Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Aneta Ozorek, Małgorzata Łuczak,

BUSH: IT HAPPENS

A A A
O „Stuff happens” w Teatrze Śląskim im. St. Wyspiańskiego rozmawiają Małgorzata Łuczak i Aneta Ozorek.
Małgorzata Łuczak: Niełatwy mamy orzech do zgryzienia. Jesteśmy pokoleniem, które w politykę się nie angażuje, polityków nie lubi i najchętniej od Kaczyńskich, Giertychów, Bushów ucieka jak najdalej. Natomiast miałyśmy ostatnio okazję zobaczyć w Teatrze Śląskim spektakl stricte polityczny, który porusza wiele pojawiających się na pierwszych stronach gazet tematów.

Aneta Ozorek: Wielka polityka, demokracja, zderzenie cywilizacji, wojna w Iraku. Trzeba przyznać, że udało się reżyserowi poruszyć wiele kwestii, które do tej pory w polskim teatrze właściwie nie istniały.

M.Ł.: Odwaga autora w zakresie wyboru tematu to jedno, a inscenizacja to drugie. Autor wykorzystuje archiwalne materiały telewizyjne, materiały prasowe oraz polega na własnej intuicji. Na spotkaniu z twórcami wspomniał, że w opinii aktywnych mężów stanu rekonstrukcja spotkań i rozmów polityków jest bardzo prawdopodobna.

A.O.: A nie sądzisz, że bazuje na istniejących stereotypach poszczególnych postaci: Bush – idiota, Condoleezza – szara eminencja, Powell – dobry duch amerykańskiej polityki, Blair – idealista-naiwniak?

M.Ł.: Myślę, że wykorzystuje je bardzo twórczo, groteskowo wykrzywia przywary i zalety wszystkich bohaterów. Widzimy na scenie postaci, które zazwyczaj oglądamy w wiadomościach: głowy państw, ministrowie spraw zagranicznych, członkowie ONZ. Czułam się trochę jakbym oglądała szkolną akademię, na którą zaproszono czcigodnych gośćmi, albo realisty show na temat „Jak oni wywołują wojnę”.

A.O.: Skojarzenie z widowiskami telewizyjnymi jest o tyle ciekawe, że dotyka dla mnie jednego z najważniejszych problemów dramatu tj. dystansu. Jak pisze Zygmunt Bauman, współczesny człowiek bombardowany jest przez media informacjami o różnych ludzkich tragediach. Ich ilość jednak powoduje, że nie jest w stanie zareagować „po ludzku” na wszystkie z nich. Nie reaguje więc właściwie na żadną z nich, zostając ze świadomością, że nie tylko nic nie robi, ale i nie czuje potrzeby zareagowania. Tych katastrof jest tak wiele, że zmęczeni przełączamy kanał i zamiast obrazków z Iraku wybieramy „M jak miłość”.

M.Ł.: Albo na „Tam gdzie rosną poziomki”. Intelektualiści są tym bardziej odpowiedzialni za przyzwoite postępowanie. Są to sprawy nie do ogarnięcia dla wielu ludzi i tu tkwi dla mnie pomysł tej sztuki, żeby jednak uświadomić widzom bezsens interwencji amerykańskiej w Iraku. Pytanie tylko czy ta sztuka spełnia tę funkcję.

A.O.: Tekst dramatu jest dla mnie świetnym materiałem na film dokumentalny, zderzenie twarzy Busha i transparentów protestujących zawsze mnie porusza. Na scenie to wszystko ma dużo mniejszą siłę oddziaływania. Widzimy woskowe figury słynnych polityków prowadzących swoje brudne gierki.

M.Ł.: Politykow-celebritów dodajmy, w pięknych garniturach, elokwentnych w mowach przygotowanych przez najlepszych scenarzystów, w świetle reflektorów decydujących o życiu i śmierci milionów ludzi i chyba nie do końca zdających sobie z tego sprawę. Statystyczne liczby ofiar, uchodźców, rannych stają się jedynie danymi do wykorzystania w raporcie, by przeforsować tę czy inną linię działania.

A.O.: Muszę przyznać, że reydno traktować to przedstawienie, jedynie jako wydarzenie teatralne. Jest polityczne do szpiku kości.

M.Ł.: W świetnym artykule „Polityka – dokument – teatr” Jerzy Koenig pisze o wielkiej karierze jaką zrobiło słowo polityczny w latach 60. Chociaż, jak zauważa, zarówno Sofokles, Szekspir, Kochanowski, jak i Mickiewicz pisali głęboko politycznie. Próba – jak pisze – wyodrębnienia z rodziny cukrów, cukru słodkiego – jest więc chybiona. Rolą teatru od zarania dziejów było przecież mówienie o sprawach jak najbardziej aktualnych a tym samym często politycznych. Warto o tej manipulacji terminologicznej pamiętać. Jest znakiem czasu, że powstało szereg opracowań naukowych na ten temat.

A.O.: Należy do nich oczywiście „Stuff happens”. Epicki rozmach opowieści, ogromna ilość tekstu do opanowania…

M.Ł.: …i fakt, że aktorom uwięzionym w konkretnych słowach polityków, bardzo oschłych komunikatach, ograniczono możliwość ekspresji; to zaleta i wada sztuki. W trzygodzinnej dawce staje się to bardzo uciązliwe.

A.O.: Skrócenie dramatu i być może wystawienie go w nieco bardziej offowej formie mogłoby mu się przysłużyć.

M.Ł.: Co masz namyśli mówiąc o offowej formie?

A.O.: Brakowało mi tego, o czym mówił reżyser na spotkaniu. Widzów krzyczących w czasie przedstawienia słowa sprzeciwu lub aprobaty dla wygłaszanych opinii. Możliwości natychmiastowego skomentowania jakiejś wyjątkowej bredni amerykańskiego prezydenta.

M.Ł: Czyli form komunikacji pomiędzy widownią a aktorami, jakiejś prowokacji? Może takiej, jak na przedstawieniu Petera Handke, na którym publiczność była przez aktorów obrażana, zmuszana do reakcji, włącznie z opuszczeniem sali.

A.O.: Na przedstawieniu premierowym kilka osób w czasie przerwy wyszło z teatru. Teatralny przekaz na temat Iraku okazał się zbyt męczący. Nikt nie oczekiwał od widzów reakcji w dziedzinie działań humanitarnych. Tak jak po obejrzeniu relacji w telewizji wyszliśmy z – ugruntowanym już wcześniej – przeświadczeniem, że ta wojna nie ma sensu, ale osobiście nie będziemy się w to angażować

M.Ł.: Chyba, że ten koszmar, którego rozdział ujrzeliśmy na scenie, i który wciąż trwa dotknie nas osobiście. Nie wiemy, jakie będzie zakończenie tej strasznej bajki z samozwańczym prorokiem Bushem w roli głównej. Zastanówmy się jednak czy chcemy w niej odegrać rolę jednie statystów.
David Hare: „Stuff happens”. Reżyseria: Andrew S. Paul. Scenografia: Paweł Dobrzycki i Marcel Sławiński. Teatr Śląski im. St. Wyspiańskiego w Katowicach, Duża Scena. Prapremiera 23 lutego 2008.