Wydanie bieżące

1 lutego 3 (99) / 2008

Łukasz Iwasiński,

GIGOLO COMMODORE

A A A
Fot. Tomasz Ogrodowczyk.
Przypadek Capitana Commodore’a (właściwie: Mariusza Sochy) to kolejny dowód na prawdziwość sentencji „cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Choć na krajowej elektronicznej scenie aktywny jest od wielu lat, wciąż funkcjonuje w głębokim undergroundzie. Być może jego status zmieni płyta, którą wyda doskonale znana każdemu fanowi i obserwatorowi klubowego światka ostatniej dekady, prowadzona przez DJ Hella, oficyna Gigolo.



Łukasz Iwasiński: Jak wyglądały początki Twojej przygody z muzyka?

Capitan Commodore: Od czasów dzieciństwa bardzo interesował mnie wszelkiego rodzaju sprzęt audio. Moją ulubioną zabawką był szpulowy magnetofon polski Grundig zk 120 i polski gramofon Artur. Niszczyłem i sklejałem taśmy mojego taty, często jako kilkulatek byłem przyłapywany na rozwijaniu taśmy ze szpuli i topieniu jej w muszli klozetowej. Potem miałem magnetofon kasetowy Kapral i radio z kolumnami Amator, to znaczy rodzice mieli, ale ja się tym bawiłem najwięcej, no i wspomniany już gramofon Artur. Obracałem płyty palcem w tył i wprzód i robiłem różne eksperymenty z przegrywaniem z gramofonu na magnetofon kasetowy, potem z kasetowego na szpulowy i z powrotem na kasetowy. Wiem, że to brzmi bez sensu, ale przecież byłem dzieckiem, miało to więc sens jako dziecięca zabawa. Nie twierdzę, że to było tworzenie muzyki, ale z tych dziecięcych zabaw nauczyłem się czegoś, co jest do dzisiaj najbardziej przydatną umiejętnością przy produkowaniu muzyki – nauczyłem się podłączać wszystko do wszystkiego. Każde stare radio, magnetofon czy mikser, walkman, mikrofon, czy nawet słuchawki mogą być potencjalnym instrumentem lub mogą dawać ciekawy efekt – to tylko kwestia wyobraźni i umiejętności użytkownika. Poza tymi sprawami z łączeniem kabli – od zawsze lubiłem słuchać muzyki i nadal właściwie przez całe dnie to robię. Nie słucham tylko kiedy śpię, albo gdy jestem na ulicy bez jakiegoś przenośnego odtwarzacza, no i kiedy pracuję nad muzyką – ale wtedy słucham mojej własnej. Umiem też grać na gitarze i basie, po drodze udzielałem się w różnych zespołach. Jednak kiedy zrozumiałem, że nigdy nie zmuszę innych ludzi do tego, żeby grali to, co ja chcę, i uświadomiłem sobie, że jeśli nie zaczną grać, jak ja chcę, to z zespołu nic nie wyjdzie i szkoda tracić czas na próby, utwierdziłem się w przekonaniu, że muszę zacząć robić muzykę sam i oprócz gitary układać też bas, bębny i całe aranże. A kiedy już się tego nauczyłem, zdałem sobie sprawę, że nie zadowala mnie moje brzmienie i tak doszedłem do tego, że muszę też nauczyć się produkcji i wszystkiego, co się z tym procesem wiąże.

Ł.I.: Na przestrzeni ostatnich kilku lat wydałeś własnym sumptem mnóstwo płyt, z bardzo różnym materiałem. Traktowałaś je jedynie jako wprawki, nie szukałeś dla nich wydawcy?

C.C.: Teraz, z perspektywy czasu, traktuję ten cały materiał jako wprawki. Jednak kiedy pracowałem nad poszczególnymi płytami, wydawało mi się to bardziej poważne i jeśli rozpatrywać niektóre z tych materiałów przez pryzmat tego, co się dzieje w polskim undergroundzie elektronicznym, to są one bardzo dobre i mógłbym spokojnie zacząć grać rolę poważnego, groźnego i dumnego młodego artysty-eksperymentatora, tyle że coś takiego mnie śmieszy, nudzi i żenuje. Owszem, szukałem wydawców w Polsce – wśród wydawnictw undergroundowych, bo duże wydawnictwa nie interesują się taką muzyką jak moja. Ale zawsze się tam coś komuś nie podobało. Ja się nigdy nie napinałem na utworzenie oficjalnego labelu i sprzedaż płyt, ale wydaję na własne potrzeby pod szyldem Marcyhonagrywa. I w tym swoim labelku większe nakłady jednego tytułu wypalałem i rozdawałem za darmo, niż ci goście sprzedali wszystkich swoich tytułów razem. Dużo mojego starszego eksperymentalnego materiału można ściągnąć lub odsłuchać za darmo na stronie WEF (Warsaw Electronic Festival).

ŁI.: Opowiedz o swojej poprzedniej i zarazem pierwszej oficjalnie wydanej – nakładem Requiem Rec – płycie, pt. „Disco Polo”.

C.C.: No właśnie, pierwszej oficjalnej a przecież to jest już bardzo stary materiał. Dwa lata minęły od premiery, a w chwili wydania płyty już od dwóch lat leżał w szufladzie, ponadto kawałki powstawały przez rok z przerwami. Dlatego trudno mi odnieść się do tego, co zrobiłem 5 lat temu. Chciałem, by było to coś, co by brzmiało jak płyta wyprodukowana w roku 1985 lub 1986 i sądzę, że mi się udało. Myślę, że jak ktoś lubi brzmienie „Electric Cafe” Kraftwerka, albo „Actually” Pet Shop Boys, to powinno mu się też spodobać „Disco Polo”. Wydaje się jednak, że niewiele osób zrozumiało, o co chodzi z tą płytą, recenzenci próbowali załagodzić sprawę - że to niby z przymrużeniem oka, że to taki żarcik, ale to jest album zupełnie na poważnie. Są tam żarty, naiwne melodie, jednak brzmienie, zagęszczenie aranżacji w kawałkach i produkcja jest serio.

Ł.I.: Jak trafiłeś do Gigolo?

C.C.: Nic nadzwyczajnego. Wysłałem demo i otrzymałem odpowiedź, że im się podoba, ale wyjaśnili, że o wszystkim, co wychodzi w Gigolo, decyduje DJ Hell i jak on przesłucha demo, to odpisze. Zanim do tego doszło, minęły ze dwa miesiące – już myślałem, że o mnie zapomnieli, a jednak nie. Hell napisał, że demo jest ok. i że chciałby coś mojego wypuścić w Gigolo, ale poprosił o więcej kawałków, a ja akurat miałem skończone dwa nowe materiały, więc wysłałem. Zanim uzgodniliśmy, co ma trafić na pierwszą epkę, zdążyłem przygotować kilka nowych kawałków i dostałem propozycję, żeby zrobić album.

Ł.I.: Gigolo to chyba najważniejsza dla współczesnego renesansu electro wytwórnia. Electroclash, zwłaszcza u nas, wciąż ma się bardzo dobrze. Jak odnosisz się do tego zjawiska? Nie masz wrażenia, że już się mocno wyczerpało?

C.C.: Może electroclash się wyczerpał, ale wszystkiego, co wydaje Gigolo, nie da się jednoznacznie określić tym mianem. Ja osobiście nie jestem fanem elektroclash. Robię mocno energetyczną, dosyć ostrą i brudną muzykę do tańca, jednocześnie z dużą dbałością o jakość brzmienia i nie pozbawioną eksperymentatorstwa. Naklejki typu electroclash czy nu rave są raczej domeną tych, którym potrzebne są szufladki, żeby muzykę opisać, zareklamować i sprzedać. Moim zdaniem 95% całej muzyki na świecie jest mocno wyczerpane, nie tylko electroclash. To trochę taki mechanizm ludzkiego umysłu – zanim ci się coś spodoba, musisz się z tym oswoić i zaakceptować, potem zaczynasz to lubić, a potem się tym nudzić, ale żeby poznać coś nowego, trzeba to znowu oswoić i zaakceptować. I stąd znudzenie, a jednocześnie strach przed nowością. A rynek muzyczny jest odwzorowaniem ludzkich zachcianek, ale chcąc wyciągnąć jak najwięcej kasy z muzyki, wchłania on to, co się sprzedaje i czerpie z tego najdłużej, jak się da.

Ł.I.: Jak pokazuje płyta przygotowana dla Gigolo, zarzuciłeś estetykę 8-bitowych komputerów i ejtisowej tandety, a celujesz w bardziej eklektyczne i wielowymiarowe, ale zarazem całkiem chwytliwe klimaty, w których przenika się electro, house, techno, IDM, a zarazem pojawiają się związki z - nazwijmy to w uproszczeniu – post-daftpunkowym electro-housem à la Justice, który ostatnio święci triumfy. Zgodzisz się z taką oceną?

C.C.: Dostałeś ode mnie 80 minut muzyki, ale to nie znaczy, że to już jest TA płyta. Na pewno część tego materiału na nią trafi, na pewno przygotuję jeszcze coś nowego i jeszcze sam nie wiem, co to będzie. Ejtisową tandetę zarzuciłem jeszcze przed ukazaniem się „Disco Polo”. Kiedyś, przy robieniu tych materiałów, które nazwaliśmy wprawkami, bawiłem się we wchodzenie w jakiś określony klimat – np. ambient, 8-bit, psychodeliczny rock, szumiące lo-fi, itd. Raz nawet miałem taką jazdę, że po obejrzeniu w TV polskiego filmu „Piłkarski Poker” pomyślałem sobie – ale fajna tandeciarska ejtisowa muza zrobiona pewnie na midi przy pomocy zaledwie jednego lub kilku syntezatorów. Usiadłem do kompa i podłączyłem do fruity loopsa syntezator midi, który jest na każdej karcie dźwiękowej w pececie, bo on właśnie tak brzmi, jak z polskiego filmu z połowy lat 80. Zrobiłem na tym syntezatorze 40 minut muzyki inspirowanej muzyką z „Piłkarskiego Pokera” - i nie jakieś tam odloty, tylko normalnie 12 piosenek 3-4 minutowych. Opowiadam o tym po to, żeby ukazać, do jakiego stopnia potrafiłem się czasem w coś wkręcić. Aktualnie łączę ze sobą wszystkie wcześniejsze doświadczenia w całość. Stąd ten eklektyzm. A chwytliwość wynika po prostu z tego, że lubię dobre piosenki z nośną melodią. Chcę, żeby moja muzyka była wyrafinowana a jednocześnie absolutnie przystępna, zrozumiała dla zwykłych ludzi, a nie tylko ekspertów. Lubię polskie elektropopowe granie z pierwszej połowy lat 80. – wtedy jeszcze w krajowych piosenkach były fajne melodie i aranże. Ostatnio też dużo słucham rosyjskiego elektro popu z lat 80., a najbardziej podoba mi się grupa Forum – to są właśnie bardzo chwytliwe klimaty. Oczywiście, obszary post-daftpunkowe też bardzo lubię, a z kolei Daft Punk sporo czerpie z amerykańskiego afro funk i elektro lat 70. i 80., który jest dla mnie ważny – Prince, Herbie Hancock, Nile Rodgers (Chick), Cybotron, Jonzun Crew. Łączę w swojej muzyce bardzo dużo różnych inspiracji i większość z nich pochodzi z górnej, dobrze się sprzedającej, popowej półki.

Ł.I. A jak oceniasz dwie gorące, szeroko komentowane w ostatnich miesiącach wytwórnie – Ed Banger i Kitsune? Pytam, bo o ile kojarzę twoje zamiłowania, wydaje mi się, że ich popularność powinna cię cieszyć.

C.C.: Bardzo lubię Ed Banger, dlatego że czuć w tej muzie pana Oizo, a ja fanem Mr. Oizo jestem już od bardzo dawna. Uwielbiam jego płytę „Moustache” – jest brudna, szalona, głośna i perfekcyjnie wyprodukowana. Można by też – jak ją określiłeś – post-daftpunkową falę nazwać częściowo falą post-oizową. Właściwie podoba mi się wszystko, co do tej pory ukazało się w Ed Banger – najbardziej Uffie, Sebastian, Justice, Krazy Baldhead, Feadz. Lubię ten cały brud, przester i te potężne sample bębnów – coś à la italo/laser dance tylko już tak dowalone na maksa. Nie będę szerzej wypowiadał się o Kitsune, bo nie zagłębiałem się w tę wytwórnię aż tak bardzo, ale przy Ed Banger Kitsune wydaje mi się bardziej naiwne, no i zdecydowanie mniej brudne oraz szalone.

Ł.I.: Kiedy wydasz album? Masz już tytuł? Jak nad nim pracowałeś (jakiego używasz sprzętu, software’u)?

C.C.: Nie mam jeszcze pojęcia, jaką nazwę wymyślę dla albumu, ani kiedy w przybliżeniu może się ukazać. O terminie decyduje wydawnictwo i firma może wstrzymywać się aż do jesieni. Niewykluczone, że uzna, iż najlepszym okresem na wypuszczenie płyty jest wrzesień czy październik, bo wtedy więcej ludzi ją kupi. Jeśli chodzi o sprzęt, to dużo zbieram różnych keyboardów i automatów, z których generuję brzmienia przeznaczone na sample. A cały utwór produkuję w programie Ableton live i gram na żywo też z Abletona.

Ł.I.: Grywasz w duecie z perkusistą Piotrkiem Gwaderą (członek formacji Puch). To rozwojowy projekt? Skąd ten pomysł? I czy udzielasz się jeszcze w jakichś przedsięwzięciach?

C.C.: Myślę że jak najbardziej rozwojowy, Piotrek jest świetnym bębniarzem i nic mu nie trzeba tłumaczyć, mogę grać najbardziej nieprzewidywalne improwizacje, a on się w tym odnajduje w mgnieniu oka. Mogę polegać na nim i wiem, że nie pogubi się w tym, co razem gramy, nawet gdybym zapukał do bram piekła, to wiem, że się nie przerazi i będzie grał tuż obok. Chciałbym, żeby w przyszłości projekt z Piotrkiem rozbudował się do zespołu złożonego z 4 lub 5 osób – możliwe, że bez komputera, tylko same hardware’owe instrumenty z elektronicznymi dopalaczami tak, żeby można było grać bez układania, przygotowywania i popłynąć za dowolną muzyczną myślą. Co do innych przedsięwzięć - to na razie starcza mi czasu jedynie na korespondencyjną współpracę z projektami elektronicznymi zgromadzonymi wokół sceny Warsaw Electronic Festival. Przygotowaliśmy ostatnio wspólnie kompilacyjny album na 50-lecie wystrzelenia sputnika. Klimaty kosmiczno-retroniczno-ambientowo-idm’owo-eksperymentalne. Zrobiłem na ten album intro i jeszcze jeden kawałek na koniec. Odpowiadam też za kolejność wszystkich kawałków i mastering całego materiału.

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.