Wydanie bieżące

15 lutego 4 (100) / 2008

Anna Katarzyna Dycha,

WAGLEWSKI FISZ EMADE

A A A
„Męska muzyka”. Kiton Art /Agora, 2008.
Garażowa, pozbawiona technicznych eksperymentów i wypełniona melodyjnymi piosenkami – taka jest pierwsza wspólna płyta trzech Waglewskich – Wojciecha, Fisza i Emade.

W dołączonej do płyty książeczce, Fisz przyznaje, że zdawał sobie sprawę, że wiele osób czeka na ten projekt. Wojciech mówi, że do współpracy trzeba było dorosnąć. Nadszedł w końcu moment, w którym ojciec i synowie niczego nie muszą sobie udowadniać. „Wyłączyłem myślenie o nich jako o rodzinie, a potraktowałem jak każdych innych muzyków” – dodaje Waglewski. Wprawdzie wcześniej zdarzyło im się kilkakrotnie grać razem, ale były to raczej „gościnne występy”. Fisz i Emade pojawiali się na płytach Voo Voo, Wojciech odpowiadał za gitary w „Na wylot”. Do współpracy na szerszą skalę zachęciły ich efekty spotkania przy płycie Marysi Peszek „Miasto mania”.

„Męska muzyka” to już oddzielny projekt. Muzykę napisał tata Wojciech, który pracą nad tekstami podzielił się z synem Fiszem. Natomiast producent Emade spontaniczność ich współpracy odzwierciedlił w surowym i kompletnie nienowoczesnym brzmieniu. Płyta, która w 80% została nagrana na żywo na tradycyjnych instrumentach, przesycona jest rockiem, country i bluesem. O ile lidera Voo Voo można kojarzyć z tymi gatunkami, o tyle jego wiecznie eksperymentujący synowie, będący filarami polskiej sceny hiphopowej, zdecydowanie nie mieszczą się w tej stylistyce. Tymczasem, również oni „zatęsknili za akustycznym graniem, za analogowymi rzeczami, za bardzo prostymi melodiami”. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwana.

Fisz zaskakuje nastrojowymi wykonaniami, np. spowolnionej ballady „Zimno” czy psychodelicznych „Wakacji”. Śpiewa, choć przyznaje, że to za mocne słowo. Raczej sobie krzyczy. Zwłaszcza w „Majtach”, „Badmintonie” czy moim ulubionym punkowym „Sporcie”. Sypie jak z rękawa miejsko-podwórkowymi historyjkami m.in. o posiadaczu wielkiego, czerwonego auta wożącego różne panie we „Władcy kół” czy „chłopaku złoto, diable blond, który wrócił do miasta” w „Badmintonie”. Podczas gdy wykrzykuje swoje teksty, jego ojciec spokojnym, stonowanym głosem dotyka egzystencjalnych dylematów. Choć w pierwszym utworze „Dziób pingwina” zaznacza: „... ja nie umiem dawać rad/ sam się topię w swoich wadach, sam się składam z samych wad...”, dalej brzmi już jak doświadczony (i zarazem zdystansowany) mentor. Wie, że po najmniej udanej sytuacji przychodzi spokój i zadowolenie. „Mędzę coś ja, pleciesz coś ty (...) potem rośnie w nas do siebie chęć” w „Dwa po dwa”. W „Coś się odjęło” śpiewa: „wiem, że jeszcze połowę mam, choć połowę wypiłem już”. I zdaje się podsumowywać w „Trafionym”: „choć wino nie tak cudne i nie najlepiej śpisz, więdnie się i chudnie, a jednak chce się żyć...”. Jego utwory są z jednej strony bliskie Voo Voo, a z drugiej – charakterystycznego brzmienia, często z bardzo wyraźną stopą, nadaje im sekcja rytmiczna Emade, która po raz pierwszy została nagrana w całości na żywo.

Ta długa ponad pięćdziesięciominutowa płyta to kopalnia tekstów o skomplikowanych sprawach napisanych prostym językiem. Do tego bluesowo-countrowe instrumentarium: gitara, banjo, harmonijka ustna i pianino. Przyjemnie posłuchać.