ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (97) / 2008

Tomasz Kaliściak,

GEJOWSKI FREDRO

A A A
Nie wiem, czy wzajemna nienawiść Pawła i Gawła to historia gejowska, ale ukradnę ją sobie dla recenzenckich potrzeb. Tym bardziej, że książka, o której chciałbym powiedzieć kilka słów, wyrasta z prężnie rozwijającego się, jak można obecnie zauważyć, nurtu literatury gejowskiej. Otóż wszyscy znamy tę bajkę Fredry albo przynajmniej jej najsłynniejszy fragment „wolnoć, Tomku, w swoim domku”. Anna – moherowa dewotka – i Paweł – wielkomiejski, wyemancypowany gej – główni bohaterowie „Berka” Marcina Szczygielskiego, stosują tę zasadę bardzo konsekwentnie. Podobnie jak Paweł z Gawłem, żyją w jednej kamienicy i nawzajem, jak tylko potrafią, uprzykrzają sobie życie. Jak na dobrą bajkę przystało, da się z niej wysnuć morał, ale jego wydźwięk jest zupełnie inny niż w bajce Fredry, choć równie jednoznaczny: kochajmy się, bo jesteśmy jedną wielką rodziną. Gej z moherówą, umięśniony Herkules i anorektyczka. Wszyscy „jesteśmy”. Nikt nie ma wątpliwości. Te słowa padają w zakończeniu powieści trzykrotnie.

Piszę o książce Szczygielskiego w momencie, kiedy nastąpiła już wstępna recepcja. W kręgach gejowskich „Berek” wywołał wiele nieporozumień, spolaryzował poglądy. Przez jednych uważany za gejowskie czytadło lub harlekin (choć przecież niekoniecznie rozumiany negatywnie), przez innych jako interesujący dokument społecznych przemian, a może nawet elementarz pewnych postaw i zachowań. Zastanawiające, na ile ta ożywiona dyskusja przeniknie do krytycznoliterackiego mainstreamu, ale to już zupełnie inna bajka. Czas pokaże. Ja zresztą bardzo kibicuję „Berkowi”, co nie oznacza, że pozbawiony jestem wątpliwości. I to od nich chciałbym zacząć.

Zestawienie dwóch odrębnych światów, na którym zasadza się kompozycja narracyjna, okazało się dość interesujące, językowo i humorystycznie udane, a w efekcie przyjemne. Pewnie i pouczające. Ten edukacyjny walor „Berka” był zresztą wielokrotnie podkreślany. Jednak pomysł zderzenia dwóch innych, choć w gruncie rzeczy bardzo podobnych światów, już od początku wydawał mi się ryzykowny. Zanim w ogóle rozpocząłem lekturę (wcześniej znałem jedynie anonsy) pojawiła się obawa, że ten dobry pomysł może zostać rozwiązany w najbardziej przewidywalny, tendencyjny, a może nawet sitcomowy sposób. I tak właśnie się stało. Optymistyczne zakończenie, w którym Paweł zaprzyjaźnia się z Anną, jest jednak bardzo niebezpieczne, i nie dlatego, że trochę banalne czy łzawe, lecz z tego powodu, że sugeruje totalizujące przesłanie: bez względu na różnicę, stanowimy jedną wielką rodzinę. Takie uniwersalistyczne proklamacje, co by o nich nie powiedzieć, są przecież charakterystyczne dla kultury popularnej, choć bardzo mnie zniechęcają, bo wpisują się w niedobrą tradycję nieludzkiego albo wręcz fałszywego – jak pisał ongiś Lévi-Strauss – humanizmu. Książka mówi, że różnice między nami są tylko pozorne, że w gruncie rzeczy chodzi o „to samo” (tu warto pamiętać o derridiańskim znaczeniu). Boję się, że ta sprawnie i wdzięcznie napisana książka zmierza w identycznym kierunku. Szczerze mówiąc, wątpię w takie sojusze. Są one możliwe tylko w tanich książkach i komediach romantycznych. Oczywiście, chciałbym, żeby było inaczej. Ale może problem leży gdzie indziej, na przykład po mojej stronie. Może przyzwyczaiłem się do tego, że literatura (ta wysoka) nie daje łatwych odpowiedzi, że nie rozstrzyga, lecz stawia problemy. Tutaj rozwiązanie podane jest na tacy. Wystarczy sięgnąć. W końcu przecież literatura popularna żywi się takimi łatwymi kęsami.

„Berek” to chyba rzeczywiście niemal typowa powieść emancypacyjna i to w bardzo szerokim znaczeniu: zdradza pragnienie uniwersalizacji ludzkiego doświadczenia, co typowe dla lyotardowskich wielkich narracji. Nasuwa się tutaj bardzo odległa, ale dość charakterystyczna, analogia. Historyczna i kultowa wystawa fotograficzna Edwarda Steichena z 1955 roku „The Family of Man”, która zyskała światową popularność, starała się właśnie pokazać, że wszyscy ludzie są jednakowi bez względu na rasę, wyznanie, narodowość, przynależność klasową (orientacji seksualnej wówczas nie podkreślano, ale pewnie moglibyśmy ją tutaj dodać), że łączą nas ze sobą uniwersalne aspekty ludzkiego losu, tj. cierpienie, samotność, choroba, ale także szczęście, miłość, etc. Ten totalizujący, jeśli nie totalitarny, wymiar optymistycznego humanizmu bardzo szybko został zaatakowany i oceniony w gruncie rzeczy jako fałszywy, bo wspierający jedynie jakąś wielką mitologię (jednym z krytyków Steichena był Roland Barthes), która podstępnie uprawomocnia wiedzę o człowieku. Wydaje się, że „Berek”, chcąc nie chcąc, nosi w sobie jakiś odprysk takiej wielkiej emancypacyjnej sagi o człowieku, co zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę autorski cel: z jednej strony napisać książkę łatwą, przyjemną, rozrywkową, a przy tym familijną, człowieczą, o każdym z nas i dla każdego. A z drugiej strony – książkę, która przyniesie sukces, także medialny, jakiego nie można już chyba „Berkowi” odmówić i to nie tylko z uwagi na głośny coming out Tomasza Raczka, wydawcy i partnera, a także autora wstępu, od którego wszystko się zaczęło. Tę książkę mógłbym zaakceptować, ale bez zakończenia, które może wyrządzić „Berkowi” wiele złego. Mówię to bez ironii, z matczyną (sic!) troską.

Bo jeśli miałbym za coś „pogłaskać” „Berka”, to za jego dowcip. I sympatię, którą przewrotnie wzbudza Anna, nie Paweł. Może dlatego, że łączy w sobie wiele sprzeczności i czarny angielski humor. Czasami przypomina mi Bukietową, której afektacja, nadtroskliwość, ale i dewocja popycha Sheridana w stronę gejostwa. W „Berku” tej zapiekłej, nienawistnej, radiomaryjnej homofobce również zdarza się od czasu do czasu mimowolnie „przegiąć”. Zresztą jest ona, o dziwo, bardziej ciotowska niż Paweł, czy jakikolwiek inny gej Szczygielskiego. Bo trzeba powiedzieć od razu, że tu w ogóle nie ma ciotek, są tylko geje, męscy do bólu, bez przegięć, idealni, a w sumie nudni, bo trochę kopiujący heteryków. Ta słodka, niezależna ciotowatość albo kampowość, znana choćby z „Lubiewa”, jest tu skrupulatnie wyeliminowana, albo właśnie przeniesiona na Annę, która czasami wydaje się być takim zniewieściałym facetem i trochę przypomina Patrycję albo Lukrecję. Ta migotliwość, nie wiem, czy zamierzona, bardzo mi się podoba, bo przecież, w gruncie rzeczy, chodzi tutaj o grę, i to nie tylko z czytelnikiem. Ale także z językiem, może nawet z tożsamością. Zarówno „berek” jak i „beret” (moherowy) brzmią niczym obelga, która piętnuje i naznacza. Warto więc przemyśleć: berek, przed którym uciekasz, to być może wstydliwe (nie dla samego berka, lecz dla innych) pożądanie, które prędzej czy później cię dotknie i sam zaczniesz gonić. Bo berek to queer, odmieniec, który budzi powszechny strach i nienawiść. A może berek to ktoś „dotknięty” AIDS, przed którym panicznie uciekają wszyscy ludzie. Bo problematyka wirusa HIV, którym zostaje zarażony Paweł, jest w tej powieści obecna, ale inaczej niż dotychczas. Już nie budzi grozy i paniki, jest chorobą oswojoną, jak każda inna, z którą można żyć i być człowiekiem, niekoniecznie berkiem, który straszy. Berek to ten wykluczony, który chce się pozbyć swojego wykluczenia. Można powiedzieć, że „Berek” Szczygielskiego to taka gra dla „dużych” dzieci, w której nie ma przegranych. Albo taka zabawna i pouczająca bajka, w świetle której sam autor, biorąc pod uwagę grę z konwencją, bawi się w gejowskiego Fredrę, który uczył nas o człowieku poprzez zabawę, dowcip, intrygę. Albo w Szekspira z komedią omyłek w tle. I może to nawet zabrzmieć jak komplement.
Marcin Szczygielski: „Berek”. Instytut Wydawniczy Latarnik. Michałów – Grabina 2007.