ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (100) / 2008

Marta Lisok,

OSTROŚĆ WIDZENIA

A A A
Nowy cykl fotografii Krzysztofa Zielińskiego pt. „Millennium school” („Tysiąclatka”) ukazał się w pięć lat po debiucie artysty w krakowskim Zderzaku, gdzie zostały zaprezentowane prace ze zbiorów „Hometown”, czyli portrety rodzinnego miasteczka Wąbrzeźna oraz wyciszone, bardziej intymne „Random pleasures”. Jako absolwent Katedry Fotografii FAMU w Pradze (pracownia Victora Kolara) Zieliński opiera swoje działania na maksymalnej redukcji śladów własnej ingerencji. Pozwalając zastanym rzeczom i miejscom mówić za siebie, ucieka przed jakimkolwiek spreparowaniem. Ten fotograficzny minimalizm, jeśli weźmie się pod uwagę mnisią metodę pracy fotografa, który nad każdym cyklem pracuje przez kilka lat, można zestawiać ze słynnym zdaniem Ada Reinhardta: „obrazy powinno się trzymać z dala i nie patrzeć na nie ciągle”. Tym razem artysta ukazuje wnętrza typowej szkoły, do której zagląda po latach, zachwycając się intensywnością kolorów, maskujących grubą warstwę kurzu, bylejakość i zużycie. Mierząc się z tym, co zamazane w pamięci, Zieliński krąży po szkolnym labiryncie z aparatem, który wymusza ukonstytuowanie, dookreślenie własnego miejsca w przeszłości.


Fakt, że cykl Zielińskiego powstawał w okresie wakacji, rysuje nostalgiczny kontekst nawiedzonego miejsca, pustego a jednocześnie pełnego zalegających go opowieści. Ciągi korytarzy, plątanina klas, schowków, służbówek i zakamarków to teren poszukiwań prowadzonych przez artystę. Zderzenie zracjonalizowanej, sterylnej przestrzeni gwarnych zwykle szpitali, hoteli, szkół z ich piwnicami czy strychami nabiera w wyobraźni widza, uzależnionego od popkulturowych klisz, niepokojącego wydźwięku. Atmosfera zdjęć zbliża „Millennium school” do kultowego serialu Larsa von Triera „Królestwo", którego tytuł to nazwa ponurego szpitala – molocha zbudowanego na dawnych mokradłach. Głos reżysera z offu przed każdym kolejnym odcinkiem czyta wprowadzenie: „...Były tu stawy, przy których bielono płótno. Ludzie moczyli wielkie płachty tkanin w płytkiej wodzie i rozkładali do bielenia. Woda parująca z płócien zasnuwała całą okolicę mgłą. Później zbudowano tu szpital państwowy. Bielarzy zastąpili lekarze i naukowcy. Najlepsze mózgi w kraju i najdoskonalsza technologia. Dla ukoronowania dzieła nazwali szpital „Królestwem”. Mieli zgłębiać tajniki życia, a przesądy nie powinny już nigdy zachwiać bastionów nauki. Być może pycha ich była zbyt wielka i nazbyt odżegnywali się od spraw duchowych, gdyż z czasem chłód i wilgoć zaczęły powracać. Drobne oznaki zmęczenia z wolna objawiały się w tym dość solidnym i nowoczesnym budynku”. Podobnie jak w „Lśnieniu” Stanleya Kubricka, wraz z małym chłopcem na trójkołowym rowerku zwiedzającym położony na odludziu hotel „Overlock”, odbiorca „Millennium school” zostaje wybity z bezpiecznej pozycji „na zewnątrz”. Ma nieodparte wrażenie, że za każdym rogiem „swojskiej” szkoły w Wąbrzeźnie czyha coś nieznanego, że już za moment coś się wydarzy, coś zostanie zobaczone. Jednak wbrew oczekiwaniom nie dzieje się zupełnie nic. „Millennium school” to nie tylko fotografie, to raczej zmaterializowane uczucie pustki. W „Hometown” Zieliński, lecząc traumę małomiasteczkowości, oswajał melancholię prowincjonalnego miasteczka, aż do momentu akceptacji tamtego miejsca. W nowym cyklu bawi się maksymalnym wyostrzeniem konturów, niemal odbierającym przedmiotom realność. Fotograf zdaje się wysysać do ostatniej kropli możliwości, jakie niesie kolor, co odróżnia prezentowaną w Berlinie serię od dwóch poprzednich – pełnych przygaszonych pasteli i szarości. W przeciwieństwie do nich, nowe zdjęcia nie mają w sobie specyfiki polaroidu, intymnego charakteru i unikalności tego typu rejestracji, obrazu jako fast food. Są bardziej wysmakowane i soczyste, ale jednocześnie martwe. Tylko na jednym z nich pojawia się rozmazana postać dziewczynki, patrzącej prosto w obiektyw.

Zestawiając prace Zielińskiego z innym dokumentalistą Wojtkiem Wilczykiem i jego cyklem „Czarno-biały Śląsk” zauważyć można dwa różne podejścia. Wilczyk, niczym Caspar David Friedrich, wyszukuje mroczne miejsca z charakterem, kadruje ujęcia w sposób, który nadaje wieży ciśnień czy kopalni powagi katedry, śledzi rozpad i powolne anektowanie budowli przez naturę. Zieliński zdaje się niczego nie wybierać, miejsca i przedmioty same go znajdują, ucieka od czarno-białego wysmakowania, nie próbuje uatrakcyjniać, kreować bohaterów pierwszego planu. Pozostaje rejestratorem, ekranem, na którym odbija się przypadkowe. Bezskutecznie można by szukać w kadrach „ Millennium school” jakichkolwiek niespodzianek, ich urok tkwi w zwykłości, dalekiej od stylistyki pozornie pokrewnych prac zebranych na przykład w Yours Gallery podczas wystawy „Teraz Polska”. Skrawki posadzki, oparcia krzeseł, blaty ławek, powierzchnie tablic, zacieki położonej niedbale farby, ścierki do podłóg rozwieszone w piwnicy zalanej szaro-błękitnym światłem, sprawiają, że fotografie Zielińskiego można czytać jak abstrakcje. Pobrzmiewająca w martwocie przedstawionych przedmiotów i pomieszczeń anegdota nie prowadzi do nikąd, styl artysty wywołuje wrażenie, że są one po prostu puste w środku i to najbardziej magnetyzuje widza, wprawiając go w hipnotyczny stan osłupienia.

Powroty, które stają się kanwą działań Zielińskiego zdają się być osnute na archetypicznym geście odsłaniania, prób docierania do zakamarków pamięci bez perspektywy, jakiegokolwiek celu, możliwości ostatecznego rozwikłania. W „Imperium znaków” Rolanda Barthesa czytamy o przygotowywanych z precyzją i często bez okazji, japońskich paczkach, zwykle kryjących w swoim wnętrzu drobnostki: „pudełko zawiera i znaczy, jakby funkcją paczki nie było ochranianie w przestrzeni, ale odsyłanie w czasie; wydaje się, że to właśnie w opakowaniu zawiera się trud wytwarzania (robienia czegoś), tym samym przedmiot traci na istnieniu, staje się złudzeniem: od opakowania do opakowania signifié umyka, a gdy w końcu się je złapie (zawsze w paczce jest coś małego), staje się ono nieistotne, śmieszne, bezwartościowe: pole signifiant (przyjemność) zostało zajęte: pudełko nie jest puste ale opróżnione, znaleźć przedmiot, który jest w pudełku, lub signifié, które jest w znaku, znaczy odrzucić je”. Dziecinna przyjemność ze świątecznego odpakowywania prezentów – fotografii Zielińskiego, gestu dostawania się do środka, staje się w tym momencie najistotniejsza, nawet jeśli ujawnione wnętrze okazuje się samo w sobie małowartościowe. Odbiorcy nie mają okazji, żeby zdać sobie sprawy z mechanizmu, którego stają się częścią już w momencie samego spoglądania. Istotne pozostaje oddalenie motywu, drugoplanowość tego co uchwycone, brak punktu zaczepienia, stwarzanie wrażenia obcości. To przypadkowość, która chwyta w pułapkę spojrzenie, zniewala obietnicą okazji do bezkarnego patrzenia. W kontekście słów Martina Heideggera, podsuwający nam kuszące przyjemności Zieliński staje się strażnikiem i pasterzem bycia. Docierając do prawdziwego istnienia, odsłania je. Jego sztuka jest zdolna przywrócić tracony świat i ponownie umożliwić zadomowienie. .Zakorzenienie w zwykłości, banał sytuacji, potoczność języka wyrazu, wyzbycie się wszelkich zapędów wyznaczania hierarchii obserwacji i spostrzeżeń, brak zarówno wyrafinowanych rozwiązań formalnych, jak i wielkich tematów są wspólne pracom Zielińskiego i poezji Franka O'Hary. Zarówno fotografie Zielińskiego, jak i poezja piewcy nowojorskiej codzienności, z jego „wierszami typu / robię to i robię tamto”, pozostają w zgodzie z tezą Johna Dewey'a, że każde doświadczenie może stać się estetyczne i nie ma żadnej transcendentnej sfery sacrum, z której pochodziłaby sztuka.


Cykl Zielińskiego dążący do maksymalnej prostoty sztuki jako lustrzanego odbicia rzeczywistości, banału podniesionego jednym gestem do rangi ikony, zdaje się mieć swoje korzenie w filmach Andy’ego Warhola, takich jak „Sleep” z 1963 roku, będący ośmiogodzinną rejestracją snu. Dla postmodernizmu „nowość” nie jest nadrzędną kategorią, cykle artysty z Wąbrzeźna mogły powstać pół wieku temu, ale czyż przyjemność z oglądania nie jest prymarną potrzebą, której zaspokojenia można się domagać o każdej porze? Władza nadawania znaczenia nie kryje się w samym sposobie ekspozycji, choć zamknięte w lightboxach zdjęcia przypominają bezcenne relikwie, cudowne ikony czy klejnoty. Nobilitacja następuje już w momencie naciśnięcia spustu migawki. Zieliński ze skupieniem rejestruje to, co napotyka, pozostając wierny tezie swojego poprzednika Man Raya: „To czego nie mogę namalować fotografuję, a tego co mogę sfotografować nie będę malował”.
Krzysztof Zieliński „Millennium School”. Galeria Magazin, Berlin, 2 lutego – 29 marca 2008.