ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (100) / 2008

Paweł Goryl,

POZNANE – NIEZNANE

A A A
W berlińskiej Galerie Magazin wystawiono wybór 18 prac, z liczącego 44 fotografie cyklu Krzysztofa Zielińskiego ,,Millennium school”. Jest to już trzeci duży projekt związany z Wąbrzeźnem, rodzinnym miastem fotografa, po pierwszym i najsłynniejszym ,,Hometown” oraz przedostatnim ,,Random Pleasures”. Cykl ,,Hometown” stanowi próbę ukazania prowincjonalnej miejscowości z perspektywy ,,obcego’’. Autor skupia się przede wszystkim na przedstawieniu pewnych powierzchownych, zarazem najbardziej charakterystycznych elementów, składających się na odbiór wizualny miejsca. Ze zdjęć emanuje brzydota. Na ile jest to świadoma waloryzacja otoczenia, a na ile obiektywna próba rejestracji, trudno orzec. Oberwany znak drogowy czy odrapane ściany kamienic urastają u Zielińskiego do rangi symboli małomiasteczkowej niespieszności – sennej, nie przejmującej się zbytnio publiczną przestrzenią. Marazm i uśpienie potęguje fakt, że część zdjęć wykonał podczas bezśnieżnej zimy, co wzmaga ich przygnębiający nastrój.

W odróżnieniu od zamglonych, utrzymanych w szarej tonacji fotografii z cyklu ,,Hometown”, najnowsze prace są ostre, pełne nasyconych barw. Podobnie jak w ,,Random Pleasures” autor koncentruje się na ukazaniu wnętrz. Nie są to jednak ilustracje nieokreślonych mieszkań. Zdjęcia przedstawiają budynek podstawówki, do której Zieliński uczęszczał jako dziecko. Sam tytuł wystawy sugeruje, że szkołę zbudowano w latach 60. XX wieku, w ramach realizacji hasła ,,Tysiąc szkół na tysiąclecie!”. Niegdysiejsza chluba stanowi doskonały przykład trudności z jakimi boryka się system edukacji. Pomimo upływu lat, autor, wędrując od klasy do klasy, bez trudu odnajduje znajome przedmioty. Fotografuje te same meble i pomoce dydaktyczne, z których kiedyś korzystał. W korelacji z nowszymi sprzętami wyglądają czasem kuriozalnie – nie jak realne przedmioty służące pogłębianiu wiedzy, lecz jak semiofory – obiekty o wartości symbolicznej. I tylko krzykliwa farba pokrywająca ściany usiłuje bezskutecznie nadać temu ,,muzeum’’ desygnat nowoczesności. Nietrafiony, bo bezkrytycznie przeładowany.


Wydaje się, że głównym celem Zielińskiego nie była wierna fotograficzna dokumentacja. Nie było nim też skomentowanie kondycji polskiego szkolnictwa. Autor skupia się raczej na zmierzeniu z problemami pamięci i ,,czasu”, szczególnie – przemijalności ludzkiego życia. Warto wspomnieć, że według psychologii poznawczej odtwarzanie, czyli wydobywanie z pamięci pewnych informacji jest procesem niesłychanie złożonym. Przywoływana rzeczywistość ulega bowiem często rozmaitym zniekształceniom i zafałszowaniu. Z racji tego, iż każdy akt wydobywania z pamięci zmagazynowanych informacji ingeruje w ich ostateczny kształt, wybór szkoły jako pośrednika wpływa w istotny sposób na ukazany obraz dzieciństwa, pośrednio na formę fotografii.

Na pierwszy rzut oka wyglądają one niczym bajkowe ilustracje. Czai się jednak w nich coś niepokojącego. Brak w nich tak charakterystycznego dla ,,Random Pleasures’’ poczucia intymności. Kontakt z obiektami jest bliski, lecz nie poufały, zupełnie jak gdyby autor starał się zachować
bezpieczny dystans, powodowany respektem wobec nich odczuwanym. Doskonale widać, że Zieliński posiada rzadką umiejętność wydobywania ze zwyczajnych przedmiotów sporego dramatyzmu. Fotografie cechuje sugestywność, osiągnięta zarówno przez dobór adekwatnych obiektów, jak i charakterystyczne kadrowanie ustawione w perspektywie centralnej (niekiedy diagonalnej).

Zdjęcia powstały podczas wakacji. W czasie, gdy szkoła jest zamknięta. Pusta i pozbawiona dzieci – sensu jej istnienia. Fakt ten sprawia, iż podobnie, jak w cyklu ,,Hometown” z fotografii emanuje statyka, tym wyraźniejsza, że połączona z geometryzacją obrazowanej przestrzeni. Dziecko z racji swojej niejasnej, amorficznej kulturowo natury, jest istotą bliską sfery pierwotnego nieuporządkowania, chaosu. Tego „elementu” brakuje w zdjęciach. Nawet krzywo ustawiona ławka nie jest w stanie zburzyć ładu, jej asymetria wydaje się być czymś nieprzypadkowym. Zadziwiające, że kolorystyczne horror vacui również nie wywołuje wrażenia zamętu. Poprzez naruszenie elementarnej struktury, odebranie jej pierwiastka będącego równoważnikiem systemowej doskonałości, autor osiąga ekspresję. Pustka i osamotnienie widza w doświadczaniu tej rzeczywistości sprawia, iż nabiera ona intensywności i ściśle indywidualnego wyrazu. Tym bardziej niepokojącego, że fotografie powstały w momencie „przejścia”, nacechowanym zawieszeniem naturalnego porządku, wypełnionym oczekiwaniem na pomyślne zajście cyklicznych zdarzeń. Częściowa destrukturyzacja obiektu (rozumianego jako semantyczna i fizykalna całość) pozwala na głębsze odczuwanie trudnej do uchwycenia esencji. Jedyną fotografią, na której autor uwiecznia uczniów jest praca zamykająca ekspozycję. Charakterystyczne, że ich obecność jest jednak wyzbyta znamion realności. Kontury dziewczęcej postaci, pojawiającej się na pierwszym planie, są rozmazane. Podobnie rzecz się ma z sylwetką osoby przemykającej na drugim planie. Stojący w tle chłopcy znajdują się zbyt daleko, by móc uchwycić indywidualne rysy twarzy. Tym samym autor, pozbawiając dzieci cech szczególnych, potwierdza ich amorficzność. Nie są to określone osoby, utrata podmiotowości została dokonana na rzecz uniwersalnego abstraktu. Mogą one zostać potraktowane przez widza, jako metaforyczne, zamglone przez upływ czasu, retrospekcje dawnych przyjaciół.

Wrażeń, jakie pragnie osiągnąć Zieliński, nie sposób jednoznacznie sklasyfikować. Wspomniany niepokój przebijający się z fotografii, nabiera bowiem na każdej zdumiewająco odmiennego charakteru. Raz zahacza o euforię, to znów budzi przerażenie. Jakże bowiem pogodzić makietę baśniowego pałacu z widokiem umierającej w słoiku złotej rybki? Szkoła oglądana z perspektywy fotograficznego obiektywu, aż kipi od zazębiających się, czasami przenikających, paradoksów, oraz nieoczekiwanych ambiwalencji. ,,Wchodzę do czegoś, co dobrze znam i pamiętam jako szarobure, a tu orgia kolorów! Szok’’ – zdumienie jakiego doznał Zieliński po latach nieobecności, pozwala mu spojrzeć na obiekt okiem odkrywcy. Nie rejestratora, lecz wnikliwego poszukiwacza dziwności w świecie, który, choć będąc nadal bliskim, nabiera raptownie znamion obcości, gdyż zderza się z czymś nieznanym i egzotycznym.

Zagadnienia pamięci autor analizuje w odniesieniu do problemu przemijania. Nie są to już przecież fotografie chłopca uwieczniającego poruszające go obiekty. Jakkolwiek część zdjęć – choćby to przedstawiające model anatomiczny człowieka na tle planszy z zasuszonymi, ogromnymi pająkami, można by było do takich zaliczyć. Ale również z tej fotografii przebija nostalgia za tym, co bezpowrotnie znikło. Za kilka lat modela zapewne zabraknie – wyląduje na wysypisku śmieci, w najlepszym razie trafi do muzeum. Jego miejsce zajmie multimedialna prezentacja. Żal jest tym większy, że, z racji ich antropomorfizmu, plastikowe fantomy i szkielety były często personifikowane przez uczniów. Powszechnie nadawano im przydomki i imiona. Przykład podobnego zachowania celnie uchwycił Bartosz Kędzierski, tworząc postać ,,wujka Alfreda” w kultowych już „Włatcach móch” .

Podobny wydźwięk mają fotografie ukazujące salę gimnastyczną. Zieliński był z niej jako chłopiec bardzo dumny, gdyż stanowiła największą i najlepiej wyposażoną halę w okolicy. Owo wyróżnienie w grupie rówieśników, musiało mieć kiedyś spory wpływ na samoidentyfikację, kształtujące się dopiero w młodym człowieku poczucie własnej wartości. Coś, co dziś wywołuje u dorosłego uśmiech, było sprawą znacznej wagi dla dawnego ucznia ,,Trójki”. Taka jest wymowa zdjęć – przedstawiają coś już niedostępnego dla dojrzałego widza. Szkołę ukazaną przez Zielińskiego przyrównać można zatem do symbolu tęsknoty za minionym bezpowrotnie dzieciństwem. Istnieje ona jako realny budynek (instytucja) i można ją odwiedzić. Nie jest jednak możliwe, aby do końca zgłębić jej tajemnicę – poznać jej prawdziwą, na poły zanurzoną w magicznej umysłowości dziecka, naturę. Autor dostrzega ów dysonans. W dystansie i lekkiej nieufności w stosunku do komentowanej przestrzeni, odbija się kryzys poznawczy. Co więcej, wielki amalgamat tego, co minione i współczesne, również nie daje się łatwo zdefiniować. Szkoła, przynależąc do obu realności – nie przystaje ostatecznie do żadnej.

Szkoda, że w Galerie Magazin nie pokazano kompletnego cyklu „Millennium school”. Układa się on bowiem w pewną całość, podległą narracyjnym strukturom. Począwszy od wstępu – ukazującego ogólny widok na bryłę budynku, widz zaczyna stopniowo zanurzać się w szkolnym wnętrzu. Wędrując po korytarzach, wchodzi do kolejnych klas. Co jakiś czas napotyka na przecinki w snutej opowieści – na przykład zbliżenie na lampę, bądź metalową rurę. Zdają się one oddzielać poszczególne rozdziały opowieści. Znajduje również przypisy w rodzaju ,,Kącika czystości”. Analogiczne sekwencje powtarzają się, przypominając układem konstruowanie fabuły. Całość zamyka epilog, wspomniana już fotografia naznaczona obecnością uczniów. Pomimo dokonanego na potrzeby ekspozycji skrótu, ślad owej narracji da się bez trudu uchwycić.

Komentując prace Zielińskiego, zauważamy wyraźne inspiracje ,,Interieur’’ Thomasa Ruffa. Jednak, mimo podobnej formy kompozycyjnej, fotografie z ,,Millennium school’’ odbiegają od zdjęć niemieckiego artysty. Obaj wprawdzie nie ingerują fizycznie w utrwalany przez siebie obszar, lecz tylko Ruff pozostaje bezstronnym dokumentalistą. Zieliński pozwala sobie na cień komentarza. Poruszając się po szkolnej przestrzeni, nie unika światła, i to właśnie ono nadaje jego fotografiom wartościującego wyrazu. Niespotykana kolorystyka ułatwia ekspresję, czasem, jak już wspomniano, skrajnych emocji. Łatwo poddający się procesowi mityzacji teren szkoły, wpływa zarazem na bogactwo symboliki. Zieliński, wybierając Wąbrzeźno jako pole swych twórczych działań, trafia w sedno. Jego fotografie, oscylując pomiędzy dokonaniami słynącej z obiektywnego oka szkoły z Düsseldorfu, a intymnością czeskich fotografów (Zieliński studiował w praskiej FAMU), nie są – jednak – z nimi tożsame. Nową jakość pozwala wykreować, towarzyszące pracom, poczucie ,,swojskiej obcości”.
Krzysztof Zieliński, „Millennium School”. Galerie Magazin. Berlin, 2 lutego – 29 marca 2008.