Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (96) / 2007

Łukasz Iwasiński,

KRAFTWERK MEETS BARRY WHITE

A A A
SLG, czyli Łukasz Seliga, to drugi - po Jacku Sienkiewiczu – najważniejszy rodzimy producent święcący triumfy na świecie. Twórczość SLG, choć wyrasta z tradycji minimal techno, wymyka się łatwym kategoryzacjom. Słychać w niej echa klasycznego Trezora, ale także wyraźne piętno późniejszych clikowych brzmień i szeroko pojętych post-technowych eksperymentów. Całość osadzona jest zwykle na chwytliwym groovie, nierzadko o house’owej proweniencji. Jego muzyka nie jest zimna, mroczna, zbyt sucha. Zachowuje minimalową surowość, ale nie unika wycyzelowanej ornamentyki. Dziś SLG ma na koncie wydawnictwa dla zacnych niemieckich wytwórni, jak choćby niemieckie Level Records, a przede wszystkim Trapez. O pozycji łódzkiego producenta na świecie świadczą także wysokie notowania w opiniotwórczych mediach poświęconych muzyce klubowej oraz fakt, że jego utwory grane są przez czołowych światowych didżejów. Słynie z doskonałych live-actów.

Łukasz Iwasiński: Jak wyglądały początki twojej przygody z muzyką?

SLG: Zawsze miałem jakieś muzyczne ciągoty. Zacząłem w szkole podstawowej od grania na gitarze elektrycznej, każdy musi przejść fascynację punk rockiem. Potem pojawiły się rzeczy typu Ministry i Nine Inch Nails, łączące ostre granie z syntetycznymi beatami i tak zaczęło to zataczać koło i wracać do elektroniki, bo już wcześniej, w wieku 11-12 lat słuchałem kompletnie niemodnej wśród rówieśników muzyki Kraftwerk i synth pop z lat 80. (do którego nie pozostało mi jednak zbyt wiele sentymentu). Dzięki remixowym albumom NIN, odkrywałem: Aphex Twin, Coil, Meat Beat Manifesto, co spowodowało, że coraz bardziej zacząłem kierować się w stronę stricte elektroniki. Zainteresowałem się: Orbital, LFO, FSOL, Autechre, wczesnym jungle, potem techno, przy czym cały czas zgłębiałem bardziej abstrakcyjną elektronikę. W międzyczasie, około 12 lat temu, zacząłem tworzyć pierwsze własne produkcje na prymitywnych trackerach, które wtedy traktowałem raczej jako „protezę” prawdziwego studia, bo trudno było mi – szczeniakowi zebrać fundusze na lepszy sprzęt. Dzisiaj łatwiej jest zacząć, bo przy odrobinie umiejętności można stworzyć całkiem przyzwoitą produkcję na domowym komputerze. Taka muzyczna demokracja z jednej strony podoba mi się, ponieważ liczy się talent, a mniej zaplecze finansowe. Jednak z drugiej strony powoduje, że mamy do czynienia z zalewem przeciętnej muzyki, bo skoro łatwiej jest zacząć, więcej osób zabiera się za tworzenie muzyki, a nie wszyscy mają dobre pomysły i pewną dozę samokrytyki, stąd dużo nieciekawej, plastikowo brzmiącej, mało pomysłowej muzyki. Przez lata robiłem bardzo różnorodne stylistycznie rzeczy, nie zamykałem się na jeden gatunek, w końcu, jakieś 5 lat temu skupiłem się na projekcie SLG; odważyłem się puścić trochę tej muzyki w świat i występować na żywo, stopniowo zacząłem być zauważany i jakoś zaczęło się to toczyć własnym torem.

Ł.I.: No właśnie, masz na koncie wydawnictwa dla zacnych niemieckich wytwórni, jak Level Records czy przede wszystkim Trapez, jak do nich trafiłeś?

SLG: Jeśli chodzi o Level to stało się to zupełnie przypadkiem. Grałem kiedyś imprezę razem z Oliverem Hacke, który poprosił mnie, żebym wypalił mu parę tracków na CD. Hacke pokazał je swojemu koledze Danielowi, który prowadzi Level i za jakiś czas dostałem maila z propozycją wydania EP. Podobnie, właściwie przypadkiem doszło do współpracy z Cynosure. Mike'owi Shannonowi na tyle spodobał się mój utwór, który remixował dla Channels Rec., że zapytał, czy chcę wydać EP dla jego labelu. Jeśli zaś chodzi o Trapez, to najzwyczajniej w świecie, gdy skompletowałem demo z mocniejszym materiałem niż ten dla Level, chciałem znaleźć „poważnego” wydawcę – zależało mi na jakiejś znanej marce, zapewniającej dobrą promocję. Na pierwszy ogień poszedł Trapez, bo uznałem, że wydają kilku artystów o podobnym do mnie sposobie myślenia o techno, jak Jeff Samuel czy Alex Under, więc sądziłem, że mogą się im te utwory spodobać. Napisałem maila, wysłałem CD z kilkoma trackami i udało się, dostałem propozycję wydania 2 EPek. A po jakimś czasie Trapez stał się główną wytwórnią, z którą współpracuje (acz nie wiążą mnie żadne kontrakty na wyłączność), jestem też reprezentowany przez ich agencję bookingową, dzięki czemu zacząłem dużo występować poza granicami Polski.

Ł.I.: Jakie momenty uznajesz za najważniejsze czy też przełomowe w swojej karierze?

SLG: Niewątpliwie ważnym momentem było to, gdy udało mi się wydać pierwszą EPkę. Było to na pewno spełnienie jakiegoś marzenia. A taki prawdziwy przełom nastąpił po związaniu się z Trapez – te płyty nieźle się sprzedały, co zapewniło mi większą promocję, sprawiło, że ludzie na świecie zaczęli stopniowo zauważać moją muzykę i pojawiło się więcej propozycji występów poza Polską, dzięki czemu mogę zajmować się muzyką na pełen etat, robiąc swoje i nie idąc na jakieś komercyjne kompromisy.

Ł.I.: „Kraftwerk meets Barry White” – taki nagłówek widnieje na Twoim MySpace. Na ile to żart, a na ile poważna deklaracja? Czy należy przez to rozumieć, że chcesz tchnąć ciepło i głębię w dosadną, mechaniczną, odhumanizowaną motorykę soulowego feelingu?

SLG: To poniekąd żart. Kiedyś opowiadałem jednemu ze znajomych, że byłaby to moja wymarzona muzyczna kolaboracja, gdyby Kraftwerk nagrał płytę z Barrym Whitem. Roboty z Duesseldorfu kontra namiętny król soulu – brzmi to absurdalnie i zabawnie, ale wcale nie jest to niedorzeczne, bo gdyby nie Kraftwerk, a zarazem gdyby nie soul i funk nie byłoby house'u i techno. Są to bezpośrednie źródła house'u z Chicago i techno z Detroit.

Ł.I.: Czy traktujesz swoją twórczość jako jednoznacznie klubową, taneczną? Czy zastanawiasz się nad jej przeznaczeniem, funkcją? Uznajesz podział na muzykę dancefloorową i taką „do słuchania w domu”?

SLG: Jak najbardziej traktuję swoją muzykę jako klubową i taneczną, nie dorabiam do tego żadnych pretensji, ale też pracując nad muzyką, myślę o niej po prostu jako o muzyce, a nie o jej klubowym przeznaczeniu. Lubię energię tanecznej muzyki, ale dobra muzyka ma być przede wszystkim dobrą, ciekawą muzyką, mieć jakąś treść, a nie tylko skłaniać do poruszania biodrami. A faktem jest, że w 90% ta „typowo dancefloorowa” muzyka nie jest odkrywcza i sprawdza się tylko na parkiecie, a w domu nie da się jej słuchać, bo jest zbyt banalna i po prostu nudna. Nie lubię muzyki klubowej, która jest takim typowym DJ-tool`em producentów, którzy nie mają indywidualnego stylu, ale goniąc za trendami, starają się „uszyć na miarę” klubowy hit i potem słyszymy tysiąc utworów brzmiących niemal identycznie. Taka muzyka wpada jednym uchem, drugim wypada i chwilę później się o niej nie pamięta. Ani mnie to ziębi ani grzeje, pozostawia mnie obojętnym.

Ł.I.: W jaki sposób pracujesz? Jakiego software’u używasz? Skąd czerpiesz sample, czy sam je generujesz? Poza sprawami technicznymi – jak koncepcyjnie to wygląda – masz jakąś gotową ideę, wstępne założenia, czy utwór wyłania się spontanicznie z zabawy?

SLG: Dla mnie w muzyce elektronicznej sprawą esencjonalną jest to, że elektroniczne instrumentarium pozwala na kreację własnych barw, dlatego nie używam raczej sampli-gotowców i fabrycznych presetów z syntezatorów. Jakoś mnie żenuje, gdy słyszę w czyimś utworze gotowe dźwięki z popularnych pluginów, wstydziłbym się po prostu użyć tego samego charakterystycznego dźwięku, który jest wykorzystywany w 50 innych produkcjach. Dużo uwagi poświęcam sound designowi i kreacji brzmienia, używając do tego zarówno software'u, jak i hardware'u. Wyjątkiem są sample starych analogowych automatów perkusyjnych, które są nieśmiertelne i np., gdy pracuje nad bębnami, wiem, że jako bassdrum sprawdzają się stare poczciwe Rolandy 808/ 909 , brzmi to po prostu lepiej i „tłuściej” niż bassdrum wygenerowany cyfrowo. Oprócz syntezatorów/samplerów, ogromną rolę w pracy nad brzmieniem odgrywają procesory efektów i dynamiki, dalsza obróbka dźwięku ma często kluczową rolę w jego kształtowaniu. Wychodzę np. od prostego, oczywistego dźwięku, ale potem zapinam na nim kilka wtyczek efektowych, kompresorów, equalizerów. Koncepcyjnie nie mam stałej reguły i sposobu pracy, czasem mam w głowie pomysł, linie melodyczne itp., a czasem utwór wyłania się właśnie spontanicznie z zabaw. Czasem zrobię utwór w jeden dzień, czasem od momentu, gdy powstał pierwszy szkic do momentu, gdy ten utwór wyewoluuje w pełną, ukończoną, zaaranżowaną wersję mijają 2 lata. Mam na twardych dyskach moich komputerów tysiące takich nieukończonych szkiców, do których niekiedy można wrócić i dopiero po jakimś czasie wpaść na pomysł, jak pociągnąć dalej daną kompozycję.

Ł.I.: A jaką rolę w procesie twórczym odgrywa pomyłka, przypadek? Dopuszczasz je, czerpiesz z nich, czy starasz się wszystko ściśle kontrolować?

SLG: Czasami jestem perfekcjonistą i siedzę długo nad detalami, a innym razem daję się ponieść totalnemu spontanowi. A przypadek i błąd są bardzo inspirujące, czasem w ten sposób wpada się na najlepsze pomysły. Oczywiście, czerpię z tego, ale z drugiej strony mam też jakiś swój pomysł i wizję, więc te przypadki jednak potem podlegają już kontroli. Jeśli chodzi o granie na żywo, tu stawiam właśnie bardziej na spontaniczność i żywiołowość, niż na bezbłędny, wymuskany, gładki set – to jest muzyka maszyn, ale musi być w niej życie, bez tego byłaby nudna.

Ł.I.: Czego więc używasz w czasie występów na żywo?

SLG: Używam prostego setupu: laptop, interfejs audio i kontroler MIDI, który służy mi do sterowania oprogramowaniem. Lubię sobie raczej utrudniać niż upraszczać zadanie, więc chciałbym zabierać na scenę więcej sprzętu, jakieś hardware'owe syntezatory, itd., ale jeszcze się nie odważyłem na to, bo stanowi to duże utrudnienie w podróżach, rodzi strach o sprzęt, który jest dość kosztowny, i stwarza problemy z rozstawieniem się w małych klubach.

Ł.I.: Jakie są Twoje ulubione wytwórnie i producenci?

SLG: Czy mam ulubione wytwórnie? Raczej poszczególne płyty i artystów niż wytwórnie, mało jest takich, których katalog „łykałbym” bezkrytycznie od A do Z. A co do artystów to też trudno jest mi wymienić tych ulubionych, słucham dużo różnorodnej muzyki, nie tylko elektroniki i techno. Gdybym miał wymieniać rzeczy, które wywarły na mnie wpływ, to jeśli chodzi o techno, też byłoby tego sporo: począwszy od techno z Detroit, przez Aphex Twin, Autechre, LFO, Pan Sonic, starego Plastikmana, Basic Channel, Chain Reaction, Studio 1, Daniela Bella, Akufena i kanadyjską scenę. Z aktualnych producentów techno mógłbym wymienić: Jeffa Samuela, Alexa Undera i Johna Tejada, Audio Werner. Dużo fajnych, świeżych rzeczy dzieje się w Paryżu – wytwórnia Circus Company i to całe środowisko Noze, itd. I jedno z moich najciekawszych tegorocznych odkryć, trio dOP – Paryżanie, z których dwóch ma polskie korzenie, na razie nie wydali za wiele, ale jestem pewien, że niedługo będzie o nich równie głośno jak o ich kolegach, z którymi zresztą dzielą studio, wspomnianych już Noze. Jest jeszcze oczywiście wielu innych ważnych dla mnie artystów, choć ogólnie kondycja techno jest obecnie taka sobie, jest przesyt, za wiele labeli, za wiele „wannabe-producentów”, coraz więcej nijakich, bezpłciowych produkcji.

Ł.I.: Jak Twoim zdaniem wygląda poziom produkcji w Polsce – jak oceniasz standardy, umiejętności naszych rodaków? W tej dziedzinie wciąż wiele brakuje nam do Zachodu...

SLG: Hmm, właściwie nie powinno się już przeciwstawiać Polski Zachodowi i stosować dla nas taryfę ulgową, ale nie da się ukryć, że nadal pozostajemy w tyle. Niby coś idzie do przodu, ale środowisko nie rozwija się. Jeśli chodzi o techno to, ogólnie rzecz biorąc, jest ono zdecydowanie bardziej odtwórcze, niż twórcze. Kiedyś wystarczyło być didżejem, żeby być cool, a obecnie każdy chce produkować własną muzykę, choć wcześniej w ogóle o tym nie myślał. Każdy chce coś wydać, choć nie ma własnej wizji muzyki, dlatego rezultaty są z reguły takie sobie, kolejne kopie. Nie chce być nadmiernie krytyczny, ale wciąż mało jest w Polsce dobrej, ciekawej tanecznej elektroniki. Oczywiście są chlubne wyjątki, ale dziwi mnie że jest ich tak niewiele. Wierzę jednak, że i u nas jest parę utalentowanych osób, które jeszcze nie miały odwagi pokazać się światu.

Ł.I.: Jak oceniasz świadomości publiczności? Otwartość świata, dostępność informacji powinny sprzyjać jej podnoszeniu, czy zauważasz to?

SLG: Świadomej publiczności jest coraz więcej, ale zarazem wiadomo, że do klubów przychodzą zarówno pasjonaci muzyki, jak i dużo osób, które chcą po prostu zabawić się i nie interesują się muzyką. Ale nie ma co tego segregować, muzyka nie jest czymś elitarnym, jest i dla jednych i dla drugich. Sporo teraz gram za granicą, gdzie często strona organizacyjna i techniczna jest na dużo wyższym poziomie niż w polskich klubach, bo są tam większe pieniądze. Ale zawsze gra mi się doskonale na polskich imprezach dla polskiej publiczności.

Ł.I.: Jakie masz plany?

SLG: W planach na przyszły rok mam kilka kolejnych EPek i pracę nad debiutanckim, pełnym albumem, no i oczywiście dużo występów na żywo. Z tych mniej sprecyzowanych planów, powoli myślę o jakimś osobnym projekcie, czymś innym niż to, co robię pod szyldem SLG. Z pewnością też elektronicznym, ale niekoniecznie skupionym na techno. Czasami czuję się trochę ograniczony formułą techno i chce nagrać coś bardziej freestyle'owego. Może też być to jakaś kolaboracja z innymi artystami, a niekoniecznie kolejny solowy projekt.

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.