Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Radosław Wiśniewski,

DOPRAWDY?

A A A
„... wolność jest wtedy gdy zapominasz pisowni nazwiska tyrana a ślina w ustach smakuje słodziej niż chałwy Persji...” [Josif Brodski]
1.
Gdyby napisać, że Chiny są jak patyk w pochwie gwałconej kobiety, czy zabrzmiałoby to wystarczająco szokująco, żeby zmusić ludzi tak zwanego Zachodu do empatycznej refleksji? Szczególnie, że – jak się wydaje – rośnie lista tematów pomijanych milczeniem w ramach politycznie poprawnego dyskursu. Podstawą dla tej empatycznej refleksji Zachodu mogłaby być na przykład stara buddyjska prawda, że wszystkie czujące istoty starają się dążyć do szczęścia i unikać cierpienia. To cecha wspólna nie tylko ludzi Wschodu i Zachodu, ale bodaj także ssaków, ryb, ptaków, płazów, gadów. Kto był raz w zoo (chciałem napisać odruchowo „w więzieniu zwierząt”), ten może też zaobserwować, że w zasadzie każda rozumniejsza istota, niezależnie od tego, jaką normę terytorialną się jej wyznaczy, nie lubi mieć poczucia zamknięcia i jak tylko może – napiera na granice. Wydaje się, że to takie proste. A jednak w rozmowach, publikacjach i co najważniejsze – grzecznych przemilczeniach – na temat Azji błyska raz po raz ukryte założenie, że ludzie z Dalekiego Wschodu są inni. W domyśle – nie potrzebna im wolność, lubią tortury, inaczej odczuwają ból, gdzie indziej w ich psychice rysuje się granica upokorzenia i poniżenia. Doprawdy?

Wiedza i świadomość dotycząca wielu spraw Azji u ludzi Zachodu zdaje się ślizgać po powierzchni zagadnień. O ile historycznie, politycznie o Azji, w tym Chinach, coś jeszcze da się poprawnie powiedzieć, o tyle wiedza o ludziach, kulturze, społeczeństwie zdaje wahać między swoistym agnostycyzmem, afirmującym stan niewiedzy, nieprzeniknienia jako jedyną słuszną postawę poznawczą, a namiętną afirmacją. A postawy te oplatają, niczym sieć, liczne stereotypy, opinie obiegowe i uproszczenia. Z jednej strony lubimy tanie chińskie czajniki, trampki, kubki, tekstylia, ale z drugiej w ramach szanowania nieprzeniknioności – nie lubimy się zastanawiać nad tym, gdzie te dobra i w jakich warunkach zostały wytworzone. Oficjalny dyskurs – ostatnio szczególnie tryumfalnie kroczący przez oficjalne kanały komunikacji z okazji igrzysk olimpijskich – cechuje poprawność granicząca z hipokryzją. I tej ostatniej wydaje się być coraz więcej. Bo jakże nie zachwycać się krajem, którego wzrost gospodarczy osiąga magiczne 10% rocznie. A że kosztem niewolniczej pracy milionów ludzi, w tym prawdopodobnie dzieci, i nędzy, która – jak to nędza – bywa cicha i pokorna – to jakby inna, niemal oddzielna sprawa. Gdyby poskładać ów obraz z niedopowiedzeń polityków, publicystów, maklerów giełdowych, można by nawet dojść do wniosku, że obywatele Chin w zasadzie lubią publiczne egzekucje, więzienia, inwigilację, niewolę. Ot, taki drobny relatywizm kulturowy, który przy odrobinie szczęścia uczyni z głoszącego te prawdy nawet wyrafinowanego intelektualistę, rozumnego dyplomatę.

Tymczasem książka „Dobre kobiety z Chin – głosy z ukrycia” Xue Xinran, chińskiej dziennikarki radiowej osiadłej w 1997 w Wielkiej Brytanii, próbuje jakąś cząstkę tych rzekomo odległych spraw niemal zupełnie obcych ludzi – wyjaśnić, czyli wyprowadzić na światło i poddać egzaminowi. Zapytać – Doprawdy?

2.
Xue Xinran nie opowiada jednak o sprawach wielkich, w których dramaty nabierają konturów obłych i ogólnych. Interesuje się poszczególnymi osobami, niepowtarzalnością dramatów, z jakimi jako dziennikarka się zetknęła, wpisując się swoją książką w dość modny nurt pisarstwa z pogranicza publicystyki historycznej i reportażu, który można nazwać „historiami zwykłych ludzi”.
W centrum zainteresowania chińskiej dziennikarki są zwykłe kobiety. Ich marzenia, aspiracje, ambicje wydają się do bólu proste, niewyszukane, zwyczajne i ludzkie, nie odnajdują się w świecie wielkich kwantyfikatorów, nie dają się powiązać ze sprawami wielkiej polityki. Historie opowiadane przez Xinran byłyby banalne, gdyby nie zostały naznaczone tragicznością. Kobiety, o których mówi, nie są typami dysydentek czy rebeliantek, co przedstawione opowieści czyni tym bardziej smutnymi. Okazuje się bowiem, że tylko chcąc kochać, cieszyć się z rodzicielstwa, być kochanymi, można naruszać fundamenty wielkiej polityki. Winą bohaterek Xinran był brak rozpoznania, że czas, jaki przypadł im w udziale do przeżycia, to niedobry moment dla normalności w ogóle, nie mówiąc o banalnych marzeniach o szczęściu jednostki. Przełamanie się starego systemu dynastycznego i nowego, przez kilka chwil republikańskiego, zgniecionego między młotem japońskiej interwencji a kowadłem rosnących wpływów komunistów, nie sprzyjało w ogóle istotom ludzkim, a tym bardziej takim, które zostały obdarzone jakąkolwiek wrażliwością.

Jeżeli zatem z tych rozproszonych opowieści wyłania się jakiś większy obraz Chin ostatnich kilkudziesięciu lat, to jest on dość ponury. Struktury społeczne i historyczna zawierucha pozbawiły bohaterki jakichkolwiek szans na wywiedzenie ze swojego życia historii, która by budziła jakąkolwiek nadzieję. Począwszy od opowieści dziewczynki gwałconej przez ojca, dla której jedynym akceptowalnym dotykiem wydawał się być dotyk łapek muchy, po córkę generała armii Czang Kai Szeka – wszystkie te kobiety wkraczały w świat z nadzieją i fundamentalną ufnością i żadnej z nich świat nie dał szansy. To właśnie z narządów płciowych tej ostatniej wydobyto gałązkę, kiedy po latach przymusowej reedukacji na wsi trafiła do szpitala na badania. No, może poza jedną nadzieją, że jest inny świat i czasem z Chin można uciec – tak jak uciekła spisująca historie Xue Xinran, jak uciekają co roku przez Himalaje dziesiątki Tybetańczyków.

Komunistyczne równouprawnienie płci okazuje się w optyce Xinran pustym sloganem, jeszcze jedną formą opresji, nakładającą się i idealnie pasującą do istniejących już i uświęconych tradycją form uprzedmiotowienia i odpersonalizowania kobiety jako skrzyżowania inkubatora z wielofunkcyjnym robotem kuchenno-łóżkowym. W nowym systemie kobiety mają obowiązek, zachowując wszystkie swoje poprzednie funkcje, pracować tak samo ciężko jak mężczyźni i mogą, pod pozorem spełniania supertajnych i ważnych misji dla partii komunistycznej, być używane jak darmowe prostytutki przez wyższych dygnitarzy, a następnie po zużyciu – wysyłane na wieś na reedukację.

W zupełnie osobną opowieść o świecie mediów w Chinach układają się natomiast, w sposób zamierzony bądź nie, wtrącenia dotyczące zbierania przez Xinran materiałów do pracy dziennikarskiej i literackiej. Już opis drogi, jaką codziennie musi przebyć redaktor publicznego radia od bramki do swojego pokoju wydaje się być pouczający dla zachodniego czytelnika (a z punktu widzenia Chin, Polska naprawdę leży na Zachodzie). Skomplikowane drogi, jakimi muszą wędrować konspekty audycji, chwile grozy, gdy audycja na żywo wymyka się spod kontroli, czyli zdarza się w końcu wypowiedź, której nie przewidywał konspekt – to wszystko przywodzi skojarzenia z „Rokiem 1984” Orwella. Tym razem – gorszym literacko, mniej sprawnym językowo, ale mającym nad tym orwellowskim niewątpliwą przewagę: prawdziwym.

3.
Jednak obok licznych zalet „Dobre kobiety z Chin” pozostawiają we mnie jako czytelniku rodzaj niepewności i wahania. Z jednej strony oczywistym jest, że autorka musiała zamaskować wiele ze swoich bohaterek, poukrywać pod innymi imionami tak, aby chronić je same lub ich rodziny przed represjami lub zwyczajnym społecznym ostracyzmem. Pewien rodzaj pracy mistyfikacyjnej musiał być zatem wykonany. Nie sposób jednak wyczuć, w którym miejscu urywa się reportażowa wiarygodność, przecież możliwa mimo mistyfikacji, a zaczyna się literacka stylizacja i konfabulacja. Wydaje się, że poetyckość języka, ale także wręcz hollywodzka (czy może nawet bardziej bolly-woodzka) kompletność narracji, schodzących się zawsze do eleganckiej puenty wątków, każe sądzić, że autorka wędruje niebezpiecznie daleko w przestrzeń nieoznaczoną, no-man's land, między reportażem a prozą. Jeżeli chodziło o ukłon w stronę wrażliwości przeciętnego czytelnika z Zachodu, to chyba jest to ukłon zbyteczny, a jeżeli to zupełnie niezamierzony efekt, to można zadać pytanie, gdzie leży owa granica stylizacji i estetyzacji, poza którą opowieści tracą wiarygodność, przestają przemawiać z siłą, z jaką powinny.

W kilku miejscach zabiegi literackie ocierają się wręcz o komizm. Przykład? Proszę bardzo – w jednej z opowieści Xinran za swoją bohaterką przyjeżdża do miejscowości Taihu i nagle w samym środku pełnej napięcia sceny pierwszego spotkania z poszukiwaną rozmówczynią pojawia się akapit jakby wprost z przewodnika „Pascala”: „Taihu jest trzecim co do wielkości jeziorem w Chinach. Leży na południe od prowincji Jiangsu, na północ od Zhejiangu, i jest znaną atrakcją turystyczną delty Jangcy. Otaczają je ogrody, pełne stawków i strumieni. Taihu jest znane także z produkowanej w okolicy herbaty Źródło Biluo” (s. 167). Gdzie indziej istotne stają się nagle właściwe dla jakiejś miejscowości tradycyjne pierożki. To trochę tak, jak gdyby opowiadanie o spotkaniu z ocalonym z Treblinki przeplatać z informacją, że nieopodal bardzo popularną potrawą jest kiszka ziemniaczana. Niby prawda, tylko że jakoś dziwnie smakuje w tym zestawieniu.

4.
Gdyby zatem książkę Xinran traktować jako literaturę faktu – to wydaje się zbyt dopracowana, za gładka, za lekka, miejscami za ładna. Gdyby potraktować „Dobre kobiety z Chin” jako rzecz czysto literacką, to bez miłosierdzia powiedziałbym, że to kiepska proza. Problem z tą książką jest taki, że leży ona gdzieś na polu między tymi granicami. Gdzieś, gdzie leżą też na przykład książki Hanny Krall, wyprowadzone z rzeczywistości, ale już nie będące literaturą faktu. Te i wiele innych, nazywanych dla niepoznaki „rozmowami z...”, podczas gdy nie są zapisami rozmów, ale w równej mierze zapisami emocji i odautorskich refleksji pojawiających się w trakcie rozmów z osobami. Przyznaję, że osobiście o wiele bardziej wolę surowy zapis cudzej wypowiedzi, niż to, jakimi feeriami barw motylich takie dialogi odbijają się w dziennikarskich sercach i umysłach. Ostatecznie sam też mam serce i mózg. Kontrargumentem pozostaje zawsze zawartość merytoryczna, wiedza, która w inny sposób jakoś nie mogła lub nie chciała się przebić, nie została spopularyzowana. Tyle tylko, że wówczas książka nie może i nie powinna być rozpatrywana pod kątem literackim.

5.
Oczywiście, przecież nie chodzi tutaj o żadną literaturę.

6.
Doprawdy?
Xue Xinran: „Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia”. Przeł. Katarzyna Kulpa. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2007 [seria: terra incognita].