Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (96) / 2007

Magdalena Kempna-Pieniążek,

DÉJÀ VU, DÉJÀ LU

A A A
Najnowsza książka Marianny Michałowskiej, „Obraz utajony. Szkice o fotografii i pamięci”, ma wielu patronów: Rolanda Barthes’a, Johna Bergera, Fernando Pessoę, Jacquesa Derridę, Waltera Benjamina (niekoniecznie w tej kolejności i niekoniecznie tylko ich). Niezwykle bogata jest też jej tematyka – nie chodzi w niej wszak wyłącznie o pamięć i fotografię, ale i o cały szereg wątków pośrednio z nimi związanych, takich jak tożsamość, reprezentacja, ciało, czas czy przemiany kultury współczesnej. Po tych niezwykle istotnych dla tropicieli ponowoczesnej kondycji człowieka obszarach autorka porusza się z literackim niemal wdziękiem, wzbogacając metodyczny namysł nad przedmiotem swych badań osobistą perspektywą i doświadczeniem, także fotograficznym. Jednak ta mnogość wątków, inspiracji i kontekstów skłania do refleksji. Warto się więc niektórym z nich przyjrzeć.

Wywołać / przywołać

Zgodnie z definicją podaną przez autorkę, obraz utajony to obraz „znany jedynie temu, kto go przechowuje we wspomnieniu, lecz możliwy do ukazania poprzez szczególny proces przywoływania (a może lepiej byłoby tu użyć sformułowania – „wywoływania”, jak wywołuje się fotografię w chemicznych odczynnikach)” (s.9). Na szczególny związek fotografii i pamięci (przeszłości) niejednokrotnie zwracali już uwagę badacze – sam Roland Barthes w „Świetle obrazu” poświęcił temu zagadnieniu sporo miejsca. Michałowska, podążając tym tropem, w pierwszej kolejności skupia uwagę na tym, co można chyba nazwać fotograficznymi archiwami zbiorowej i jednostkowej pamięci (albumy rodzinne, portrety i autoportrety). Szczególnie interesują ją wypadki, w których te najbardziej prozaiczne i powszechne przykłady fotografii stają się w jakiś sposób znaczące – ujawniają stojące za nimi konwencje, zaczynają odgrywać rolę w tworzeniu indywidualnych i zbiorowych mitologii albo podlegają różnego typu formom zaniku. Czy jednak wspomnienie jest rzeczywiście „wywoływane” z odmętów psychiki, tak jak zdjęcie, które wyłania się pod wpływem działania rozmaitych czynników chemicznych?

Michałowska przypomina, że na to, w jaki sposób obraz utajony się zmaterializuje, można wpływać, zmieniając tonację zdjęcia, rozkład plam jaśniejszych i ciemniejszych. Taki sam proces zdaje się rządzić pamięcią – każde kolejne wspomnienie może zostać „podkoloryzowane” lub zniekształcone w ten czy inny sposób. Prawo przywołania nie traci jednak w wypadku pamięci znaczenia – wszak nie wszystkie wydarzenia wspominamy z równą ochotą i łatwością. Część z nich, zepchnięta do poziomu podświadomości, przez długi okres czasu (niekiedy na zawsze) pozostaje w stanie „utajenia”. To właśnie tego typu obrazy próbuje Michałowska wydobyć, analizując (często za pomocą psychoanalitycznych narzędzi) różnego typu fotografie i świadectwa artystów oraz osób fotografowanych. Wiele wreszcie miejsca poświęca autorka tym dziełom (fotograficznym i filmowym), które w pewien sposób tematyzują związek fotografii i pamięci – pisze między innymi o produkcji Billa Morrissona „The Film of Her” czy pracach Romana Soroko i Andrzeja P. Batora. Wydaje się, że przywołując rozmaite przykłady ilustrujące istotne zjawiska związane z interesującą ją kwestią, Michałowska próbuje w rzeczy samej wywołać pewien złożony obraz relacji łączącej fotografię z kluczowymi problemami współczesnej kultury.

Punctum / studium

„W Obrazie utajonym – twierdzi Michałowska – piszę o obrazach, które – jak napisałby Barthes – „dotknęły mnie do żywego” (inaczej można by powiedzieć, że są wypełnione punctum – prywatnym odczytaniem). Czasem są to fotografie powszechnie znane, a kiedy indziej znane są niewielkiemu gronu zainteresowanych. Jednak wszystkie pozwalają przekroczyć granicę. „Przytoczyć przykłady punctum to w pewnym sensie odsłonić się” i spojrzeć na zdjęcia tak, aby odnaleźć w nich to, co na pierwszy rzut oka niewidoczne – znaczenia nieoczywiste i niejasne” (s.11).

W samej książce nie ma zbyt wielu śladów owego „zranienia” czy „ukłucia”, jak definiuje punctum Roland Barthes. Michałowska dzieli badany przez siebie materiał na pięć klas („Albumy”, „Sobowtóry”, „Zanikania”, „Kolekcje”, „Widokówki”), w których kataloguje, opisuje i interpretuje interesujące ją zjawiska przez pryzmat filozofii, literatury i teorii fotografii. Posługuje się przy tym kategoriami i tekstami, które w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci mocno utrwaliły się w naukach humanistycznych. I tak na przykład: skupiając swą uwagę na postaci Veruschki, Michałowska opiera się przede wszystkim na tekstach Susan Sontag, zaś cytując w podrozdziale poświęconym Berlinowi fragmenty „Anioła historii” Benjamina, podąża ścieżką stosunkowo w ostatnich latach popularną, kilkakrotnie przemierzaną chociażby przez badaczy twórczości Wima Wendersa (też zresztą przez Michałowską wspomnianego). Autorka odwołuje się zatem do tych treści analizowanych obrazów, które – nawet jeśli dla przeciętnego widza nie są zupełnie oczywiste – mieszczą się w grupie standardowych dla współczesnego humanisty odczytań. Nie ma już tutaj mowy o punctum, jest za to rzetelne i z pewnością bardzo potrzebne studium – zbiór analiz odnoszących się do tekstów i kategorii niezwykle istotnych dla zrozumienia współczesnej kultury.

Są jednak w „Obrazie utajonym” miejsca, które w ciekawy sposób z ideą punctum korespondują. Mam tutaj na myśli zwłaszcza ostatnią część książki, w której autorka mówi wiele o własnej praktyce fotograficznej, fascynacji obrazem w jego rozmaitych funkcjach i właściwościach, o tym, w jaki sposób fotografia – w jej osobistym odczuciu – dialoguje z pamięcią i tożsamością. „Kiedy fotografuję obce miasta – pisze Michałowska – mam wrażenie, że nie umiem uciec od wyuczonego sposobu fotografowania. Każde z miast, które fotografowałam stawało się pocztówką. (…) Co bowiem zapamiętujemy z podróży? (…) Czasem jest to charakterystyczny powiew powietrza lub dźwięki, lub kolor światła. Lecz nigdy jeden obraz. Pochwytywane kadry tylko oddalają moją pamięć od oglądanej przestrzeni” (s.241). Czy w tym wyrazie stonowanego żalu wynikającego z przekonania o byciu „uwięzioną w schemacie pocztówki” nie pobrzmiewa nutka tęsknoty za przedstawieniem tego, co z reguły przedstawieniu się wymyka?

Déjà vu / déjà lu?

Wyjść choćby na chwilę poza racjonalność, poza kulturę i jej ograniczenia nałożone na sposób postrzegania świata, a równocześnie przekazać za pomocą medium fotografii specyficzny charakter punctum, jakie wzbudzić potrafi w nas to, co zobaczone nagim okiem, nieuzbrojonym w obiektyw aparatu – oto niezwykle nęcąca perspektywa. Michałowska daje wyraz tej trudnej do wyrażenia fascynacji rzeczywistością, kiedy opisuje swoje zauroczenie jedną ze szczecińskich kamienic z charakterystycznymi kręconymi schodami na dziedzińcu: „jak gdyby pewne obrazy domagały się od nas sfotografowania” (s.254) – pisze. Czy rzeczywiście niektóre miejsca „proszą się” o zrobienie im zdjęcia? A może jest to wrażenie wywołane ukrytymi pragnieniami, skłonnościami i marzeniami samego fotografującego? W świetle ustaleń Michałowskiej na ostatnie pytanie odpowiedzieć można twierdząco – nie bez powodu autorka, analizując zdjęcia rozmaitych twórców, często sięga po pojęcia i metody wywiedzione wprost z psychoanalizy. To jednak nie wszystko. Kończąc swoje rozważania, Michałowska stwierdza: „Déjà vu powinno być (…) zjawiskiem spotykającym często współczesnego flâneura. Zjawiskiem charakterystycznym dla przestrzeni wiecznie tworzonych, niszczonych i przebudowywanych. Czy ten budynek tam stał? Czy byliśmy tu, pytamy, gdy powracamy do pewnego miejsca” (s.263). Pytanie, na jakie w dużej mierze próbuje odpowiedzieć autorka w swojej najnowszej książce, dotyczy, jak sądzę, miejsca, jakie w tym poniekąd wymuszonym kulturowymi przemianami procesie przypominania i „odpominania” nieustannie zmieniających się przestrzeni (i chwil) zajmuje fotografia.

Ostatniemu podrozdziałowi swojej książki Michałowska nadała tytuł Déjà vu. Czytając „Obraz utajony”, nie sposób oprzeć się innemu wrażeniu: déjà lu. Wszak wiele z tego, o czym pisze autorka, zostało „już przeczytane” – koncepcje Barthes’a, Susan Sontag, Derridy czy Benjamina są współcześnie tak modne i szeroko znane (do niektórych z nich odnosiła się sama Michałowska w swojej poprzedniej książce „Niepewność przedstawienia”), że nie sposób uznać analiz zawartych w „Obrazie utajonym” za szczególnie odkrywcze czy nowatorskie. Tak samo jednak jak déjà vu, tak i déjà lu jest odczuciem charakterystycznym dla współczesnego człowieka – odczuciem niekoniecznie negatywnym, o ile rzeczywiście przypomina „podążanie trasą wyrysowanej w przeszłości mapy z zaznaczonym skarbem” (s.263). Książka Michałowskiej jest z pewnością wdzięcznym towarzyszem w takiej podróży (bez względu nawet na swą niedopracowaną stronę edytorską – znaczna ilość błędów interpunkcyjnych, drobnych usterek składniowych i stylistycznych zaburza nieco kontakt z myślą autorki). Jeśli zaś mowa o skarbie… Chyba każdy z nas posiada jakąś kolekcję, na przykład archiwum zagubionych, lecz zapamiętanych fotografii. Kto wie, co w nich znajdziemy, przywołując je raz jeszcze?
Marianna Michałowska: „Obraz utajony. Szkice o fotografii i pamięci”. Galeria f5& Galeria Fotograficzna, Kraków 2007 [Seria „Biblioteka f5”, t. 1].