Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (96) / 2007

Piotr Bogalecki,

SKĄDKOLWIEK. POEZJA NIESAMOWITA

A A A
W przeciwieństwie do mnie Jerzy Jarniewicz doskonale wie, jak zacząć. „Wyjść można skądkolwiek. Choćby / ze słów” – czytam na 242 stronie tomu jego wierszy zebranych, tomu wydanego w serii „Dożynki” przez wrocławskie Biuro Literackie. Nie rozwiązuje to jednak mojego problemu – nie chcę wychodzić; chodzi mi właśnie o to, by wejść w przestrzeń wierszy, rozgościć się w ich progach, przyłożyć ucho do ziemi i jak kot piętrzyć się do skoku dającego szansę uchwycenia zwinnie przemykających po nich sensów. Zadanie to jednak o tyle trudne, że u Jarniewicza „Znaczenia plenią się szybciej niż słowa” (s. 248), a nawet te ostatnie są zbyt ulotne, by je uchwycić („są tylko drganiem strun głosowych / w paśmie określonych częstotliwości”, s. 10); istnieją tautologicznie („jestem to co jest / słowo”, s. 99) i wbrew stwarzanym pozorom – zasadniczo niedostępnie („Słowa to okna / pozamykane”, s. 192).

W obliczu takiego dictum zasadne wydaje się być rozważenie możliwości ucieczki z tej płynnej, niegościnnej, a w ostatecznym rozrachunku pustej przestrzeni – pod obronę tego, co z tekstualnym rozplenianiem wydaje się mieć wspólnego najmniej, czyli realnie istniejących rzeczy. Może wydawać się wręcz, że doświadczenie to staje się podstawowym udziałem poezji Jarniewicza. A ponieważ wydaje się to akurat nie byle komu, bo Karolowi Maliszewskiemu, to mając możliwość wyjścia „skądkolwiek”, chciałbym wyjść od fragmentu jego recenzji zamieszczonej w „Tygodniku Powszechnym”: „To, co oryginalne i charakterystyczne dla formacji Jarniewicza, wiąże się z ucieczką w głąb rzeczy. Obsesyjnie opisywana przestrzeń domowa staje się symbolem pewności”. Sąd ten jest z pewnością usprawiedliwiony: zarówno historycznoliteracko (wpływem tak bliskich Jarniewiczowi poetów angielskiego kręgu językowego), jak i postulatywnie (sygnałami dochodzącymi wprost z utworów autora tomu „Rzeczy oczywistość”). „Ludzie i ich przedmioty – istnieją, jak pisze Jarniewicz – w cichej konspiracji” (s. 114). Jeśliby jednak spisek ten doprowadzić miał do łatwego zwycięstwa, na poezję opiewającą ów triumf nie warto byłoby tracić czasu. Zgrupowanie wszystkich elementów składających się na tak zwaną rzeczywistość pod dwiema chorągwiami – realnie istniejących rzeczy oraz języka, owej nietzscheańskiej armii metafor i antropomorfizmów, bezskutecznie próbującej przedrzeć się ku światu – stanowiłoby jedynie kolejne powtórzenie wielkiego romantycznego gestu wyniesienia uczuć ponad ich artykulację, bystrej myśli ponad toporne słowa, a źródłowej głębi świata nad jego efemeryczne pojawy. Na szczęście (dla poezji oczywiście, dla podmiotu utworów Jarniewicza zaś niekoniecznie) ucieczka ku bezpiecznej przystani rzeczy – istniejących realnie i niezależnie od języka – szybko okazuje się być niepowodzeniem. Świadectwa porażki tak wyartykułowanego poetyckiego zadania (wszechstronnie przepracowanego już przez Białoszewskiego i jego naśladowców) odkryć można, przyglądając się dokładnie tym samym utworom, jakie na potwierdzenie swej tezy przywołuje Maliszewski. Niepokojącego głazu, przytoczonego przez kogoś pod drzwi poety, co uniemożliwia mu zarówno wyjście na zewnątrz, jak i wejście do środka, nie sposób bynajmniej nazwać ostoją. W nacechowanej nieufnością względem wypowiadanych słów rozmowie z sąsiadem („nie wierz słowu, które wydaję / lekką ręką i całkiem bez reszty”, s. 10) przemyca Jarniewicz sugestywny obraz odnalezionej jednogroszowej monety, której judaszowo dwuznaczne przeznaczenie („wydanie”) niepokoi znacznie bardziej niż jakkolwiek językowa nieprzystawalność. Nawet swoista oda do biurka, nazywanego „opoką pośród lotnych krzeseł”, ujawnia swą integralną ironiczność, gdy te wchodząc się w spór z krzesłami, zaczyna gadać, ba – gadać uczenie: „No a kariatydy? / To na ich bezruchu powstały świątynie.” (s. 17).

Czegokolwiek by nie powiedzieć o istnieniu rzeczy w poezji Jarniewicza, z pewnością nie obiecują one językowemu podmiotowi trwałej gościny; co najwyżej tymczasową („mój oddech / zakłóca // powagę / przedmiotów // których jestem gościem / na czas określony”, s. 107) i beznadziejną („później czy prędzej / zakończy się ciszą”, s. 107). Ich bezruch jest ułudą; w istocie są one zdynamizowane, zaś siłę wprawiającą je w obroty stanowi język. Oto sytuacja prawdziwie poetycka: żadnej pewności i koniec marzeń o pozajęzykowej komunii ze światem, w zamian zaś – nierozszczepialny stop języka, myśli i przedmiotów. W jednym z wierszy mówi o tym Jarniewicz następująco: „przestajesz czytać i zamieniasz się / w literę / zdania zaplątanego w wielojęzycznych / sensach” (91). W wierszu kończącym tom „Oranżada”, a zarazem „Skądinąd”, zwraca się do czytelnika wprost, wskazując mu jedyną drogę wyjścia: „Dokonaj rozbioru słów, w jakich nas zamknięto” (s. 280). Sprawdza się tytułowa fraza jednego z tomów poety – „Są rzeczy których nie ma”, natomiast tytuł innego – „Rzeczy oczywistość” – okazuje się być znakiem pustym, pozbawionym desygnatu. I jeśli nie oznacza to jeszcze uznania rzeczy za nierzeczywiste, to z pewnością – co jak sądzę jest momentem szczególnie dla Jarniewicza symptomatycznym – zidentyfikowane zostają one jako nieswoje, czy też, jak powiedziałby Freud, niesamowite.

Ktoś, kto pragnąłby odnaleźć poetyckie egzemplifikacje das Unheimliche, powinien sięgnąć po wiersze Jarniewicza, w których co rusz natrafić można na ślady charakterystycznego działania mechanizmu niesamowitego. Jak wiadomo, mamy z nim do czynienia wówczas, gdy – jak powiada Freud – coś, co „nie jest tak naprawdę niczym nowym czy obcym, lecz jest czymś od dawna znanym” ujawnia się jako obce, niezgłębione i przerażające. Rejestrujące nasze rutynowe spojrzenia rzeczy obdarzone są tajemnicą, mocą ich swoistego odbicia, wytrącającego nas z równowagi: u Jarniewicza robi tak na przykład upersonifikowane „Białe prześcieradło” (s. 116), czy szachowy pionek z wiersza „Rozgrywka” (s. 12). Odczucie niesamowitego może objawić się w czasie wędrówki po z pozoru dobrze znanym mieście: „Jeszcze wczoraj był tu mięsny / a mimo to trafiłem na pocztę” (s. 199); mogą spowodować je krzesła w salonie: „Poszedłem do kuchni zaparzyć herbatę / a za moimi plecami / krzesła zamienione w wilki / zaczęły wyć do księżyca” (s. 81); albo łapcie, które „kiedy zaśniesz ,/ uciekną na podwórko” (s. 16); tudzież „szczerzące zęby” buty stojące w pobliżu zasłony i ewokujące obecność niebezpiecznego gościa (s. 104); a w końcu – zwykły naparstek: „Wiekuista cisza mego naparstka przeraża mnie” (s. 95).

Te i inne, podobne przykłady sprowadzają się właściwie do obrazowania na płaszczyźnie treści odkrytego przez Freuda mechanizmu, co nie jest oczywiście niczym specjalnie odkrywczym. Jarniewicz robi jednak pewien konsekwentny krok, przez co niesamowite pojawia się w jego tekstach w dużo bardziej interesującym znaczeniu. Skoro rzeczywiście mieszkamy w języku, to jedyne residuum niesamowitego może stanowić jedynie on. To język, nie zaś nieme rzeczy, moglibyśmy określić – za Freudem – jako coś z pozoru „swojskiego” i „od dawna znanego”. A jedynie coś „znanego” może objawić się nam jako niesamowite.

Środkami służącymi do wywołania efektów tak pojmowanej niesamowitości będą różnorakie sposoby eksploatowania polisemantyczności słów i wyrażeń. O ile jeden ze wczesnych wierszy zatytułowany „Neron” (który okazuje się opowiadać o psie-czempionie) opiera się wyłącznie na prostej dwuznaczności, to w napisanej rok później „Klatce” użyte w tytule słowo okazuje się organizować strukturę bardziej złożoną. Pierwszy wers tekstu („zatrzymany kadr”, s. 94) oraz sytuacja liryczna (seans wideo) budują jednoznaczne znaczenie „klatki” – która jednak już za moment okaże się być raczej 'zamknięciem, więzieniem' (samotny mężczyzna z „nieobecną od roku obrączką” ogląda „co wieczór” „dwugodzinną Sharon Stone”). „Klatka” wprowadza wirus dwuznaczności w inne miejsca tekstu (np. zupełnie inaczej zaczyna brzmieć słowo „krok” w wyrażeniu „z wyciągniętą ręką na odległość kroku”, s. 94), zaś w stronę niesamowitego prowadzi nas animizacja przedmiotu: „japoński magnetowid / wydziera z dłoni kasetę” (s. 94). Bez większej przesady można uznać za najlepsze teksty Jarniewicza wiersze tego typu – w których odkrywaniu niesamowitości rzeczy towarzyszy penetrowanie niesamowitości języka. Majstersztykiem odsłaniania tego, co niesamowite w przestrzeni zadomowionego jest ostatni tom poety, zatytułowany „Oranżada”, skoncentrowany na eksploatacji języka peerelowskich lat sześćdziesiątych. Dominującym narzędziem stają się tu wielopiętrowe odniesienia intertekstualne. I tak w wierszu zaczynającym się od słów „Te wiersze ze spiżarki / wykradłem” (s. 241) wyłania się „spiż” i horacjańska apoteoza poezji; przejęzyczenie „cicha rzeka brzegi rwie” (s. 257) uruchamia serię heraklitejskich odniesień, jakie naruszać będą koherencję kilku następnych tekstów; przepisany z „Glamour” fragment artykułu o striptizie okazuje się mieścić w sobie przejmującą medytację o śmierci spod znaku średniowiecznej makabry; zaś wiersz o swojskim tytule „Czterej pancerni i pies” złożony jest wyłącznie z tekstu „Nachtgedanken” Heinego i to przytoczonego w oryginale. Co rusz powaga tekstów Jarniewicza rozbijana jest przez czające się w nich strzępki tekstów ówczesnych szlagierów (np. „Skutery / pójdą pod młotek. Już za parę dni / Za dni parę”, s. 252; „Głos Wybrzeża w ręku niósł i zaklinał się / że nad to morze już więcej nie wróci”, s. 258), pojawiają się Beatlesi i Floydzi, obcojęzyczne (głównie „ruskie”) cytaty, wypisy ze słowników i wyraziste odniesienia topograficzne. To wszystko jednak – i w tym widziałbym swoistość lingwizmu Jarniewicza – wprzęgnięte jest w zadanie odsłaniania niesamowitego, tkwiącego w słowach naszych powszednich. Zadomowienie, które dają jest iluzoryczne, zaś ich składnia, na co dzień poręczna i użyteczna, ujawnia swą źródłową „zawiłość”, a tym samym „stawia mój powrót do domu / pod znakiem zapytania” (s. 264).

A rzeczy? U Jarniewicza okazują się one być nie-rzeczami – stąd każda próba ukrycia się w ich głębi musi robić wrażenie nie-rzeczy-wistej. Wykreowana przez poezję przestrzeń nie zawiera niczego prócz nie-rzeczy – a więc rzeczy-w-słowach, jakie opatulają je szczelnie, niezależnie od pojawiających się co rusz wątpliwości sygnalizujących niemożność wyrażenia tego lub owego: „Słownik uboższy o kilkaset słów / obejmował mimo wszystko wszystko” (s. 246). Jarniewicz nie ma złudzeń: jeśli istnieje jakaś obroną przed tym, co niesamowite – są nią słowa: „Ratowałem się, jak zwykle, słowami” (s. 248) – wyzna w jednym z wierszy. I chociaż, jak powiada gdzie indziej, „co można wysłowić, nie wysłowi tego, co było” (s. 275), to w kolejnym wersie możliwa będzie jednak jedna tylko rada: „Naucz się więc odmiany / Jest nie jest. Było, nie było: nie ma”, i jedna tylko puenta: „Mowa, stary rutenizm, wymaga dalszych studiów” (s. 275).

A więc na nowo: „Mógłbym zacząć od Lenina” (s. 274); „Zacznijmy wstecz” (s. 250); „Tu mieszkam, powiedzmy, / a reszta pójdzie jak z płatka, / czyli logiką skojarzeń / sznurując trop w trop do domu” (s. 193). Rzeczywiście poszło. „Skądinąd” – całkiem dobrze, choć jak widać Jarniewicz kieruje się wciąż tę samą receptą, o jakiej mówiliśmy na początku. „Na początku”? – to znaczy wtedy, gdy, jak podpowiada poeta, usta „przymierzały się / do pierwszego spotkania // mógł to być aż pocałunek / początek zakończył się jednak / słowem” (s. 73).
Jerzy Jarniewicz: „Skądinąd 1977-2007”. Biuro Literackie, Wrocław 2007. [Seria: Dożynki, t. 5].