Wydanie bieżące

15 lutego 4 (100) / 2008

Piotr Bogalecki,

PODAJ DALEJ!

A A A
Wróciliśmy z dalekiej podróży. Po rocznej przerwie (kontuzja okazała się poważniejsza niż mogło się wydawać) „Kultura Popularna” znów na boisku. Co prawda bez logo, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić i w mniej imponującej szacie graficznej (bez ilustracji), ale przecież to nie ona zdobi. Wiernym czytelnikom, którzy mogli spodziewać się pozytywnych zmian w tym zakresie, pozostaje oczekiwanie. Nie polecałbym im natomiast dokonywania pomiaru jakości idei prezentowanych w najnowszym numerze za pomocą stopnia trwałości egzemplarzy pisma – mój na przykład bardzo szybko zaczął się rozpadać. Jeśli natomiast chodzi o zawartość treściową, jest na szczęście dokładnie odwrotnie: numer jest ciekawy i spójny, zdecydowano się bowiem na powiązanie artykułów za pomocą jednego, nadrzędnego tematu. Zniwelowano w tej sposób ryzyko entropii i wyeliminowano efekt przypadkowej zbieraniny tekstów; tym samym, co oczywiste, wzrosła rola redaktorów prowadzących. Pełnią oni rolę swoistych playmakerów, prowadzących grę i uruchomiających kolejnych graczy, a kiedy trzeba rozgrywających piłkę samodzielnie. Ponieważ tym razem jednym z nich został Mirosław Filiciak (wspierany na drugiej flance przez Mateusza Halawę), nikogo, kto śledzi współredagowanego przez niego bloga medialnego () nie mógł zdziwić fakt, że tematem przewodnim numeru jest „Kultura 2.0?”. Na blogu pierwszy numer nowej „Kultury Popularnej” był bowiem od jakiegoś czasu zapowiadany, sukcesywnie umieszczano tam również fragmenty ankiety „Kultura 2.0?”, w całości ukazującej się dopiero teraz, oraz prezentowano postaci autorów obcojęzycznych, których teksty tworzą trzon numeru. Warto zauważyć też, że na pierwszych stronach kwartalnika, w odredakcyjnym wprowadzeniu, Filiciak odsyła do cyklu konferencji organizowanych przez niego wraz z Edwinem Bendykiem i Alkiem Tarkowskim; nic dziwnego więc, że do redakcyjnej dyskusji zaprosił on właśnie tych badaczy. Piszę o tym, by wskazać na istnienie pewnego środowiska, dla którego namysł nad nowymi formami internetowego uczestnictwa w kulturze, samo pojęcie „Kultury 2.0” oraz problemy poruszane w omawianym tu numerze „Kultury Popularnej” stanowią pierwszoplanowe, jeśli nie wręcz macierzyste, pole humanistycznej refleksji. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście fakt prowadzenia jej dwutorowo: na papierze i w blogosferze, chociaż – z drugiej strony – w kontekście omawianego zjawiska fakt pojawiania się w obu wciąż tych samych nazwisk może niepokoić. Nie posądzając bynajmniej nikogo o cechujące wielu futbolistów uparte wynoszenie samodzielnego strzału nad celne podanie, ograniczmy się tu do zarejestrowania pewnego problemu z włączaniem (się) kolejnych zawodników do gry. Problem to zresztą, jak się okazuje, konstytutywny dla pytania o faktyczną obecność „Kultury 2.0”, której Filiciak nie boi się określić mianem „utopii” (s. 5), a o której Edwin Bendyk mówi na wstępie dyskusji „Czy amatorzy zagrażają kulturze?”: „Web 2.0 czy szerzej – kultura 2.0 – nie zaistniało u nas szerzej” (s. 95).

O Filiciaku wspominam z jeszcze jednego powodu – z tego samego, dla którego nazywam go playmakerem i odwołuję się do metaforyki sportowej. Jest on bowiem autorem odredakcyjnego wstępu, w którym przywołane zostają dwie sugestywne metafory: quasi-obiektu Michaela Serresa i nowych form organizacji wiedzy autorstwa Pierre’a Lévy. Obie odwołują się do gier zespołowych typu rugby czy piłka nożna; obie wykorzystuje Filiciak, chcąc wprowadzić czytelników w problematykę zjawiska Web 2.0 i wynikających z niego postulatów Kultury 2.0, w której proporcja między graczami i kibicami zmienia się wyraźnie na korzyść tych pierwszych. Pisze Filiciak: „Co odróżnia graczy od kibiców? Właśnie obecność piłki. Takim quasi-obiektem jak piłka może być również technologia. Sama z siebie bezwartościowa, jednak włączona w kontekst społeczny może okazać się katalizatorem kreatywności grupy. Krążącym między ludźmi przedmiotem, wokół którego tworzy się społeczność” (s. 6). Oto, jak się okazuje, największe błogosławieństwo Internetu. Nie chodzi już o analizę technicznych innowacji, jakie umożliwił, ani o ich wpływ na kształt przekazywanych wiadomości, a co za tym idzie na dominujący typ kultury, co tak bardzo zaprzątało uwagę technologicznych deterministów. Rzecz rozbija się o dobre podanie – nie piłki jednak, ale narzędzi, które pozwoliłyby nam opuścić trybuny, przyodziać się w sportowy trykot i wbiegnąć na boisko. Wszyscy uczestnicy redakcyjnej ankiety „Kultura 2.0?” zgadzają się z tym, że wbiega nas coraz więcej, lecz różnią się znacznie, co do temperatury emocjonalnej, z jaką formułują swe diagnozy (wszystkie cytaty ze stron 7-10): „Rewolucyjność przemian środowiska informacyjnego, jakie dokonują się na naszych oczach, można porównać w zasadzie tylko z rewolucją gutenbergowską” (Jarosław Lipszyc), „Mamy do czynienia z ogromną przemianą kulturową” (Maciej Lewandowski), „Innowacje technologiczno-społeczne, określane mianem Web 2.0, dostarczają kulturze znacząco odmiennych ram” (David Bollier), „A zmiana? Tak dokonała się. Większa niż drgnięcie linii na wykresie, mniejsza niż kulturowe trzęsienie ziemi. Jest za wcześnie, by o tym mówić” (James Boyle). Podobnie jest w całym numerze: oczywistości kończą się na rejestracji istnienia pewnych zmian. Dobrze jednak, że „Kultura Popularna” stała się miejscem rozmowy usiłującej owe przemiany – z różnych perspektyw – uchwycić. I chociaż rzeczywiście lektura zamieszczonych w niej artykułów uczy nas przede wszystkim tego, że na spójną teorię kultury 2.0 rzeczywiście „jest za wcześnie”, to niewątpliwie przedstawione zostały tu stanowiska interesujące i warte czytelniczej uwagi. Z pewnością bowiem rozciągająca się pomiędzy „tak” i „nie” przestrzeń szarości wymaga dalszego, krytycznego cieniowania. To przecież cień, nie zaś światło całkowitego rozumienia, stoi u podstaw nowych teorii i interpretacji.

Kiedy więc na przykład Yochai Benkler – bohater najobszerniejszej w numerze prezentacji, zawierającej tekst, wywiad i krytykę – mówi o „głębokich” i „strukturalnych” zmianach „wywołanych przez usieciowione środowisko informacyjne”, stawia tezę, że „sięgają one aż do podstaw blisko dwóch wieków wspólnej ewolucji liberalnego rynku i liberalnych demokracji” (s. 15). Takie ujęcie pozwala mu zobaczyć w traktowanych często nie do końca poważnie formach koleżeńskiej sieciowej współpracy (łączonej zwykle z tworzeniem sieci peer-to-peer) „nowe sposoby produkcji powstające w samym centrum najbardziej zaawansowanych gospodarek świata” (s. 18), a tym samym możliwość „renegocjacji warunków wolności, sprawiedliwości i produktywności” (s. 33). Śmiałość tej propozycji sprawi co prawda, że w swej efektownej krytyce Jan Filip Staniłko uzna Benklera za ideowego potomka Kazimierza Pułaskiego („Polską tradycję radykalnego anarchicznego sarmatyzmu łączy z praca Benklera to samo uwielbienie absolutnej wolności (…) ten sam duch wspólnotowy, ta sama niechęć do działań podejmowanych w imię zysku”, s. 46), ale nie zmieni to faktu, że głos amerykańskiego prawnika o pasji filozoficznej staje się coraz bardziej słyszalny. Cóż bowiem przyjemniejszego nad świadomość, że wymieniając się z kumplami przez Internet, przyczyniam się do powstawania nowej kultury?

Kiedy na nowe możliwości pracy przez Internet – w których Benkler widziałby kolejne kroki mozolnie, acz triumfująco posuwającego się pochodu nowej kultury – spogląda kolejna bohaterka numeru, przestaje nam być do śmiechu. Erudycyjny artykuł Tiziany Terranovej stanowi demaskację kilku wygodnych mitów, w efekcie czego okazuje się, że należałoby dziś mówić raczej o „niewolnikach sieci” (netslaves) niż o pracy „naprawdę wolnej i darmowej (…) świadomie ofiarowywanej w zamian za przyjemność komunikowania i wymiany”, jaka miała miejsce – zdaniem autorki – „we wczesnych wirtualnych społecznościach” (s. 61). Nie jest to kwestia, jaką można by bagatelizować, gdyż „równowaga internetu jako medium zależy od ogromnej ilości pracy, (…) która podtrzymuje internet jako całość” (tamże), a która to nie jest równowarta z zatrudnieniem i może (choć nie musi) odbywać się na zasadzie kapitalistycznego wyzysku. Jeśli więc mogło się nam wydawać, że od widma tego ostatniego sieć pozwala się wyzwolić, okazuje się, że to tylko pobożne życzenie – jesteśmy pętani coraz bardziej i sprytniej. „Otwarty i dystrybuowany tryb produkcji już teraz jest polem eksperymentów z nowymi strategiami organizacji, otwieraniem możliwości dla rozwijania nowych technik przymusu, zdolnych odpowiednio modulować relacje pomiędzy wartością a wartością dodatkową, na którą składają się złożone związki emancypacji i kontroli” (s. 65).

Przebieg kolejnych odsłon jest nieco mniej ciekawy, więc i poziom adrenaliny wyraźnie spada. Być może dlatego, iż na murawę wbiegli polscy reprezentanci, jak wiadomo lubujący się w stosowaniu zagrań dość przewidywalnych. Nie mogło więc zabraknąć tekstu o edukacji (artykuł Grzegorza Stunża zawiera listę 10 pomysłów pozwalających stworzyć „edukację 2.0”), refleksji o net-arcie (skrótowej – niestety – prezentacji postaci Marka Ameriki autorstwa Mariusza Pisarskiego), a w końcu (a jakże!) tekstu o „Naszej klasie” (obszerny – niestety – artykuł Marty Klimowicz to najnudniejszy fragment numeru i być może kolejny dowód na to, że w „Naszej klasie” nie ma nic wartego uwagi). Za nimi czeka na nas jednak ożywcza niespodzianka – oto najprawdziwszy manifest, napisany z pazurem i to aż przez trzech autorów. „Kultura bliska ciału” Henry’ego Jenkinsa, Tary McPherson i Jane Shattuc wciąga, onieśmielając ilością przytoczonych przykładów. Szybko jednak zdajemy sobie sprawę, że wszystko to nieco zbyt blisko przylega do innych, znanych nam już od jakiegoś czasu, prezentacji idei cultural studies. Tekst nosi co prawda podtytuł „Manifest nowych studiów kulturowych”, ale uleganie wpływom feminizmu, teorii queer, postkolonializmu czy tzw. zwrotu politycznego, na których opiera się myślenie autorów „Kultury bliskiej ciału” oraz hołdowanie postulatom badań bezpośrednich, wielowarstwowych, szczegółowych i skontekstualizowanych – już jakiś czas temu utraciło posmak nowości. Tak czy inaczej, prowadzenie refleksji humanistycznej – jak chcieliby autorzy – z „zapałem i energią” oraz „przyjemnością” (s. 129) nikomu jeszcze nie zaszkodziło, zaś ich propozycja stanowi interesujące i, co ważne, niebezkrytyczne wobec siebie wprowadzenie w studia kulturowe, a także – co nie mniej ważne – dobry „przypis” do głównego tematu numeru.

„Jesteśmy fanami kultury” – powiada we wprowadzeniu do manifestu Jenkinsa i spółki Józef Burszta (s. 107). Dla fanów „Kultury (Popularnej)” nastały, jak można sądzić, dobre czasy. Dla kibiców, którzy do tej pory obserwowali grę z trybun – także. Otrzymali możliwość wbiegnięcia na boisko; niezależnie od tego, jak bardzo przeczy temu etykieta fana (a więc jednak widza) doklejona nam przez Bursztę. Nie bójmy się jednak – wizjonerzy „rewitalizacji kultury” nie przestają zagrzewać do boju i nie powinien nas pewnie niepokoić fakt, że tego typu doping nie jest domeną graczy, ale publiczności – komentatorzy często mówią przecież o kibicach jako o „dwunastym zawodniku”. A ponieważ wizja pustych trybun otaczających zatłoczone boisko musi niepokoić, pozwólmy im zostać na krzesełkach. Ktoś musi przecież nas oklaskiwać, kiedy będziemy przeistaczać się w Ronaldo. Bo, co do tego, że się nam uda, nie ma wątpliwości. Wszak piłka jest okrągła, a do przerwy 2.0.