, gdzie jest autorka, czy bohaterka, czy narratorka? Jak ją schwytać? Trudno wyczuć…

A.K.: Dokładnie!

M.M.: Nie wydawało ci się, że Angot starała się trochę „na siłę” wdrożyć w ten tekst wszystkie zagadnienia, które są istotne dla pisarstwa feministycznego? Masochizm, kazirodztwo, płyny ustrojowe, menstruacja, homoseksualizm, związki lesbijskie, relacje matka córka… Cóż jeszcze… Sama ta histeria …

A.K.: Nie do końca mnie to przekonuje … Dlaczego to ma być wprowadzone „na siłę”, skoro mamy do czynienia z tekstem pisanym przez kobietę? Wydaje mi się, że analogicznie nie powinnyśmy podejrzewać o brak autentyczności jakiegoś autora płci męskiej, który pisze o spermie czy o onanizmie. Zastanowiłabym się raczej, czy takie widzenie świata wypływa z niej samej, kobiety-pisarki. Sama przecież zauważyłaś, że Angot jest przewrotna. I rzeczywiście jest! Przecież pisze, że naprawdę czuje wstręt do kobiet. Pamiętasz taki fragment?

M.M.: Tak, i jeszcze deklaruje, że nie jest homoseksualna i że to kobieta powoduje tę jej histerię…

A.K.: Ona tylko „zachorowała” na trzy miesiące…

M.M.: Wierzysz jej? Tak naprawdę nie bardzo jej wierzę. Wydaje mi się, że po prostu ładnie skorzystała z tych narzędzi, które orbitują wokół pojęcia kobiety. One momentami jakby nie przystają do tej prozy, są bardzo akademickie. Sam punkt zaczepienia – szaleństwo – czyli początek dyskursu wykluczenia, Foucault, cała ta machina się rozpędza… Dyskurs feministyczny przecież też się zmieniał, nowe pojęcia się w to wplatają … Ona czerpie z takich narzędzi a następnie chce, żeby to odwrócić… Tak jakby stwierdzała: „teraz jestem ja w tym wszystkim”…

A.K.: „… jestem Christine Angot, mam takie środki, jakie mam, i z nich korzystam…”

M.M.: Akademickie jest dla mnie już samo korzystanie z tych pojęć i ten słownik, w którym czyta i przywołuje Nietzschego, Freuda oczywiście, Lacana…

A.K.: O ile o Nietzschem albo o Freudzie czytelnik o przeciętnych, powiedzmy, kompetencjach literackich czy kulturowych, słyszał, to o Lacanie już może niekoniecznie, prawda?

M.M.: Właśnie! Dlatego wydaje mi się to akademickie… Jednocześnie to jest takie programowe, to nie jest eksperyment!

A.K.: Wszelkie zabiegi, takie jak ten słownik, są sztuczne – tym bardziej, że w „Kazirodztwie” pojawia się on bez głębszego uzasadnienia, nie jest nieusuwalną częścią tej gry fabularnej. Niemniej, wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie obiektywnie ocenić kwestii autentyczności. To już domena czysto subiektywnego i intymnego przecież aktu lektury…

M.M.: Dla mnie najbardziej autentyczne jest kazirodztwo. Jest nie tylko głównym problem tej książki, na co zresztą wskazuje tytuł, ale także punkt, gdzie wszystko się styka. Definicje słownikowe, biografizm, styl, jej pisarstwo, ten autotematyzm… Fabuła, jako całość, jest bardzo ciekawie rozwiązana, natomiast pośrednie wątki, pojęcia, które się pojawiają, po prostu mnie drażnią.. Dla mnie jest tego za dużo.

A.K.: Angot porównuje też kazirodztwo do krwawego znamienia, które nosi. Moje skojarzenia powędrowały automatycznie w stronę Słowackiego, choć oczywiście kazirodztwo nie ma tam miejsca…

M.M.: Tak, ale to jest ten sam mechanizm – mechanizm wykluczenia!

A.K.: Wydaje mi się mimo wszystko, że jest to takie pozorne naznaczenie. Ona czuje się naznaczona, a jednocześnie pisze także, że ludzie nie zwracają na nią uwagi. To byłaby jej druga obsesja (już bardziej semantyczna…) – „obsesja naznaczenia”…

M.M.: Przypomina mi to Houellebecq’a, który opisuje środowisko trzydziestolatków w stanie takiego „moralnego rozkładu”. Niczym konkretnym się nie zajmują, tylko piją… Miałam wrażenie, że u Angot mamy do czynienia z podobnym środowiskiem – inteligencja, ludzie, którzy piją dobre wina, podróżują… Nie jest dla nich czymś zaskakującym fakt, że są także związki lesbijskie, homoseksualne. Tam nie ma takich problemów. Nie jest to ani sfera tabu, ani coś zdrożnego. Wydaje się, że bohaterka sama sobie wmawia, że jest naznaczona, czuje się naznaczona. A właściwie przez kogo? Czuje się naznaczona wobec świata. A ratunkiem ma być, paradoksalnie, mężczyzna. Powtarza też wiele razy, że kobieta jest brakiem…

A.K.: Tak, ten motyw pojawia się wielokrotnie, ale czy wydaje Ci się, że ona się z nim identyfikuje?

M.M.: Nie, właśnie nie, ale ona znowu tutaj gra, bo twierdzi, że to mężczyzna da jej wolność…

A.K.: Angot wydaje mi się czasami bardzo męska w swoich reakcjach i obserwacjach, nie wiem, czy to zauważyłaś…

M.M.: Tak, jest taka zaborcza…

A.K.: Ja zwróciłam na to uwagę, gdy opisuje, w jaki sposób po raz pierwszy rzuca tę kobietę, Marie-Christine. Pisze coś, co właśnie odczytuję jako męskie: „twarz kobiety jest taka piękna, kiedy się od niej odchodzi”… Dodając do tego jej deklarację o wstręcie do kobiet i stwierdzenie, że „biedna kobieta, która nie ma fiuta”…

M.M.: Deklaruje słabość wobec męskiego świata, ale jednocześnie ona sama w swoim świecie udowadnia, że wcale tak słabo się nie czuje…

A.K.: Zastanawiający jest sam stosunek bohaterki do swej kochanki. W tym punkcie najbardziej wyraźne jest jej rozdarcie… Najpierw ją odrzuca, dzwoni do niej, pisze, aby wszystko zakończyć, a za chwilę… Tak jest z tymi biletami do Rzymu – „a może byśmy jednak pojechały?”, „a może jednak warto zostawić tę rezerwację?” i ostatecznie wycofuje się, mówi: „nie, nie, ja nie chcę tam jechać”.

M.M.: Ciekawe w tym balansowaniu między hetero i homoseksualizmem – w tym, że ona pragnie wejść w taką relację z mężczyzną, która będzie dla niej swoistą kuracją – jest sposób, w jaki przeżywa związek z kobietą. Wydaje mi się, że jest dla niej bardziej autentyczny, że wywołuje większe emocje. Z facetem byłaby to forma umowy społecznej – taki „związek-instytucja”, który ma czemuś służyć; układom w społeczeństwie czy też temu, aby ona wyzwoliła się z tej specyficznej choroby…

A.K.: Z tym tekstem jest chyba tak, że jakoś nas intelektualnie prowokuje. Otwiera jedynie pole do pytań, niemal nieskończone, nie daje gotowych odpowiedzi...

M.M.: Erotyzm jako autentyzm czy też destrukcja? To też jest ciekawe... Mamy same pytania…
Christine Angot: „Kazirodztwo”. Przeł. E. Wieleżyńska, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2005.