ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (100) / 2008

Taras Prochaśko, Renata Rusnak,

CORAZ MNIEJ CHCE MI SIĘ ZMYŚLAĆ

A A A
Z Tarasem Prochaśko rozmawia Renata Rusnak
Renata Rusnak: Tarasie, otrzymałeś niedawno Literacką Nagrodę im. J. Conrada Korzeniowskiego, przyznaną po raz pierwszy przez Instytut Polski w Kijowie. Finalistami byli też Natalka Śniadanko i Serhij Żadan, jak sądzisz, dlaczego właśnie Ty ją otrzymałeś?

Taras Prochaśko: Tak jak w przypadku każdej dowolnej nagrody, tu też wszyscy finaliści w pełni odpowiadali kryteriom i mieli jednakowe „zasługi” dla ukraińskiej literatury w reprezentowaniu jej poza granicami. Dlatego bardzo dużo, jak sądzę, zależało od subiektywnych odczuć każdego z członków jury, jak powinna wyglądać „innowacja” czy „uniwersalizm przekazu”. Zapewne zaważyło też to, że spośród kandydatów miałem najdłuższą historię obecności w literaturze. I mam jakąś przytulną niszę – niewielu zwolenników, ale nadzwyczaj oddanych i fajnych. Nie jestem zmuszony do bycia osobą publiczną. Niemal nikt nigdy nie napisał jakiejś negatywnej czy złośliwej krytyki.

R.R.: Jakie, Twoim zdaniem, właściwości Twojego pisarstwa wypełniają tę niszę „przytulnością”? Piszesz do prasy jako dziennikarz, występujesz na spotkaniach, swego czasu aktywnie brałeś udział w zdobywaniu przez Ukrainę niepodległości, dlaczego uważasz się za osobę niepubliczną?

T.P.: Okazuje się, że zaufanie rodzi zaufanie. Piszę, wcale nie próbując dopasować się do poziomu wyobrażeń potencjalnych czytelników o wysokiej, doskonałej, idealnej książce. Pozwalam sobie mówić to, na co mam ochotę, co jest dla mnie ważne, co chcę zdążyć powiedzieć. I wierzę, że znajdą się ludzie, dla których to, co powiem, będzie bliskie, będzie czymś, czego oni sami nigdy nie powiedzieli. Ta przytulność powstaje akurat z pewności tego, co robisz, z przekonania, że komuś jest to potrzebne, i z rezygnacji z pokusy sięgania po nieosiągalne. A za publiczną osobę się nie uważam dlatego, że nie jestem człowiekiem szczególnie medialnym. W tym sensie, że nie jestem źródłem wiadomości i obrazków dla telewizji czy gazet. Nie zajmuję się żadnymi tak zwanymi projektami, nigdy nie występuję inaczej niż autor kilku książek – nie bestsellerów. Co do pracy w prasie, to większość czytelników tej regionalnej gazety niczego o mnie jako o pisarzu nie wie. W tym przypadku jestem po prostu jednym z reporterów jednej z lokalnych gazet.

R.R.: Tarasie, porozmawiajmy o lokalnych gazetach i Twoim „byciu” w Iwano-Frankiwsku: mieszkasz we Frankiwsku, bo… piszesz do lokalnej gazety, bo… piszesz dla ludzi, którzy nic o Tobie nie wiedzą, bo…

T.P.: Już dawno się przekonałem, że z założenia nie znajdziesz lepszego siebie w jakimś fajnym miejscu, jeśli nic ze sobą nie zrobisz. Byłem w wielu cudownych miejscach. Pamiętam je, lubię, ale nie czuję się szczęśliwy tylko dlatego, że tam byłem. A do Frankiwska po prostu przywykłem, bo od początku był mój. Znam wszystkie wady i zalety życia w takim miasteczku. Ale wiem też, że lepiej jest zostać tam, gdzie się lubi być. Akceptuję Frankiwsk takim, jakie jest. Zresztą jestem tu dość długo – kilka dziesięcioleci. Wszystko, co wiem o niuansach świata, poznałem tutaj. Czuję się nawet nieco odpowiedzialny za to, co się w moim kwartale dzieje, choć osiągnąłem ten stan, nie starając się o to. Każdy fragment tego miasta jest ilustracją do mojej wyobrażonej biografii. Każda niewywabiona z pamięci historia ma formalne potwierdzenie w jakimś fragmencie miasta. Nawet tak mi niemiła nienawiść idealnie wciela się w to, jak zmienia się moje ukochane miasto. Często witam się tu z ludźmi, z którymi tylko się witam. W gazecie piszę właśnie dla nich. Wiesz, mam taką słabość, że chcę komuś coś wyjaśnić, doprowadzić go do zrozumienia. Chcę nawet coś w ten sposób zmienić. A w tym przypadku im mniej słuchaczy, tym więcej słyszą.

R.R.: Opowiedz jeszcze o Waszej gazecie – dlaczego lubisz tam pracować, na czym polega jej wyjątkowość, o czym piszecie i jaki jest jej główny cel.

T.P.: Trochę przesadziłem z tym, że nikt nic o mnie nie wie. Zna mnie cała redakcja i bardzo tolerancyjnie pozwala na pisanie nieco bardziej „po pisarsku”, niż gdyby robił to dziennikarz. Wiedzą też o mnie niektórzy czytelnicy. Dlatego na przykład wyszukują w każdym numerze właśnie moje teksty. Piszemy o wszystkim, co mieści się w formule tygodnika regionalnego: o miejskich drobnostkach i o najważniejszych wydarzeniach tygodnia na Ukrainie. Staramy się jednak znaleźć jakąś trzecią drogę – między całkiem radziecką (mimo wszystko wciąż radziecką) patriotyczną prowincjonalną gazetą, a zwykłym brukowcem, który u nas jest jedyną odpowiedzią na wydawnictwa postradzieckie. Próbujemy umocnić niepartyjną, nieoligarchiczną, nieadministracyjną i niebrukową prasę. Rozumiejąc przy tym, że większość naszych czytelników na co dzień korzysta z Internetu, próbujemy zrobić z gazety przyzwyczajenie, konieczność, rytuał tego dnia, kiedy się ukazuje. Coś w rodzaju misji. Ale dla mnie ważne są też niektóre osobiste powody. Możliwość zarabiania nie literaturą. Możliwość pisania dla ludzi, którzy zawsze są obok. Możliwość żywego kontaktu – przede wszystkim wtedy, kiedy o coś pytasz i dowiadujesz się. Potem, kiedy omawiasz publikacje z czytelnikami, ich bohaterami.

R.R.: W zeszłym roku w Polce ukazały się aż dwie Twoje książki, obydwie non fiction. W Polsce do tej pory nie znaliśmy Twojej twórczości od tej strony. Na ile przeprowadzasz granicę między tymi dwoma rodzajami pisania, a na ile są między sobą podobne, przecinają się czy dopełniają?

T.P.: Coraz mniej chce mi się zmyślać. Sam lubię czytać książki fabularne, ale pisać – nie. Wydaje mi się, że najciekawsze fabuły akurat nie mieszczą się w kanonicznych ramach tak zwanej fikcji. Moje ulubione motywy rozwijają się na tych płaszczyznach, na których akurat trudno jest odróżnić beletrystykę od wszelkiej maści eseistyki. Ale mój światopogląd jest taki, że nawet tekstów non fiction nie przeżywam jak bezpośredniego dokumentu. Najbardziej pociąga mnie przypowieść, która nie zależy od gatunku i sposobu jej wyłożenia. Czyli wszystko się przeplata. Już mówiłem, że pozwalam sobie na pisanie tak, jak chcę.

R.R.: A jak to, co właśnie powiedziałeś, ma się do książki o psach, nad którą teraz pracujesz? Rozumiem, że ma to być non-fiction?

T.P.: W „Lunie” – taki będzie tytuł – chcę zrobić literaturę (przez literaturę rozumiem przede wszystkim sprawy ponadczasowe i ponadkonkretne) z prawdziwych, niezmyślonych codziennych detali wspólnego życia. Uchwycić coś takiego, o czym nie mówi się w żadnych wspomnieniach z tak zwanych najjaskrawszych momentów życia, ale z czego w większości składa się każde życie.

R.R.: „Luna” to książka z życia psów, jak rozumiem. Na ile obserwowanie życia psów może być realną rzeczywistością dla ludzi? Jaki punkt widzenia przyjmujesz tu za podstawowy?

T.P.: Ta powieść ma być nie tyle opisem zachowania psa, ile akcentem położonym na współistnieniu. Na uważnym współistnieniu różnych istot. Dlatego w obserwowaniu obecności psa w codziennym życiu bohaterów ważniejsze są dla mnie nie elementy psich reakcji, a właśnie ludzie, którzy tego psa postrzegają jako pełnowartościową część swojego istnienia. Interesuje mnie przede wszystkim to, kto co widzi w otaczającym go świecie. I jak to, co widzi, staje się częścią jego wewnętrznego świata.

R.R.: Dostrzegam pewną paralelę między Twoim super-fiction „Niezwykli”, a non-fiction „Z tego można zrobić kilka opowieści”. Jeśli się uważnie przyjrzeć, widać prototypy realnych osób dla bohaterów powieści. Na ile było dla Ciebie ważne czy interesujące przetworzenie któregoś swojego dziadka w – powiedzmy – Franciszka, a doświadczenia swojego czy swoich bliskich w postać Sebastiana? Czy raczej wszystko samo z siebie wyniknęło jako naturalny dla pisarza sposób korzystania z doświadczenia?

T.P.: Bardzo dziwnie jest mi samemu coś takiego teraz sobie uzmysłowić. Ale z tymi dwoma książkami wyszło akurat całkiem na odwrót. W wymyślonych „Niezwykłych” nie ma nic z zewnętrznego doświadczenia. Tylko to, co przeżyłem bezpośrednio. Natomiast w rzekomo prawdziwej „Z tego można…” różnych zmyśleń i przypuszczeń, redagowania pamięci i „zliteracania” szczegółów jest dość sporo.

R.R.: O?! To mnie zaskoczyłeś. A już myślałam, że dobrze i na wskroś znam Twoją twórczość. To znaczy – Twoje doświadczenie jest na tyle szerokie i bogate, że wygląda na zmyślone? Jeszcze nie spotkałam człowieka, który uznałby „Niezwykłych” za książkę czerpiącą z rzeczywistości. Najczęściej mówi się o realizmie magicznym. Wobec tego coś tu musisz wyjaśnić…

T.P.: To znowu jest jakiś powrót do zacierania granic. Udało mi się wtedy odczuć mój intymny pamiętnik (co bezsensownie byłoby podawać w dosłownej formie) i to odczucie ubrać w szkielet zmyślonej historii, która byłaby wyraźniejsza czy bardziej krzykliwa niż to, o co w rzeczywistości chodziło. Nikogo nie zabiłem i nie popełniłem incestu. Ale okazało się, że taki parawan wystarczy, żeby autobiograficzne sprawozdanie z odczuć opowiedzieć w postaci zmyślenia. Niezmyślenie „Niezwykłych” polega na tym, że wszystkie szczegóły, które nałożyłem na wymyśloną fabułę, są autobiograficzne. Czyli nie dotknąłem Anny, ale dotykałem jej...

R.R.: Skoro „Niezwykli” to nie była zmyślona książka, to czy rzeczywiście spotkałeś huculskich „niezwykłych”, o których mówisz w książce, starych zaklinaczy, szeptuchy? Czy nadal odgrywają taką rolę wśród ludności wiejskiej, czy po prostu chciałeś zatrzymać, uwiecznić tę tradycję w taki sposób, w jaki zanotowałeś pewne historyczne zdarzenia i postaci?

T.P.: Prawdziwych niezwykłych nie widziałem. Ale znam działanie słów. W powieści akurat najbardziej chodziło mi o możliwość opowiadania, a nie o to, o czym się opowiada. Ale w rzeczywistości chciałem też utrwalić chaotyczny karpacki świat tak, jak wyglądał przez cały XX wiek. Już nie pradawny i archaiczny, ale wciąż jeszcze nie przyszły. Bardzo dużo się w tym czasie zmieniło. Ale ciągle jeszcze zachowało się trochę dawnego – dlatego „nie przyszły” i dlatego „utrwalić”, bo teraz zmiany zachodzą jeszcze szybciej.

R.R.: Czego nie będziesz wymyślał w przyszłości?

T.P.: Niechęć do wymyślania to taka moja ewolucja. Bo kiedy zaczynałem pisać, to wprost przeciwnie – byłem pewien, że interesuje mnie tylko coś zmyślonego i najlepiej bez zbyt widocznych oznak czasu i miejsca. Jakieś zdarzenia z odczuwania i rozmyślania. Z czasem to się zmieniło. I teraz najbardziej pociąga mnie chęć pisania autobiograficznego, ale nie tyle o sobie, ile o tym, co dookoła. To, co widzę.

R.R.: Tym, co widziałeś, zapewne był projekt „Galicja FM”, który wszedł do wydanej niedawno po polsku książeczki „Spalone lato”. Jak rozumiem, tu jest już mowa o prawdziwych wydarzeniach i związanych z nimi przemyśleniach? Zapewne wszyscy już wiedzą, że pierwotnie były to audycje radiowe, które później ktoś zaproponował wydać w formie pisanej. Wiem, że byłeś temu przeciwny – dlaczego? W moim odczuciu poniekąd przypadkiem wyszła być może najlepsza Twoja książka. Taki wspominkowo-kontemplacyjny rodzaj pisania jest Ci chyba najbliższy? Może zresztą się mylę, w końcu każda Twoja książka jest w tym samym stopniu bardzo charakterystyczna dla Ciebie i Twojego stylu, co i różna od pozostałych.

T.P.: Te opowieści z radia były czymś jak powrót do literatury. Bo ostatnie opowiadanie do „Innych dni Anny” napisałem w 1994 roku, a „FM” dopiero w 2001. Nie chciałem książki, bo pisałem audycje do słuchania i nie wierzyłem, że literatura może być taka prosta. Po długiej przerwie nie bardzo sobie wyobrażałem, jak mam pisać „po swojemu”. Dlatego jestem wdzięczny tej przypadkowej przygodzie z radiem. Zresztą tylko dzięki bardzo dużemu sukcesowi „FM” wydawcy zaczęli mnie prosić o kolejne teksty. Jakby to wszystko się tak nie złożyło, to mogłoby się okazać, że moje pisanie było krótką młodzieńczą przygodą (choć nawet w latach niepisania wyobrażałem sobie, że chciałbym zrobić przynajmniej jedną „starczą” książkę).

R.R.: W jednej z książek powiedziałeś, że częściej to, czego nie wybraliśmy, silniej odbija się na życiu, niż to, co wybraliśmy…

T.P.: Będę mówił chaotycznie, ale spróbuję… Te kategorie wybranego i niewybranego są dla mnie czymś takim jak uświadomienie uświadomienia. Nie tyle w obiektywnej rzeczywistości, raczej jak substancja, o której można myśleć, jak krajobraz mózgu. Wybrane i niewybrane ma dla mnie wartość jako mechanika aktu wyboru, o której potem (o mechanice) można myśleć. A w realnym życiu przyuczyłem się nie żałować wyborów, za to wiedzieć, że istnieje niewybrane, do którego jestem po części zdolny przez niedoskonałość oceny dobrego i złego. Co do sposobu życia, mam delikatny żal za pracą botanika w naturze, za jakimiś ciałami, do których nigdy się nie przytulę, za życiem w innym miejscu…

R.R.: Pod koniec zbiorku „Spalone lato” jest miniaturka o takim tytule – bardzo liryczna. Tak lirycznych momentów masz niewiele, choć z drugiej strony wszystko, co piszesz, jest wystarczająco liryczne. Nigdy Cię nie kusiło pisanie poezji?

T.P.: Poezja była taką właśnie przygodą. Pisałem wiersze w ciągu kilku uniwersyteckich lat. Wydawały mi się najlepsze i najnowocześniejsze na Ukrainie. Byłem bohaterem swoich słuchaczy-biologów. Okazało się, że ani ja, ani oni po prostu nic nie wiedzieliśmy o ukraińskiej poezji po marazmie radzieckim. Dlatego przestałem układać wiersze, jak tylko poznałem prawdziwych ukraińskich poetów. I kiedy zobaczyłem, że to, co chciałbym zrobić w poezji, już się robi i jest zrobione na nieosiągalnie wysokim poziomie.

R.R.: Zapytam wobec tego jeszcze o – może jedyną nie znaną w Polsce część Twojej twórczości – tzw. „Inny format”. Jest to seria przeprowadzonych przez Ciebie wywiadów z pisarzami i osobistościami ukraińskiej kultury, których wybrałeś według własnego uznania. Opowiedz proszę o tej serii, jak do doszło do jej uruchomienia, według jakich zasad i co dla Ciebie okazało się w tym – a jednak – projekcie najważniejsze, najciekawsze…

T.P.: Być może polskim czytelnikom będzie dość trudno zrozumieć podstawową motywację „Innego formatu”. Tak się stało, że w większej części Ukrainy język ukraiński coraz silniej przetwarza się w język pisany. Rosyjski panuje w mówionym, nawet w inteligenckich kręgach, które muszą po ukraińsku pisać, czytać czy przemawiać publicznie. Dlatego ten ukraiński jest dość sztywny i pozbawiony naturalnej lekkości. Co jeszcze bardziej karmi iluzję o jego książkowości. Dlatego chciałem pokazać intymny ukraiński w całej jego doskonałości i potencjale. Kiedyś już robiłem takie nierozrywkowe kino, które nawet wygrywało na jakichś festiwalach – „Przywrócony język”. Były to po prostu monologi bardzo różnych zwykłych ludzi. „Inny format” też miał pokazywać organiczność ukraińskiego inteligenckiego języka. Dlatego wybrałem intelektualistów i autorów o bardzo różnym doświadczeniu, różnym temperamencie, różnym sposobie myślenia i mówienia, z różnych miejsc Ukrainy (wyszło co prawda tak, że dominują ci z Zachodu, ale plany były szersze). Dlatego znalazł się tam hiperpoeta Łyszeha, wołyńsko-kijowska kobieta Zabużko, huculsko-kijowski Herasymiuk, amerykański Ukrainiec i duchowny Hudziak, undergroundowy Izdryk. Chodziło przede wszystkim o styl mówienia. Intymny, ale bez strachu przed publicznym odsłonięciem się. Miałem oprócz tego swój własny interes. Sam będąc pisarzem i spędzając do woli dużo czasu wśród innych pisarzy, zawsze się dziwiłem, czemu najlepsze powiedziane gdzieś przypadkowo rzeczy nigdy nie zostają zapisane w tekstach. Dlatego chciało się złowić coś takiego, czego ci autorzy nie napisali. Dlatego wyrobiłem sobie metodę rozmawiania – tylko jeden raz. Tu i teraz. Tak, jak teraz jest ze mną. Starałem się być przede wszystkim uważnym słuchaczem, co dla większości współrozmówców okazało się tym, czego naprawdę im brakuje, bez względu na nasycone kontaktami życie. Otrzymałem niedawno propozycję od dużego wydawnictwa, by kontynuować te spotkania.

R.R.: Co Ci się udało najfajniejszego złapać w tych rozmowach?

T.P.: Ot, właśnie jeszcze jedna dziwna rzecz. Okazało się, że tyle samo nieopowiedzianego pozostaje i podczas mówienia. Dla wszystkich współrozmówców podobna forma była na tyle nieznana i niespodziewana, że wszyscy mówili jakieś bardzo poważne rzeczy. Ale Andruchowycz po raz pierwszy – jeszcze przed „Tajemnicą”, opowiedział o stosunkach rodzinnych, o latach pracy w gazecie, o swoich muzycznych i filmowych marzeniach. Łyszeha potwierdził, że cały jest jedną wielką poetyką, że nie ma w nim ani jednej ryski bez poetyckiego myślenia. Coś podobnego, choć o całkiem innym tembrze i temperamencie, dzieje się z Herasymiukiem. Ojciec Borys pierwszy raz na Ukrainie pokazał szerokiemu świeckiemu ogółowi, jak inaczej może wyglądać uśmiechnięte chrześcijaństwo poza nawykiem chodzenia na niedzielną mszę i wielkanocną ucztą… Za to jedną wielką anegdotą była moja praca przy zapisie dźwięku. Podczas rozmowy z Łyszehą zasnąłem. Dyktafon zaczął połykać taśmę, która kipiała jak piana, a Łyszeha, nie mając odwagi niczego ruszyć, nie przestawał się spowiadać. Ani raz się tak nie zdarzyło, żeby coś nie zagłuszyło całych kawałków, których nie dało się potem rozszyfrować. A i wszystkie nagrania pełne są bardzo dziwnych pobocznych dźwięków, których nie powinno tam być.

R.R.: Tarasie, dziękując za miłą rozmowę, proszę, powiedz na koniec coś specjalnie dla swoich polskich czytelników.

T.P.: Wiem, że nie ma nic gorszego dla porozumienia od bezpośredniego sąsiedztwa. Dlatego tak niekiedy trudno jest wzbudzić prawdziwą miłość narodów, które są sobie najbliższe. Ale bez względu na masę przykrości i porachunków, istniejących między nami, bardzo się cieszę, że naszym sąsiadem jest właśnie Polska. Jeśli jestem poza domem, to w tym kraju czuję się najnaturalniej. I miałem to szczęście, że w swoim życiu spotykałem przede wszystkim Polaków, których da się i chce się lubić. I cieszę się, że to, co piszę, może być całkiem dla nich zrozumiałe. Dziękuję.
Tłum. Renata Rusnak