ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Magdalena Boczkowska,

DZIKIE DZIECI MIKOŁOWA

A A A
W swoim debiutanckim tomiku zatytułowanym „Te sprawy”, w wierszu dedykowanym Krzysztofowi Śliwce, Maciej Melecki zanotował: „Rozgrzani jak sprinterzy przed biegiem na / setkę zachowujemy stałą temperaturę swoich mięśni i / z napięciem przyglądamy się kolejnemu dniu. / Każdy na swój sposób”. Fragment ten dobrze obrazuje wyobraźnię poetycką zarówno samego Meleckiego, jak również nieco młodszego Krzysztofa Siwczyka.

1.
Maciej Melecki (ur. 1969) – przypomnijmy – jest jednym z założycieli grupy poetyckiej Na Dziko. Pierwszy tomik wydał w roku 1995, a kolejne jego książki poetyckie to: „Niebezpiecznie blisko” (1996), „Zimni ogrodnicy” (1999), „Przypadki i odmiany” (2001) oraz „Bermudzkie historie” (2005). W tym roku, nakładem olsztyńskiego wydawnictwa Portret, ma ukazać się wybór wierszy z lat 1995-2007, zatytułowany „Zawsze wszędzie indziej”.

Najważniejszą kategorią poetyki autora „Tych spraw” jest bez wątpienia codzienność, obserwacja świata i zapisywanie drobnych, pozornie nic nie znaczących szczegółów, które złożone razem okazują się barwnym i różnorodnym obrazem rzeczywistości. Meleckiego interesują przy tym peryferie – to, co zwyczajne, pospolite, by nie powiedzieć, że czasem odpychające. Marian Kisiel zauważył:

„Melecki uświęca powszechną pospolitość. Niemal jak u Białoszewskiego – jest ona w jego poezji znakiem wartości kanonicznych. Ośrodkiem życia, źródłem prawdy o człowieku. Na peryferiach, we wstydliwie pomijanych aktach życia (...) odkrywa te sprawy, czyli coś, o czym się wie, do czego się dąży, co jest znane uczestnikom rozmowy (poecie i czytelnikowi), lecz o czym na ogół się nie mówi. Odwrócona zostaje perspektywa: zwykle pogardzane peryferie są teraz centrum naszej egzystencji, pospolitość naszym stanem powszechnym” (M. Kisiel: „Poeta powszechnej pospolitości”. W: Tenże: „Świadectwa, znaki. Glosy o poezji najnowszej”. Katowice 1998, s. 187).

Przestrzenią liryczną tych wierszy często jest miasto, a bohaterem mieszkaniec owego miasta, skazany na atrofię woli, życie w impasie, swoistym zawieszeniu. Każdy dzień wygląda tak samo, wszędzie czyha nuda, jak dzieje się to na przykład w utworze zatytułowanym „Przeżycie”:

„Dom umarł na wylew żółci. Pękły
naczynia, popuściły nerwy. Serca wybiły się.
Ogólne przekarmienie. Uduszenie własnymi
wymiocinami. Umarli, ale jeszcze chodzą.
Siadają i rozmawiają. Oddychają tym samym
powietrzem, co wczoraj. Ukrywając się
w pokojach i w kuchni. Odkręcają wodę
i zapalają gazowe kuchenki. Mieszają zaparzoną
kawę. Przynoszą jedzenie i gazety (...)”

Janusz Drzewucki napisał o tym świecie, że nic się w nim nie dzieje i nic się już nie stanie (J. Drzewucki: „Melecki: codzienność”. „Twórczość” 1998, nr 2). Owe zawieszenie bohatera w pustce codzienności wiąże się również z trudnościami w porozumiewaniu z innymi ludźmi. Wszystkie informacje napływające z zewnątrz, stają się tylko i wyłącznie komunikacyjnym szumem. Poddanie się mu jest równoznaczne z zanurzeniem się w chaosie, z którego nie można się będzie wydostać, gdyż człowiek zostaje przygwożdżony i pojmany ostatecznie i nieodwołalnie, jak czytamy w wierszu „Spóźniony rewanż”. Pozostaje tylko samotna wędrówka przez miasto, jego oswajanie. Jak zauważył Paweł Lekszycki, Melecki „zakreślając swój obszar, niejako kreśli mapę topograficzną, nanosi nowe szczegóły w doskonale poznanym labiryncie uliczek, skwerów i sklepów” (P. Lekszycki: „Grupa Na Dziko. Socjologia i poetyka zjawiska”. Katowice 2001, s. 61).

Krytycy często pisali o poezji autora „Bermudzkich historii” w kontekście nurtu zwanego banalizmem. Pojęcie owo stworzył Paweł Dunin-Wąsowicz na łamach „Frondy” w roku 1995. Chodziło wówczas o polskie tłumaczenie tekstu Michaela Fleischera „Overground”. Od tego czasu pojęcie stale się rozwijało, mieszcząc w sobie wszystko to, czego nie umiano nazwać w inny sposób. Do worka z banalizmem tak zwaną śląską szkołę poezji życia (do której zaliczano grupę Na Dziko, a które to określenie stworzył Karol Maliszewski) wrzucił Jarosław Klejnocki. Wyróżnił on trzy odmiany pojęcia, za najambitniejszy uznając właśnie ów śląski banalizm elegijny. Chodziło mu głównie o „proste momenty bytowania (...) poezję, która próbuje na nowo odbudować wiarygodność literatury przez rozpoczynanie od opisów najprostszych życiowych i duchowych sytuacji” (J. Klejnocki: „Ach jak wielki ten palec”. „Polityka” 1996, nr 39, s. 54). Wiersze Meleckiego byłyby więc uchwyceniem prostych momentów egzystencji, swoistą anihilacją chwili. Tyle tylko, że bohater w tych momentach nie ingeruje w rzeczywistość. Nie stara się nic zmieniać, na nic nie ma wpływu, bo – paradoksalnie – właśnie w takich „banalnych” sytuacjach i zawsze tych samych miejscach, czuje się bezpieczny. Gdy coś (lub ktoś) zacznie ingerować w otaczający porządek rzeczy, narasta poczucie zagrożenia i swoistego zakłócenia sensu. W nowej sytuacji trudno się odnaleźć, a próby powrotu do starego porządku z góry skazane są na niepowodzenie:

„Weszła i zrobiła porządek. Teraz nie mogę
się w nim połapać. Poprzestawiane meble.
Poprzekładane książki, gazety. Pochowane
gdzie indziej ubrania. Otworzyłem
najszerzej okno, przechyliłem się w noc.
Zaczęła się już krzątać w sąsiednim
pokoju. Jej prasujący coś cień przykleił się
do ściany balkonu. Wyciągnąłem głowę z
tej ciszy, wróciłem w jasność żarówek.
Zacząłem przywracać stare miejsca,
odszukiwać stare ślady. Lecz raz zmienione,
nigdy się nie znajdą. Ramy
zostały wypaczone”

Warto wspomnieć jeszcze o samej poetyce Meleckiego, o tkance językowej jego wierszy. Jest to poezja narracyjna, często niemal reportażowa czy sprawozdawcza – luźne frazy, liczne przerzutnie, epickie opisy i potoczne słownictwo. Język jest beznamiętny, pozbawiony emocji, dzięki czemu utwory pozbawione są jakiegokolwiek wartościowania, poeta rozbija utarte sformułowania czy frazeologizmy. Opis świata jest obiektywny i wieloznaczny, nie ma w nim nic pewnego, są za to liczne pytania i wątpliwości. Jak zauważył Karol Maliszewski:

„Misja kontra poznanie. Wiara przeciw wegetacji. Pasja zmagająca się z normą. Tak rodzi się gorycz. Inteligentna, męska gorycz wybuchająca kontrolowanym przekleństwem, celnym szyderstwem. Świat w stanie permanentnego niedowierzania, wahający się na szalach przypuszczeń, podejrzeń, przeczuć, pytań. Rozchybotany i niepewny. Nie znajdziemy obecnie drugiej poezji tak podległej znakom zapytania, generalnie opartej na pytajnej konstrukcji składniowej. Totalność pytania wciskającego się wszędzie nie jako ozdobnik, lecz raczej sceptyczna pierwsza zasada” (K. Maliszewski: „Mieszka w Mikołowie”. W: Tenże: „Rozproszone głosy. Notatki krytyka” Warszawa 2006, s. 186).

2.
Drugi z poetów wspomnianych na początku, Krzysztof Siwczyk (ur. 1977), w chwili wydania debiutanckiego tomiku „Dzikie dzieci” w roku 1995, został okrzyknięty cudownym dzieckiem poezji śląskiej. Kolejne tomiki Siwczyka – „Emil i my” (1999), „Dane dni” (2001), „Wiersze dla palących” (2001), „Zdania z treścią” (2003), „W państwie środka” (2005) – ugruntowały jego miejsce na lirycznej mapie, choć z późniejszymi utworami krytyka miała niemały problem i odnosiła się do nich już raczej chłodno. W roku 2006, nakładem Biura Literackiego, ukazały się natomiast wiersze zebrane, zatytułowane „List otwarty”.

Tomik „Dzikie dzieci” krytycy od razu nazwali książką genialną. Oto narodziła się nowa gwiazda śląskiej poezji. Młodego poetę chwalono przede wszystkim za obrazowość, sugestywność, detaliczność opisów. Joanna Orska napisała nawet, że „Siwczykowi udało się w pierwszej książce dokonać rzeczy bardzo trudnej – dopracować się własnego, rozpoznawalnego języka” (J. Orska: „Dlaczego raczej to niż tamto”. „Nowe Książki” 1999, nr 8, s. 41). Była to poezja inicjacyjna, ilustrująca wchodzenie w dorosłość (by wspomnieć tylko o tytułach niektórych wierszy, obrazujących upływ czasu). Bohater tej poezji jest wyalienowany, samotny, niezrozumiały, żyje w rzeczywistości, będącej „depersonifikującym kamiennym światem” (P. Majerski: Wstęp. W: „W swoją stronę. Antologia młodej poezji Śląska i Zagłębia”. Wybór, oprac. i wstęp: Tenże. Katowice 2000, s. 14). Mamy tu do czynienia z wszystkim elementami, występującymi w okresie dorastania – „miłość, erotyzm, poczucie przynależności do otaczającego świata, a zarazem narastająca wobec niego obojętność, niewiarę i pragnienie wiary, rodziców jako jednocześnie bliskich i obcych, przypadek jako źródło ważnych życiowych rozwiązań” (P. Śliwiński: „Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce”. Warszawa 2007, s. 291).
Kolejne tomiki Siwczyka nazwano jednak niezrozumiałymi i hermetycznymi. Na szczęście pojawiły się również głosy aprobatywne. Śliwiński konstatował: „głośny start potrafił się przekształcić w systematycznie i poważnie uprawianą sztukę” (P. Śliwiński: „Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce”. Warszawa 2007, s. 294), a Maliszewski natomiast uważał, że Siwczyk „zaczął ewoluować w zaskakująco własnym kierunku, zaczął tworzyć coś bardzo osobnego, jakby marginalnego i outsiderskiego. Tego właściwie po tak dużym talencie należało się spodziewać” (K. Maliszewski: „Dobry odbiór, zły odbiór”. W: Tenże: „Rozproszone głosy. Notatki krytyka” Warszawa 2006, s. 245-246).

Bez wątpienia jednakże prawdą jest, iż gliwicki poeta wypracował własną dykcję poetycką i że w kręgu jego zainteresowań leżą przede wszystkim dwie kwestie: czas i język.

„Lato Popołudniowy deszcz jak igiełki do akupunktury
Delikatnie nakłuwał suchą skórę asfaltu
Jechałem rowerem bez błotników rozrzucając
sobie po plecach czarne piegi błota
Poślizg na piętach rozbitych butelek
leżących wzdłuż krawężnika i kość obojczyka
wymknęła się spod kontroli zdezorientowanego mięsa
jak smyczek z rąk stremowanego wiolonczelisty (...)
Aż do ściągnięcia gipsu nie brakowało miłości
Dzisiaj marzę o jakimś otwartym złamaniu”

Siwczyk demaskuje pozorny ład świata, tropi różnego rodzaju językowe gry, uniemożliwiające komunikowanie. Jego wizja rzeczywistości opiera się przy tym na licznych kontrastach, wszędzie można doszukać się podwójnego sensu, zderza ze sobą dwa obrazy, przeciwieństwa. Kisiel udowadnia tę metodę na podstawie wiersza „Rysunek palcem”, który warto przytoczyć w całości:

„Na stole między kluczem a kostką maggi
namalowała cukrem pudrem
Boga tylko dla siebie
Wszedłem do kuchni Ona cicho
zdmuchnęła Boga ze stołu
na wypastowane linoleum
a palce dała mi do oblizania
Moje oczy zamknęły się natychmiast
jak centralny zamek i w ustach poczułem
Jego ciało i smak”

Następnie autor „Przypisów do współczesności” dochodzi do wniosku, iż:
„kontrastowość staje się wyróżnikiem poetyckości oraz kondensacji znaczeń (...) Gdyby pozbawić go owych kontrastów – utraciłby swoją liryczność, zbliżyłby się do wariantu poezji epickiej, a – jak się wydaje – nie o to poecie chodziło. Mimo całej realistyczności opisywanych sytuacji, mimo oddawania tkanki życia w jego rudymentarnych aspektach, właśnie liryczność jest znakiem uwznioślenia zdarzeń z pamięci. W formule stricte epickiej stałyby się one czymś na kształt zapisu pamiętnikarskiego, nie pozbawionego też naiwności” (M. Kisiel: „Kamienny świat”. W: Tenże: „Świadectwa, znaki. Glosy o poezji najnowszej”. Katowice 1998, s. 202).

Czasami sięga Siwczyk po krótkie, niemal aforystyczne frazy, na przykład:
„Jak na ludzi przystało, zapominamy
na śmierć, że życie szybko puszcza się
w niepamięć”
albo:
„Jeśli coś się dzieje, to właśnie to.
Świat zniknie do jutra. Prze,
żyty przez martwe natury”

Ogląd rzeczywistości został tu zredukowany do minimum. Nie ma miejsca na niepotrzebne emocje czy uczucia, które manipulowałyby obrazem świata, pozbawiając go obiektywizmu. Nie ma też wiary w sens międzyludzkiego komunikowania:
„Słowo się rzekło i oto mamy, co mamy.
Pozostajemy w kontakcie, jesteśmy w relacjach,
dbamy o wzajemne stosunki, po czym
kto może załatwia się sam, póki się nadaje”

Jest Siwczyk poetą osobnym i niezwykle oryginalnym i stąd zapewne biorą się wszystkie nieporozumienia wokół jego poezji. Warto jednakże przyznać rację Maliszewskiemu, gdy zauważył, iż ów „odstraszający” niektórych hermetyzm jest tylko „kompromitowaniem języka od środka”. Poeta „próbuje nim powiedzieć coś, do czego ten skłania się z trudem” (K. Maliszewski: „Dobry odbiór, zły odbiór”. W: Tenże: „Rozproszone głosy. Notatki krytyka” Warszawa 2006, s. 248).

3.
Poezja Macieja Meleckiego i Krzysztofa Siwczyka na trwałe weszła już do kanonu poetyckich dokonań po roku 1989. Zawiera wszystkie te cechy, które niegdyś wymienił Majerski, charakteryzując „dzikość w sercu Śląska”. Cechy te to zatem: strukturyzacja narracyjna, żywioł potoczności, gra frazeologizmami, odwrót od abstrakcji, egocentryzm oraz dystans wobec opisywanego przedmiotu (P. Majerski: „Dzikość w sercu poetyckiego Śląska”. „Śląsk” 1997, nr 5, s. 16-17).

„Getto śląskie”, „śląska szkoła poezji życia”, „epigoni bruLionowego o’haryzmu”, „Śląska Nowa Fala”, „Nowy Śląsk”, czy w końcu owi „banaliści elegijni” – takie etykietki pojawiły się w prasie literackiej, kiedy na scenę poetycką wkroczyła nowa grupa, założona przez czwórkę poetów ze Śląska, do której to czwórki należał właśnie Melecki, a z czasem dołączył do nich i między innymi Siwczyk. Z ową śląską szkołą poezji życia problemy były już w chwili powstania pojęcia. Marian Stala, jeden z najlepszych krytyków poezji w Polsce, twierdził, że termin ów „umarł zanim dokładnie go zdefiniowano i stał się przezwiskiem” („Czy coś się zaczyna?” Z Marianem Stalą o zjawisku najmłodszej polskiej poezji rozmawia Piotr Marecki. W: „Tekstylia. O rocznikach siedemdziesiątych”. Red P. Marecki, I. Stokfiszewski i M. Witkowski. Kraków 2003, s. 514). W podobnym tonie wypowiadali się nawet zresztą i sami poeci, którzy – jak wiadomo – nie lubią być szufladkowani pod żadnymi etykietkami. Z czasem wykazali się więc tym, co najbardziej cenione – indywidualizmem i poetyckim talentem, aż w końcu sam Maliszewski musiał przyznać: „śląska szkoła poezji życia przestała dla mnie istnieć, stoją przede mną Poszczególni ze Śląska” (K. Maliszewski: „Śląscy Dzicy”. „Czas Kultury” 1996, nr 5-6, s. 45). Poetyka zarówno Meleckiego, jak i Siwczyka jest zatem niezwykle oryginalna i rozpoznawalna, a obaj twórcy znaleźli swoje miejsce na poetyckim Parnasie nie tylko Górnego Śląska, ale i całego kraju.