Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Bernadetta Darska,

ALE TO JUŻ BYŁO, BYŁO TYLE RAZY...

A A A
Historia czterdziestolatki próbującej dokonać życiowego bilansu nie jest w literaturze popularnej niczym nowym. Można by w tym momencie przypomnieć chociażby „Teren prywatny” Barbary Kosmowskiej, poczytną serię Katarzyny Grocholi, „Studnię życzeń” Katarzyny Leżeńskiej czy „Romans na receptę” Moniki Szwaji. Wskazane przeze mnie tytuły listy książek o podobnej tematyce, oczywiście, nie zamykają. Nie jest też czymś oryginalnym forma dziennika. Na podobną zdecydowała się na przykład w swoich książkach Sonia Raduńska. Czy zatem można powiedzieć, że powieść Moniki Rakusy „39,9” stanowi propozycję szczególną? Czy wiarygodne okazałoby się stwierdzenie, że oto mamy kolejną autorkę wzbogacającą literaturę kobiecą o zupełnie nową jakość? Wbrew pozorom stawianie tego typu pytań nie jest efektem nazbyt dużych oczekiwań. Zdarzają się przecież autorki, dzięki którym pisarstwo w stylu pop jest w stanie świecić dumnym blaskiem. Przykładem może być chociażby Grażyna Plebanek. Niestety, Moniki Rakusy nie zaliczyłabym do grona tych, dzięki którym kobiece pisanie okazuje się propozycją szczególnie interesującą. Ot, jeszcze jedna opowieść o kobiecie w średnim wieku, która ma problemy z akceptacją siebie, podrasowana wątkiem Holocaustu.

Słowo „podrasowana” z pewnością zgrzyta w zderzeniu z tym, co niesie inne słowo, o którym jest tutaj mowa, a mianowicie „Holocaust”. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że w żydowskim wątku, dość mocno eksponowanym w książce, chodzi przede wszystkim o wzmocnienie efektu. Narratorka „39,9” prowadzi swoje zapiski dwutorowo. Z jednej strony notuje spostrzeżenia dotyczące teraźniejszości, z drugiej retrospektywnie sięga do dzieciństwa, młodości, pierwszego małżeństwa. Obok zapisków poświęconych nadmiernej tuszy, problemom z utrzymaniem diety, emocjonalnej huśtawce w nowym związku, znajdziemy próby prześledzenia rodzinnej historii, podróży do źródeł, wreszcie zdefiniowania siebie w kontekście pochodzenia żydowskiego.

Autorka nie próbuje stworzyć kolejnej martyrologii – to trzeba jej przyznać. Wyraźnie odcina się od historycznych kodów obecnych w jej rodzinie. Utożsamienie się z konkretnym wydarzeniem w kontekście doświadczenia rodzinnego traktuje jako wybór. Mówi na przykład: „I tak na przykład mając dziadka, który zginął w Katyniu, tej akurat martyrologii nie wybrałam” (s. 127). W podobny sposób dystansuje się wobec innych wydarzeń II wojny światowej oraz trudnych losów powojennych. Jedynie fakt, że jest Żydówką, przyjmuje jako wyróżnienie, nadanie rysu indywidualnego, ale też pewnego rodzaju stygmat. Co ciekawe, bycie Żydówką jest dla narratorki/bohaterki spełnieniem dziecinnych marzeń. Wiadomość, że jest nią naprawdę, przyjmuje z entuzjazmem.

Wydaje się, że Monika Rakusa chciała za wszelką cenę zadowolić, biegunowo różne, docelowe grupy odbiorców, pogodzić ogień i wodę, co w literaturze nie jest niemożliwe, ale na pewno bardzo trudne. „39,9” jest tego znamiennym przykładem. Mamy tu chociażby bohaterkę intelektualistkę, która dumnie oznajmia, że drukuje w pismach z listy filadelfijskiej, a obok niej tę samą bohaterkę, tyle że niezrównoważoną emocjonalnie, zadręczającą się dietami, gubiącą się w domysłach, czy jest kochana, akceptowana i czy nie wykorzystuje męża, gdy postanawia wygospodarować czas dla siebie. Doprawdy trudno jest uwierzyć, że poza deklaracjami o intelektualnych upodobaniach, bohaterka faktycznie lubuje się w pracy umysłowej.

Książka wydaje się zbiorem wątków, które – kolokwialnie rzecz ujmując – miały być strzałem w dziesiątkę, a okazały się trafieniem kulą w płot. Kobieta, która w kluczowym momencie swojego życia (swoją drogą, dlaczego akurat czterdziestka jest tym momentem, nie wiadomo), rozprawia się z demonami przeszłości i teraźniejszości – to punkt wyjścia. Problem w tym, że demony zdają się być dobrane wedle klucza świadomego zwielokrotnionego wykluczenia. Mamy więc tu dziadków Żydów, którzy ukrywają swoje pochodzenie. Jest nieobecny ojciec, który z trudem przypomina sobie imię córki, i matka-inwalidka, samotnie wychowująca dziecko, od małego ucząca je nienawiści do mężczyzn. Znajdziemy tu także dość banalne refleksje na temat antysemityzmu i filosemityzmu. Bohaterka zdaje się traktować swoje żydowskie pochodzenie jako uatrakcyjnienie własnej osoby. Mamy też w „39,9” dziecko przenoszone z miejsca na miejsce, przebywające miesiącami w sanatoriach, męczone zabiegami i opieką obcych osób. Autorka wątek Holocaustu traktuje dość pretensjonalnie. Przykładem może być epizod jazdy samochodem i zatrzymania się obok oświęcimskiej rampy, w którym to miejscu bohaterka wpada w histerię, zaczyna płakać i gwałtownie wymiotować.

Książce brakuje wyrazistej pointy. Za taką nie można uznać urodzinowego tortu i deklaracji hucznego obchodzenia swojego święta. Dochodzenie narratorki do jakichkolwiek wniosków, dojrzewanie, odbywa się tak bardzo subtelnie, że właściwie niedostrzegalnie. Czemu służyć miały zatem prowadzone skrupulatnie zapiski? Być może autoterapii, tyle że nie wiadomo, czy pacjentka została wyleczona, nie zdefiniowano także jej choroby. Cóż więc pozostaje po przeczytaniu powieści Moniki Rakusy? Przede wszystkim niedosyt. Tytuł „39,9” z jednej strony odwołuje się do wieku, z drugiej może być interpretowany jako gorączka, stan podekscytowania inicjujący życiowe zmiany. W powieści wysokiej temperatury, niestety, jest mało. Za to w nadmiarze znajdziemy w „39,9” brak umiaru, jeśli chodzi o nawiązywanie do Holocaustu. Pisanie jednym tchem o śmierci Żydów i o dietach odchudzających stanowi wyraźny zgrzyt, drażni, denerwuje, zwłaszcza że niczemu tutaj akurat nie służy. Za Ingą Iwasiów chciałabym więc powtórzyć: „Chcę też wezwać do stosowania autocenzury zawsze tam, gdzie mamy ochotę pisać o Oświęcimiu, Umschlagplatzu, Zagładzie w zestawieniu z głupstwami. Nie dodaje to mocy tekstowi, a odbiera wiarę w autorkę/autora”.
Monika Rakusa: „39,9”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008 [seria: z miotłą].