ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (97) / 2008

Marta Lisok,

HOMO COLLECTOR

A A A
„Nie do końca czuję się autorem tych zdjęć” – mówi Andrzej Tobis w zawiązku z odsłoną wystawy „A-Z. Gabloty edukacyjne”. Jest ona pierwszą częścią projektu „Alfabet”, zaplanowanego na 24 lata w bytomskiej Kronice cyklu zdarzeń poświęconych strategiom konceptualnym. Artysta prezentuje zbiór fotografii, które ilustrują hasła wydanego w NRD w latach 50. słownika niemiecko – polskiego, mającego z założenia ułatwiać komunikacje pomiędzy robotnikami bloku wschodniego. Zawierający kilka tysięcy haseł, zgromadzonych w 15 rozdziałach tematycznych, takich jak: „system demokratyczny”, „troska o człowieka pracy”, czy „partie i organizacje”, jest świadectwem sposobu myślenia opartego na precyzyjnych konstrukcjach językowych (np: „ślizgawka spadzista”, „pomocnik przy wyborach”, „szkatuła magnetofonowa”, „policja ruchu ulicznego” czy „szafka oszklona”).

Projekt Tobisa jest z założenia otwarty, praktycznie niemożliwy do ukończenia, jak twierdzi sam artysta niezwykle trudno znaleźć coś na „A”, więc materiały zbiera okazyjnie, pomijając alfabetyczną kolejność. Rejestruje niezaaranżowane sytuacje, napotkanych ludzi, znalezione przedmioty, odkryte niespodziewanie miejsca. Jak twierdzi w jednym z wywiadów: „one po prostu są, a moim zadaniem jest je zauważyć i utrwalić. I tyle. Żadnego kombinowania”. Jego strategia przywodzi na myśl „Dym”, film Paula Austera i Wayne`a Wanga, w którym właściciel niewielkiego sklepu tytoniowego na nowojorskim Brooklynie codziennie o ósmej rano fotografuje ten sam róg ulicy z przypadkowymi przechodniami. Ze zbieranych przez lata zdjęć składa w końcu w albumie, porwaną i nostalgiczną opowieść o miejscu. Oparte na eksperymentach i zestawieniu „składników”, alchemiczne dążenie do poznania jednej prawidłowości, zasady rządzącej wszechświatem jest więc wbrew końcowi wielkich narracji ciągle ponawiane. Podobnie jak August Sander w swoim atlasie portretów, a za nim Rineke Dijkstra czy Zofia Rydet, również Andrzej Tobis, obsesyjnie dążąc do zapisania „wszystkiego”, zdobywa się jedynie na utrwalanie małego wycinka, swoistej próbki. Jak w ilustracji do der Sonneuntergang (zachodu słońca), na której widzimy zardzewiały, brunatny tył cysterny, oświetlony promieniami słońca czy zdjęciu porzuconych wśród zeschłej trawy farbek wodnych, w których następuje charakterystyczna dla całego cyklu estetyzacja, polegająca na dostrzeżeniu i wyodrębnieniu niezauważalnego, surowego piękna czyhającego w prowizorycznym, podeptanym i opustoszałym.

Tobis fotografuje napotykane obiekty z charakterystycznym szacunkiem, w duchu szkoły dusseldorfskiej, typowym dla niej „zimnem okiem” bazującym na wycofaniu się fotografa z kreacji obrazu, na rezygnacji z ekspresji na rzecz przedstawienia. Najistotniejsze w tym kontekście pozostaje konceptualne spojrzenie na fotografię, myślenie o zdjęciach jako o środku do pewnego intelektualnego celu, nie wypowiedzi samej w sobie. Jego wielcy poprzednicy: Bernd i Hilla Becherowie, Thomas Ruff, Thomas Struth czy Candida Hofer, traktują swoje typologie jako narzędzie obserwacji i analizy porównawczej pojedynczych struktur. Tworzą „archiwa pamięci” zachowujące pozostałości z marginesu widzialności, utrwalające wytwory skazane na zniknięcie i zapomnienie. Podążający ich tropem Tobis nie tworzy eksperymentalnej bazy ani katalogu, lecz niczym średniowieczny skryba przepisuje/nadpisuje słownikowe hasła „widokami znalezionymi”, które w luźny sposób łączy z terminami na zasadzie mało oczywistego rebusu czy skomplikowanej łamigłówki. Subtelne anegdoty są uwikłane w kadry jego fotografii gdzieś w tle, na dalszym planie, czekając na swojego odkrywce. Drzemiąca na opustoszałym placu zabaw, metalowa sowa, zardzewiała zjeżdżalnia, parasol w kształcie muchomora to esencje, które Tobis wydobył z miejsc rozprzestrzenionych jak grzybnia w czasach w PRL-u. Artysta ocala je, zachowując na kliszy ich specyfikę, która pomimo całej toporności i brzydoty zachwyca zwyczajnością. Zmierzenie się z socjalistycznym dziedzictwem przeprowadza na bazie swoich dotychczasowych malarskich doświadczeń, których „A-Z...” wydaje się zupełnie naturalną konsekwencją. Do tej pory malarz pogrążony był w świecie wziętych jakby z obrazów Amadea Modiglianiego, zamrożonych w przestrzeni miejskiej kobiet. Jego skamieniałe opowieści usztywnione dodatkowo zaakcentowaniem pionów i zalane zielonkawo - błękitnym światłem nasuwały skojarzenia z wnętrzem wymarłego akwarium. W nowym projekcie można wyczuć ten sam martwy spokój i nabrzmiałą oczekiwaniem ciszę. Artysta nadal gra przede wszystkim wysmakowaniem estetycznym, treści trakując pobocznie.

Z drugiej strony, świat NRD-owskiego słownika, na którym buduje rozrastający się na własnych zasadach zbiór, jest zimny, sztuczny i uładzony, działa niczym niezawodna, precyzyjna maszyneria. Nie brak w nim propagandowych wtrętów gloryfikujących kolektywne życie, natomiast zaskakuje pominięcie strefy prywatności, emocji i uczuć. Stworzony w ten sposób model poraża zaszufladkowaniem, uładzoną sterylnością i przewidywalnością, którą cykl „A-Z” zdaje się z subtelnym poczuciem humoru demistyfikować.

Pojedyncze fotografie wydają się być sentymentalną przyjemnością dla oka. Jednak obserwowane w całości nasuwają skojarzenia z ideą encyklopedii, zbioru opartego na liczbie czy innym uproszczonym kluczu pozwalającym na ujęcie rzeczywistości w jakiekolwiek ramy. Tobis mierzy się z dominującym w ponowoczesności chaosem, z góry zakładając bezsens swoich działań. Fotografuje nie wierząc, że uda mu się zilustrować cały słownik. Jego utopijne zmagania porównywać można z działaniami bohaterów filmów Petera Greenawaya („Zet i dwa zera”, „Rekonstrukcja pionowych obiektów”, „Brzuch architekta”, „Kontrakt rysownika”), reżysera zafascynowanego katalogiem, ewidencją i spisem, które rozbijają realność świata, klasyfikując go w ramach sztucznego porządku języka i liczb. Nieustannie przewijające się w jego filmach porządkowanie: fotografowanie, literowanie i wymawiane liczb, powoduje zapętlenie narracji, pomiędzy to co wyliczone i pewne wykrada się nieustannie rozkład, przypadek i śmierć. Siatka rastra, którą tka reżyser, zamiast strukturyzować, zdaje się dodatkowo rozmywać i tracić swoją geometryczną foremność i spójność. Tobis, opisując rzeczywistość, podobnie jak Greenaway, opiera się na ciągłym filtrowaniu dostarczanych przez nią wrażeń i bodźców, wychwytywanych i równocześnie wypuszczanych, wymykających się. Jego strategia przypomina lustro, które wszystko przyjmuje, ale zarazem niczego nie zachowuje, dlatego może uchwycić krótkotrwałe sprzężenia materialnego i symbolicznego, obrazu i słowa.

Jak mawiał Roland Barthes: „Tym, co fascynowało mnie przez całe życie, był sposób, w jaki ludzie czynią swój świat zrozumiałym”. Ilość i rozproszenie tego, co zostało poukładane przez Tobisa pomiędzy a-z, zdaje się kawałkować świat/język na autonomiczne fragmenty. Kiedy ogląda się jego fotografie, można odnieść wrażenie, że próba ta rozbijana jest od środka przez samą rzeczywistość, która zostaje podana w stanie surowym, bez jakiejkolwiek kreacji. Lektura świata, swoiste oswojenie otoczenia poprzez produkcję znaków – zestawień obrazu i słowa, odsuwa całą jego obcość, czyniąc go zrozumiałym i swojskim. Właściwie słownikowe ilustracje Tobisa nie wymagają jakiegokolwiek intelektualnego przetwarzania, powodując niespodziewane wyciekanie samego pytania o sens. Niosą w sobie raczej refleksje nad pustką formy, językową bezdomnością nie do przełamania, kresem możliwości języka. Cała przyjemność wynikająca z ich obserwacji polega na estetycznym zachwycie precyzją jednorazowej zgodności „znaczącego i znaczonego”, zatrzymanych w kadrze miejsc zestawionych z podpisami. Artysta niczym dziecko wskazuje palcem wybrane miejsca i obiekty, mówiąc po prostu: „to” i nic innego, nic ponadto, żadnych odsyłaczy do niewypowiedzianego, żadnych marginesów i rozmyć. „Gabloty edukacyjne” ślizgając się po powierzchni znaków, jednocześnie wyzwalają i ochraniają rzeczywistość przez wyparowaniem, jak pisze Michał Paweł Markowski, oznaczającym całkowitą jej przemianę w signifie.
Andrzej Tobis „A-Z (Gabloty Edukacyjne)”. Kronika, Bytom, 24 listopada 2007 – 19 stycznia 2008.