ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Wiesław Kowalski,

DRAMAT PYTAŃ I ŻADZ

A A A
Niezwykle rzadko pojawiająca się na polskich scenach „Maria Stuart” Fryderyka Schillera jest bez wątpienia świadectwem tego, że polski teatr ma wciąż problem z romantyczną spuścizną literacką. W przypadku autora „Don Carlosa” trudność inscenizowania jego dramatów jest zwielokrotniona. Schiller konstruował swoje tragedie ściśle według kanonów klasycznych, ich struktura jest bardziej zamknięta niż otwarta, pozbawiona fluktuacji narracyjnych technik i pierwiastków egzystencjalnych. Poza tym dość anachroniczny wydaje się już dzisiaj system wartości pisarza, zdeterminowany idealistycznym światopoglądem, postulowany patos i prezentacja moralnego sprzeciwu przeciwko wszelkiej krzywdzie i cierpieniu. Z drugiej jednak strony, w wielkich dziełach Schillera wciąż pociąga inscenizatorów galeria pełnokrwistych i wyrazistych osobowości uwikłanych w dramatyczne okoliczności pulsujące od Szekspirowskich namiętności, postaci zmagających się z losem, historią i ze społecznymi normami. Dlatego Grzegorz Wiśniewski, przystępując do pracy nad „Marią Stuart” w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu, postanowił – i słusznie – odejść od przebrzmiałych i dość już odległych kryteriów estetycznych autora „Zbójców”. Pomógł mu w tym niewątpliwie nowy przekład Jacka St. Burasa, szalenie wyważony i klarowny, kastrujący całkowicie wszystko to, co kojarzyć się może z sentymentalizującym manieryzmem. Tłumaczenie na poziomie języka jest zbliżone do dzisiejszej wiarygodności. Sam Wiśniewski dokonał w tekście wielu cięć i skrótów, nie bał się skreślać tych elementów narracyjnych, które nie posuwały akcji dramatu do przodu. Jednak pomimo tych ingerencji, modyfikacji i transpozycji reżyser nie zapomniał o zachowaniu struktury utworu, którego zawiła akcja na toruńskiej scenie tłumaczy się nad wyraz prosto i jasno. O wyłażeniu inscenizacyjnych „szwów”, jakichkolwiek reżyserskich niedoróbkach, scenicznym nieładzie czy też o zacieraniu motywacji postaci w gęstej pajęczynie intryg nie ma tutaj mowy. W realizacji Wiśniewskiego „Maria Stuart” pozostaje nadal dramatem znaczących pytań, problemów, wielkich żądz i namiętności, które nie objawiają się tylko w sferze abstrakcyjnych rozważań.

W toruńskim spektaklu najważniejsza jest polityka. Na plan pierwszy wysuwa się postać królowej Anglii Elżbiety, zagranej bardzo dobrze przez Jolantę Teską. Psychologiczna dociekliwość powiodła aktorkę ku prawdzie. Prawdzie dotykającej kobiecej dumy, dobrego imienia a także życia osobistego. Wiśniewski nie mógł lepiej obsadzić tej roli. A trafna obsada aktorska to wszak połowa powodzenia spektaklu. Tym bardziej, że wszyscy sceniczni partnerzy Teski grają koncertowo, do tego z interpretacyjnym zamysłem. Michał Marek Ubysz jako baron Burleigh potrafi znakomicie przemienić „dobroduszność” w narzędzie gry z otoczeniem. Potrafi być tak samo powściągliwy i formalny, co bezwzględny w dążeniu do wydania wyroku śmierci. Tomasz Mycan w roli Mortimera aż kipi od młodzieńczych namiętności i pragnień, zachłannych, nierozważnych i zapalczywych. Wreszcie Sławomir Maciejewski jako hrabia Leicester, sugestywnie wibrujący dawkowanym natężeniem emocji, zdyscyplinowany, imponujący sprawnością warsztatową, czytelnie rysuje każdą intencję i motyw działania tchórzliwego ryzykanta zaprawionego w grach na dwóch frontach. Żaden z aktorów nie gra tutaj od sceny do sceny, każda nawet najmniejsza rola składa się w spójną całość. Najlepszym tego przykładem jest postać Davisona wykreowana jakże prostymi środkami przez młodziutkiego Grzegorza Wosia oraz Talbot w interpretacji Marka Milczarczyka – człowiek szlachetnych racji, ale pochodzących z innej epoki.

Niełatwe zadanie przypadło odtwórczyni tytułowej roli, Marii Kierzkowskiej. Reżyser tak rozłożył akcenty, że jej postać pozostaje jakby na drugim planie. Jest to wbrew scenicznej tradycji, albowiem rolę Marii Stuart powierzano najczęściej najwybitniejszym aktorkom (Helena Modrzejewska, Irena Eichlerówna, Zofia Mrozowska, Elżbieta Barszczewska) dla potwierdzenia ich aktorskiego kunsztu i zawładnięcia sercami widzów. Nie znaczy to wcale, że toruńska aktorka nie ma w tym przedstawieniu scen, w których jest poruszająca nie mniej niż jej sceniczni partnerzy. Już w pierwszym obrazie, kiedy półnaga, naprężona, nieruchoma niczym kolumna, stoi przed Pauletem (Jarosław Felczykowski), jest w niej dojmujący odcień jakże smutnej samotności, pomimo że aktorka ani przez chwilę nie stara się epatować sentymentalną uczuciowością. W najsłynniejszej scenie spotkania dwóch królowych Maria próbuje załagodzić spór, apelując do ludzkiej szlachetności. Jednak Elżbieta pozostaje niewzruszona, a jej ironizujące oskarżenia, choć pozbawione pierwiastka żywiołu, potęgują atmosferę i temperaturę tej szczególnej wymiany ciosów.

Konflikt królowych w spektaklu Wiśniewskiego nie jest konsekwencją indywidualnych rozstrzygnięć czy też charakterologicznych sprzeczności, ale przede wszystkim skutkiem politycznej sytuacji, która przesądza o ich wzajemnej relacji. Najważniejszy jest interes zbiorowości i obrona trwałości państwa. W konsekwencji obydwie kobiety stają się ofiarami politycznego systemu, który jest w stanie złamać każdą osobę, nawet tę stojącą u szczytu władzy, są też przez to szalenie poruszające i współczesne, uwikłane w mechanizmy władzy i strukturę gier bardzo dobrze nam znanych i rozpoznawalnych.

Przedstawienie Wiśniewskiego jest nie tylko odważne interpretacyjnie, ale jest w nim również klarowność, harmonia i ład niezwykle starannie obmyślonej formy. Nie ma w nim patosu, jedynie eksplorowanie tego, co historyczne we współczesności. A zatem okazuje się, że warto poszukiwać teraźniejszości w literaturze nawet tak odległej jak weimarska klasyka.
Fryderyk Schiller: „Maria Stuart”. Tłumaczenie: Jacek St. Buras. Reżyseria i scenografia: Grzegorz Wiśniewski. Kostiumy: Katarzyna Zawistowska. Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu. Premiera: 2 lutego 2008.