ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Maciej Malicki,

BAJKI (3)

A A A
Muzyka

Rysio Teolog, kiedy się upije, traci mowę. W specyficzny sposób. Gubi spółgłoski i próbuje się porozumieć tylko przy pomocy samogłosek. Ciężko się z nim wtedy rozmawia. Ale, przyznaję, ma to swój urok. Bardzo lubię słuchać Rysia Teologa, kiedy jest pijany. Jego mowa staje się muzyką. Śpiewem wspartym szalenie bogatą gestykulacją. Pewnego wieczoru siedzieliśmy na wysokich stołkach przy barowej ladzie. Ja trzeźwy, Rysio Teolog bardzo pijany. Po kilku minutach Rysio Teolog pochylił się ku mnie, lewą rękę uniósł nad głowę, a prawą zaczął pukać rytmicznie w moje kolano.
– Iii... uu... aaaaaaa... eeee... iiiiiii... Joy Division – powiedział.



Jakaś frakcja?

Siedzimy z OB na ławce. Naprzeciwko Grand Hotelu w Sopocie. Noc sylwestrowa 2006 / 2007. Ławka pod wiatą – przystankowa. OB – bardzo zmęczona. Siedzi mi na udach, ręce zaplecione na moim karku. Głowa na ramieniu. Drzemie. Plecami do chodnika. Ja twarzą. Przechodzi grupa skinów z dziewczynami.
– Popatrz, facet siedzi na facecie – mówi jeden z nich.
– O przepraszam, to kobieta – protestuję.
– Stary, wybacz, mnie jest wszystko jedno. Nie jestem faszystą – przeprasza łysy.



Prosta historia

Siedzimy z Pają w Dziurze. Jak zwykle na kanapie. Paja, jak zwykle, gada. Bardzo lubię, kiedy Paja gada.
– Schodziliśmy z gór. Byliśmy mniej więcej na wysokości tysiąca metrów, kiedy rozpętała się potężna burza. Ciemno, wicher, wokół pioruny. Mojej koleżance oberwały wszystkie metalowe guziki z kurtki, a ja przeszłam na „ty” z jednym panem.
– I co? – pyta OB.
– Nic. Wróciliśmy do schroniska.



Teoria

Opowiada kolega.
– Miałem spotkanie w Częstochowie. Musiałem wieczorem wracać do Poznania. Ostatni pociąg był o dziesiątej z minutami. Dotarłem na dworzec lekko narąbany, ale o właściwej porze. Podchodzę do kasy i proszę o bilet. A pani mówi: „dzisiaj wyjątkowo ten pociąg nie jedzie”. Zamurowało mnie. Kompletna bezradność. Nie potrafiłem wykrztusić słowa. Usiadłem na ławce w poczekalni. I co widzą moje oczy lunety? Widzą siedem tysięcy uzbrojonych bezdomnych, których śledzi i pilnuje pięć tysięcy jeszcze bardziej uzbrojonych tajniaków. I wszyscy jak jeden śmierdzą. Wkurwiłem się w ułamku sekundy. No to postanowiłem panią z kasy opierdolić. Podchodzę do okienka i opierdalam. W trakcie opierdalania staje przy mnie staruszek. Słucha i z aprobatą kiwa siwą główką. „Trzeba opierdalać, dobrze, że są jeszcze tacy ludzie jak pan” – mówi. Odchodzimy od kasy. Siadamy na ławce. „Wie pan, przez kogo to wszystko?” – pyta w pewnej chwili mój nowy przyjaciel. „Chciałbym wiedzieć. Nie mam pojęcia”. „Przez Żydów” – odpowiada, zniżając głos do szeptu.



Kurort

Na sopockim deptaku mijaliśmy dwie starsze panie. Jedna z nich poprosiła, abym złożył składaną białą laseczkę. Udało mi się, a ona schowała ją do torebki.
– Dziękuję. Wie pan, nie chcę, żeby ludzie widzieli, że nie widzę – powiedziała.



Napis

Posiedział jeszcze kilka minut. Jeden spokojny papieros. W bramie zwrócił uwagę na napis: KULE NA MOLE. Na dworzec szedł piechotą. Kupił bilet w jednej z podziemnych kas, wyszedł na zewnątrz i usiadł na schodach z widokiem na pałac kultury, dworzec śródmieście, hotele, ścianę wschodnią. Pociąg pospieszny relacji Olsztyn - Racibórz [„Kormoran”], jak zwykle, odjeżdżał z toru przy peronie czwartym. Usiadł przy oknie pustego przedziału. Chyba w okolicach Żyrardowa przypomniał sobie napis z bramy na ulicy Koziej. Co znaczył? Skąd się wziął? Wyjął z torby notes i na pierwszej pustej stronie zapisał jego treść. Gapił się na trzy słowa przez dobre kilkanaście minut. Do Skierniewic. Raptem przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Prawie automatycznie i bezwiednie napisał dwa zdania. Pierwsze lepsze: OFICEROWIE SIEDZIELI NAD MAPAMI. CZEKALI AŻ OSTYGNIE KARTOFLANKA W POTĘŻNYM KOTLE. Zapalił papierosa. Za Koluszkami sięgnął po leżące na półeczce pod oknem notes i długopis. Dopisał do każdego wyrazu zawartego w obydwóch zdaniach dwa inne, kojarzące się. Na przykład: OFICEROWIE - BIURO / ROWER. I tak dalej, do końca. [„W” zostawił, „przyda się" - pomyślał]. Kiedy pociąg zatrzymał się w Piotrkowie Trybunalskim do pierwszych skojarzeń dodał jedno następne. Bliższe lub dalsze. Wszystko jedno. BIURO - KANCIAPA. ROWER - POWIETRZE. Za Radomskiem zaczął pisać zdania posługując się zarówno pierwszymi jak i drugimi skojarzeniami, nie dbając o ich kolejność. Skończył kilka kilometrów przed Częstochową. Odłożył notes. To, co powstało, przeczytał w Dąbrowie Górniczej. W KANCIAPIE ELI POWIETRZE ŚLEDZI KOTA. LI NA DUPIE, LE CZEKA. ALASZ OSTRYG. KARTOTEKA WYDZIELA WODĘ. WYGINA BOKI. Tuż przed Mikołowem wpadł na pomysł, że autor napisu z warszawskiej bramy mógł poruszać się takimi samymi tropami. „Może wyszedł na przykład od zdania: CHROMY W DZIURAWYM SWETRZE” - pomyślał, otwierając drzwi wagonu.