ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Krystian Wojcieszuk,

MOŻLIWOŚĆ HUTY

A A A
Teraz można to już powiedzieć: proza Grzegorza Kopaczewskiego zasługuje na czytelnika. Jego nowa powieść – „Huta”, mimo że raczej nie przysporzy mu tłumu oczytanych fanów ani zaszczytów, związanych z „poważnymi” nagrodami literackimi, zdaje się być książką, której lekturowe przeoczenie niechybnie powinno wywołać w nas żal. Już w debiutanckim „Global nation” (2004) chorzowski prozaik pokazał, jak dobrze rozumie mechanizmy uwodzenia odbiorcy, próbując „złapać” go na popkulturowe przysmaki, okraszone odrobiną naiwnej alterglobalistycznej ideologii. Wszystko to jednak robił z bezpieczną dawką ironii, jako swoistego captatio benevolentiae używając „skrzydlatych słów” w rodzaju: „Oglądając telewizję, absorbujesz tak wiele informacji, że twój mózg jest zmuszony do poszukiwania nowych miejsc, by te informacje przechować. Tym sposobem, czy tego chcesz, czy nie, aktywizujesz swój umysł… On jakby się rozrasta, to znaczy jakby odkrywa nieznane tereny…”. Chociaż „Global nation” było powieścią o młodym polskim emigrancie w Londynie, to jakoś nie trafiło w swój czas, a główny bohater Daniel – musiał wrócić do kraju.

„Huta” z kolei jest pozycją bardzo spójną i ze wszech miar przemyślaną. Oto w niedalekiej przyszłości, w samym centrum śląskiej aglomeracji (na terenie „wygaszonej” już Huty Baildon) powstaje ekskluzywne, dyskretnie izolujące się od reszty kraju osiedle. Scharakteryzować je trzeba jako enklawę kreatywnego myślenia, miejsce, które, niczym „wielki elektroluks”, wysysa najzdolniejszych ludzi z okolicy. Oglądać będziemy Hutę oczyma Tomasza, doktoranta z Uniwersytetu Śląskiego, który na zlecenie swojego profesora ma za zadanie zbadać efekty dokonanej tam „rewitalizacji”. Fakt, że dla młodego naukowca zimny, naukowy obiektywizm wobec przedmiotu badań będzie postawą nie do osiągnięcia, od początku nie jest przed nami ukrywany. Mamy przy tym nieodparte wrażenie, że osobowość głównego bohatera (w czym nie wydaje się on być postacią odosobnioną) jest do pewnego stopnia „faustyczna”.

W szczegółach całego przedsięwzięcia, tej nowej utopii – lub perfidnie skonstruowanej dystopii (tego właśnie nie jesteśmy pewni) – siedzi bowiem niejaki Pelc. Można go sobie spokojnie konkretyzować jako Ala Pacino z „Adwokata diabła”, ale jak to w polskiej kulturze zwykle bywa – musi oczywiście nosić niemieckie nazwisko. „Mój dziadek też był Pelc. Ale przez ‘tz’. W czterdziestym dziewiątym kazali mu zmienić pisownie na ‘c’. (…) Musiałem dziadkowi obiecać, że przynajmniej ja coś z tym zrobię” – mówi o sobie „ojciec założyciel” Huty oraz szef Instytutu Historycznego, miejscowej placówki naukowej, będącej równocześnie źródłem „miękkiej dyktatury” panującej na tym dobrze chronionym osiedlu. Kopaczewski wprowadza jednak swojego bohatera w hutniczą społeczność w taki sposób, że Tomasz Wieczorek zdaje się uprawiać formę współczesnej „emigracji wewnętrznej”. Zaczyna od pracy w knajpie kolegi, co daje mu niezbędny czas na „uczestniczącą” obserwację życia tubylców, poznanie ich zwyczajów oraz rytmu dni „roboczych” i „świątecznych”, któremu są poddani. Z czasem ambitny doktorant zacznie (zupełnie legalnie) penetrować bazę danych Instytutu i zapozna się dokładnie z myślą Kaspara Kuhna, będącą intelektualnym fundamentem śląskiej Doliny Krzemowej.

Autor wykreował postać wspomnianego filozofa bardzo zmyślnie. Młody, zdolny i zwalczany w swoim czasie przez stojącego „obok tronu” Hegla, myśliciel ten stanowi jakby prefigurację światłych obywateli zamieszkujących Hutę, szczególnie zaś Pelca i Nowaka (wydalonych z Uniwersytetu Śląskiego). W jego życiu i myśli znajdziemy mieszankę, na którą składają się różne wielkie nazwiska: Marks (wymieniony kilkukrotnie w powieści), Schopenhauer (ze względu na konflikt z Heglem), Garve (sposób krytyki języka Kanta) oraz Thomas Kuhn (z powodu nazwiska i pasji systematyzowania). Właściwie źródła utrzymania mieszkańców Huty pozostają dla nas do końca mgliste. Wiadomo, że osada ta stanowi markę samą w sobie (mieszkanie w niej jest powszechnie fetyszyzowane), a Instytut Historyczny zajmuje się doskonaleniem metody statystycznej zapoczątkowanej przez Kuhna, którą zamierza opatentować. Kiedy narrator zastanawia się nad źródłem „kapitału początkowego” Huty, pomija zupełnie Unię Europejską, co sprawia, że relacja z naszą rzeczywistością staje się bardziej umowna. Poza tym nie ma nigdzie mowy o sferze budżetowej (czyżby mieszkańcy Huty leczyli się i edukowali jak wszyscy inni?). Przypisywanie wizji Kopaczewskiego statusu utopii może więc być zdecydowanie pochopne.

Czy możliwa jest zatem inna interpretacja? Ależ naturalnie. Autor odmalował nam mianowicie idealny kampus. Pomysł ograniczenia żądz materialnych i własności prywatnej („wart jesteś tyle, ile twój pomysł i twoja osobowość”), wieczne imprezy, nierozróżnialność zabawy i pracy – czyż to nie są wszystko fantazje wiecznych studenciaków? Z dalszej części książki dowiemy się przecież, że u zarania „utopii” leżał sztubacki żart młodych-zdolnych pracowników naukowych.

Aby jednak niepotrzebnie nie czynić z książki Kopaczewskiego rozprawy historiozoficznej, należy spróbować jej lekturę nieco przeorientować. W innym, także interesującym, wariancie byłaby to książka rozważająca w beletrystyczny sposób problemy teraźniejszości i przyszłości uniwersytetu. Nie sposób tutaj nie odwołać się do jednej z najciekawszych refleksji na ten temat, czyli „Antygony w świecie korporacji” Tadeusza Sławka. Autor eseju przypomina na początku swoich rozważań: „Uniwersytet wprowadzał do świata porządku. Jego dyplom stanowił bilet do rzeczywistości, w której barbarzyńca cofał się przed murami miasta, a pociągi odjeżdżały i przyjeżdżały z wielką punktualnością (…)”. Kopaczewski, budując wyraźną opozycję między Uniwersytetem a Hutą, Hermasem (profesorem Tomasza) a Pelcem, stara się przedstawić świat wywrócony na drugą stronę. Od początku jesteśmy przez narratora ostrzegani, że wszystko skończy się katastrofą, że „barbarzyńcy” z Załęża, najbiedniejszej dzielnicy Katowic, okażą się „jakimś rozwiązaniem”. Nie wiemy jednak, że po stronie barbarzyńców i „chaosu” stanie również sfrustrowany profesor.

Czytając „Hutę”, co chwilę natrafiamy na znane nam skądinąd wątki i rozwiązania fabularne. Śląscy czytelnicy rozpoznają na pewno też miejsca, ale trzeba przyznać, że mało tu konkretu, cielesności, a większość tego, co ciekawe, dzieje się w warstwie werbalnej, w dynamicznych dialogach i przewlekłych dyskusjach. Ale taką też powieść wyraźnie chciał stworzyć autor: industrialną, aseptyczną, dającą wyraz XXI-wiecznej dehumanizacji. Fragmenty opisujące gromadzącą się pod murami Huty „tłuszczę” do złudzenia przypominają obserwacje czynione przez Daniela25, bohatera „Możliwości wyspy”. Jak widać, polski Houellebecq, żeby skrytykować społeczeństwo konsumpcyjne, musi je najpierw wyimaginować – co zupełnie nieźle mu wychodzi. Kopaczewski to bardzo inteligentny pisarz, który – w podpowiadanej nam na czwartej stronie okładki kategorii „pisarstwa rozrywkowego” – stworzył powieść naprawdę fascynującą. Pisarstwo takie jest niezwykle potrzebne, gdyż nie każdego pociągają w słowie pisanym „gnostyckie traktaty opisowe” lub autoerotyczne zabawy stylistyczne. U Kopaczewskiego mamy błyskotliwe obserwacje socjologiczne podane w niezwykle przyjemnej formie oraz industrialnego trupa zamienionego siłą wyobraźni autora w centrum światowego biznesu. Co tu dużo gadać – pisarz czeka na czytelników.
Grzegorz Kopaczewski: „Huta”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2007 [seria: linie krajowe].