ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (99) / 2008

Marta Lisok, Szymon Kobylarz,

POWOLNE UWALNIANIE SIĘ

A A A
Marta Lisok: Jak postrzegasz rozwój swojej twórczości?

Szymon Kobylarz: Myślę, że jest to ucieczka od tradycyjnego malarstwa w stronę medium bliżej nie określonego. Staram się, żeby każdy mój projekt był przynajmniej w części eksperymentem, nowym doświadczeniem. Logika jednak nakazuje mi korzystać z poprzednich, nie zamykać ich w szafie. Chociaż w każdej pracy tkwi inny problem, to może wyłaniać się z niej całościowy obraz, jakieś punkty wspólne, które wciąż powracają. Na przykład same kulisy odsłaniania czegoś, pokazanie momentów powstawania tej „brudnej” strony dzieła.

Marta Lisok: Na blogu krytykanta czytamy o tym jak bardzo nie docenia się polskiego szkolnictwa artystycznego, jako instytucji przeciwko której można się buntować. Jakie miejsce zajmuje w twojej twórczości ASP?

Szymon Kobylarz: Zauważyłem, ze największy problem, który stwarza Akademia to zbyt dużo wolności, w której studenci mogą czuć się zagubieni. Nie wiedzą przed czym się buntować, gdyż wszystko im wolno. Jednym słowem nuda.

Marta Lisok: W kilku pracach („Fabryka”, „Latarnia” „Krashtest”,
„Plaża” „ Autoportret” „Plusk”) dostrzec można pokrewieństwo z poliptykowymi, obrazami pracowni prof. Jacka Rykały.


Szymon Kobylarz: Każdy z tych obrazów jest zupełnie różny i nie można mierzyć ich tą samą miarą. Prawdą jest, że wszystkie powstały w pracowni prof. Rykały ale związek z jego obrazami jest raczej powierzchowny. Równie dobrze można by je porównać z obrazami Toma Wasselmana czy Davida Hockneya, którymi się wtedy interesowałem, co bardzo dosłownie widać w „Plusku”.
Trzeba pamiętać, że wymienione obrazy powstały na studiach, czyli w okresie popełniania błędów i ciągłego poszukiwania. Zabrzmi to może naiwnie, ale według mnie właśnie po to jest te pięć lat.

Marta Lisok: Razem z przyjaciółmi z ASP założyłeś grupę „Wakacje z duchami”. Skąd wzięła się ta tajemnicza nazwa? Czy „istniejecie” nadal?

Szymon Kobylarz: Działamy raczej okazyjnie. Oprócz mnie tworzy ją Magda Kuwak i Wojciech Skrzypiec, ale nie łączy nas nic oprócz przyjaźni, podobnych poglądów na sztukę, bycia w jednej pracowni na studiach, wynajmowania wspólnego mieszkania i jeszcze kilku innych spraw, których niestety nie mogę zdradzić bez ich zgody. W GCK-u (Górnośląskim Centrum Kultury) miała miejsce wystawa bazująca na tym, że każdy z nas ingerował w dzieło poprzednika i stawał się jego współtwórcą. Magda namalowała trzy obrazy, z których dwa Wojtek później zamalowywał. Ja dostałem jeden namalowany w sumie przez Wojtka i Magdę, który również zamalowałem, tyle że na biało. Następnie wstawiłem ten obraz do odtworzonej w galerii pracowni dołączyłem dźwięk kroków osoby chodzącej po podłodze, i tak cofnąłem się do momenty „Tuż przed” powstaniem pierwszego obrazu, do momentu szukania pomysłu. W innym wspólnym projekcie nawiązaliśmy bezpośrednio do nazwy naszej grupy. Umieściliśmy na lewitującej kanapie trzy odpoczywające postacie, a dokładniej trzy pary spodni, z których jakby „odpłynęliśmy”, wyparowaliśmy. Nad nami zawieszona została papierowa torba z wyciętymi oczami. Unosząca się w powietrzu wersalka „z duchami” otoczona była zrekonstruowanym bałaganem, śmieciami pochodzącymi z naszych pracowni. A nazwę grupy przypadkowo podsunął nam prof. Rykała, a może nie przypadkowo?

Marta Lisok: W wielu twoich pracach pojawiają się makiety, a co za tym idzie podejmujesz zagadnienie kopii i oryginału, iluzji, mimetyczności. Wyznaczana przez Ciebie granica percepcji przesuwa się w rejony rebusów nie do rozszyfrowania. Co najsilniej Cię inspiruje?

Szymon Kobylarz: Nienawidzę pytań o inspiracje, są zbyt skomplikowane. Ciężko opowiadać o czymś tak wielowątkowym, musiałbym prowadzić pamiętnik i przy każdym projekcie sięgać do niego. Jest oczywiste, że można by się w tej chwili doszukać jakiś konkretów, ale prowadzi mnie przede wszystkim intuicja, która podsuwa rozwiązania i wybór odpowiedniej drogi.

Marta Lisok: Istotna pozostaje u ciebie gra, którą prowadzisz z widzem. Wysyłasz sygnały, rozdajesz klucze – podpowiedzi, ale właściwie zastawiasz pułapki. Pozostając samorodnym manipulatorem drążysz problem przekomarzania się z rzeczywistością, wzbudzania podejrzeń ciągłym wymienianiem realnego na obraz, mierzenia się ze skalą 1:1?

Szymon Kobylarz: Tak, chyba zaczęło się od „Rysunków niewidzialnych”, które zostały przygotowane na konkretne zajęcia z rysunku. W szkolnej pracowni domalowałem na ścianach zacieki, wzorując się na zastanych plamach. Miały one z założenia być jak najmniej rozpoznawalne jako gest, jako dzieło. Jednocześnie jako elementy przypadkowe i naturalne zarazem dawały możliwość manipulacji realnością i iluzją. Niektórym kolegom musiałem pokazywać je palcem, bo były trudne do odróżnienia od prawdziwych plam. Fascynowało mnie właśnie to zmylenie widza, wprowadzania w błąd, iluzjonistyczne możliwości, boska zdolność stwarzania od zera. Ostatnią plamę „zrobiłem” w zeszłym roku w białostockim Arsenale na wystawie „Hmm... wystawa problemowa”, formułującej pytanie o artystę, widza i ich wspólną relację, w której o randze obiektów zdecyduje intuicja widzów. Ale chyba znudziły mnie już plamy.

Marta Lisok: Twoja strategia tworzenia polega na wtapianiu się w fizyczną przestrzeń pomieszczeń. Po „Rysunkach niewidzialnych” przyszła kolej na aranżacje drzwi w klubie studenckim Koncynder. Bazujące na tym samym pomyśle Kafkowskie odsyłanie od jednych zamkniętych drzwi do drzwi, od jednej imitacji do drugiej w „Kolejnym levelu” stwarza przestrzenie labiryntowe. Podobne wrażenie wywoływać mogła praca „Piękny umysł”, kiedy w piwnicach akademii stworzyłeś coś na zadany, górnolotny temat „Oto ja”.

Szymon Kobylarz: Ta praca powstała na zajęciach z kompozycji z panem Romanem Maciuszkiewiczem. Postanowiłem trochę pójść pod prąd. Skonstruowałem pokój, do którego przesączało się „sztuczne” światło imitujące wschód słońca. Za oknem znajdowały się widokówki z różnych miejsc, w których mógłbym być, a na ścianie wisiał mój portret ślubny z samym sobą. Pokój miał obniżony sufit, były w nim meble o mniejszych, nietypowych rozmiarach, jakby zrobione dla karłów czy dzieci. To przeskalowanie było dla mnie bardzo istotne.

Marta Lisok: Podobny zabieg zastosowałeś również w makiecie instytucji do popełniania samobójstw - Twojej pracy dyplomowej, w której postawiłeś pytanie o istotę samobójczych śmierci. Ze względu na zastosowany przez Ciebie zabieg pomniejszenia, pracę tę można porównać do niektórych scen z „Alicji w krainie czarów” .

Szymon Kobylarz: W „Makiecie instytucji w skali 1:1,5” przeskalowanie było potrzebne do stworzenia prawie realnego świata, niewielkie zachwianie, przesunięcie w stosunku do rzeczywistości powoduje dystans i przypomina, że to tylko sztuka.

Marta Lisok: Czy dostrzegasz jakaś zbieżność swoich postapokaliptycznych wizji nadpalonych makiet prezentowanych m.in. na wystawie „Betonowe dziedzictwo. Od Le Corbusiera do blokersów” z wzbudzającymi niepokój działaniami „posłańca złych wieści” – Janka Simona (jego pracami pt. „Odlot”, „Małe trzęsienie ziemi”, „Jadalne zwierzęta i rośliny w Dolnej Saksonii”, „Pułapki na wiewiórki” „ Pożar kwatery głównej straży pożarnej”).

Szymon Kobylarz: Bardzo lubię prace Janka Simona. Jednak w makietach modernistycznych budynków zdecydowanie mniej interesuje mnie ich katastroficzna strona, futurologia, bardziej destrukcyjny wpływ czasu. Symuluje jego oddziaływanie na te budynki, badam jak mogłyby wyglądać pod wpływem pożarów, kruszenia, zarastania, wszelkiego niszczenia mającego miejsce w jakimś bliżej nieokreślonym, wyludnionym miejscu.

Marta Lisok: Twoje makiety mogłyby stanowić dokumentacje symbolicznej śmierci modernizmu, w tym kontekście powracasz do idei wyburzenia w 1972-76 modelowego – wielkopłytowego osiedla mieszkaniowego Pruitt-Igoe w Saint Louis. Czy socjologiczne odniesienia twoich modeli pozostają w twoim przypadku istotne?

Szymon Kobylarz: Właściwie nie znam tej historii a socjologiczne odniesienia leżą raczej po stronie osoby interpretującej. W swoich architektonicznych antyutopiach zwracam raczej uwagę na estetyczną stronę modernistycznego dziedzictwa, jego mroczną stronę, to co z niego wyrosło.

Marta Lisok: Jak miał się do cyklu makiet obiekt prezentowany na mysłowickim Industrialarcie? Oprócz „Makiety instytucji do popełniania samobójstw”, „Kolejnego levela” czy drzwi, za którymi nie było pomieszczeń, był to jeszcze jeden Twój projekt, do którego nie można było wejść, lecz jedynie zaglądać. Jak każda makieta z definicji pozostawał zamknięty, niedostępny, niemożliwy do zgłębienia.

Szymon Kobylarz: Praca składała się z dwóch części. Wewnętrzna część była bliżej nieokreślonym pomieszczeniem fabrycznym, do którego możemy zajrzeć przez wizjer tzw. „judasza”, zewnętrzna była makietą budynku skonstruowanego na podstawie oglądanego zniekształconego wnętrza, które wygina się w charakterystyczny dla obiektywów szerokokątnych sposób. W efekcie powstała makieta dziwnej modernistycznej budowli. W tej pracy wnętrze stawało się paradoksalnie zewnętrzem. Niepokojąco wygięty model tego awangardowego obiektu, wykonany był z uwzględnieniem wszelkich deformacji szkła, przez które oglądało się go w pudełku.

Marta Lisok: Oskar Dawicki powiedział kiedyś: „Gdybym tylko mógł cofnąć czas zostałbym malarzem”. Ty powoli uwalniasz się od malarstwa, wychodzisz w przestrzeń?

Szymon Kobylarz: Nie, ja się już od niego uwolniłem, teraz tylko na nim żeruje.

Marta Lisok: Dziękuję za rozmowę.
24 stycznia 2007, Katowice