Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Maciej Melecki,

WIERSZE

A A A
Kolejny czas

I tam dalej bywało się coraz rzadziej, jakby w poprzek, w urwanym
Nagle miejscu, na początku drogi, którą ktoś wskazał,
W opatrzonym spojrzeniem kierunku, by zapomnieć o
Powrocie, by nie pamiętać o reszcie zostawionej na własny,
Płaski użytek, i dalej chodziło się jak przez zaminowane
Pole w lekkim przekrzywieniu, wychodząc od czegoś błahego, do
Nieistotnego wracając. Wtedy nie było teraz. Teraz mieści się w

Podwórku zżeranym przez liszaj, zapadłym w przechyleniu
Obłupanych ścian, z jednym wyjściem na otwartą wklęsłość, gdzie
Wzbiera mrowie cieni, oblepionych potem i słonym pragnieniem
Prowadzonych w kloszu kroku. Tak o każdej porze
Wszystko się przenosi, nie rozpoznaje swojego gniazda, domu czy
Dachu, płynnie się blokuje i we wnykach pozostaje. Na uwięzi
Każdy jest osobnym latawcem, bez linki tylko latawcem
Spadającym. I mieliśmy tego w bród. I mamy tego
W bród. Prawo serii było tak samo ślepe, jak kulawym jest
Każdy gest koniecznej poprawy swojego żłoba, prawo bez

Serii zwrotów i serie bez prawa zwrotu. Ta wnęka jest
Jak ściek. Tylko pionowa ucieczka. Tylko poziome pozostanie.
Marginesy dnia przesuwane są na kraniec. I rozszerza się
Tedy deklaracja czy aport. Gumowa piłka rzucona komuś
Jak kość. Uciekające widmo stanu łaski, stanu skupienia,
Przynależności czy spokoju, dogania samo siebie i dookoła
Mamy upragniony porządek, spoczynek rzeczy, konkretną
Całość zatrzymanych ułud. I potem bańka tej lawy pryska,
I dajemy sobie kolejny czas, dajemy innym chwile na jeszcze
Jedną rundę, ażeby mogli swoje imadła niepozornie porzucić.

W uskoku jawy jeszcze raz odnaleźć źdźbła swojej roli, swojego
Wiecznego podmienienia, wykrztusić chrząstkę narzuconego
Świata, i z powrotem wrócić do piwnicznych okienek, przez
Które najdrobniejsza postać będzie od nich większa. Ten
Przedział mieści i też poświaty innych ujęć, innych widzeń, prześwity
Nowych wykolejeń. Jest tak samo pusty, jak ten, w którym teraz
Wracasz, po obu stronach mając szorstki blok mroku, jakieś tlące się życie
W głuszy. Nie jedziesz i nie zostajesz w miejscu. Strzępy zamiast zawrotu.



Opuszczone strony

W cichym jazgocie niepewnych nawoływań
Najbliższe miejsca ulegają wypatrzeniu i znikają przed tobą,
Jakbyś już kiedyś w nich żył, lecz w pewien sposób nie miał
Ich na uwadze, i teraz już jesteś na pewno obok garażu,
Chodnika czy bramy parku, bo przechodzisz mimowolnie
W stan wzmożonej płynności, wyciekając komuś pianą z pyska.

Szczerość jak jutrzenka pleni się za plecami nieba,
Będąc już bardziej rzeczą, i niczym wyszczerbiona cegła w murze,
Podawana jest z rąk do rąk, i goni każdego, kto do niej przywarł,
Aby wreszcie zaczął iskać swoją czeluść w tym piżmowym
Rozproszeniu, któremu tak podlega,
Siadając na jego skrzydle obranego kierunku, by w zanurzeniu
Spoglądać na wszystko skośnie i niepewnie. A wtedy,
No tak, aż po wygięty w czubek horyzont zawiało osobami
Bez myśli o końcu, i każdemu, kto wirował w tunelach
Swojego odejścia jak żeliwny opiłek, przychodziło nagle
Zastąpić siebie gotowymi formułkami, bo uchodził z niego

Ostatni gwizd chwilowego szczęścia, w okamgnieniu wybitej
Poza przyziemną orbitę gwiazdy nie dającego się znaleźć
Celu, owej kropki tej przygodnej poniewierki między rupieciami
Strachu i śmiechu. W siennik snu zapada teraz koniec nietutejszej
Drogi. Parująca z morskiej wody sól kamienieje niczym szept
W uchu przyłożonym do podłogi. Martwa sekunda wychodzi
Ci naprzeciw, i, dzięki temu, nie pomijasz nikogo, kto
Zawziął się, żeby tę strunę czasu przeciągnąć poza jego gryf.
Ten kto ma przyjść i tak przyjdzie. W loteryjce
Zasnutej gazą milczenia rozmowy przy stoliku, w kącie pękatej
Sali, zabraknie tylko cienia i ta obręcz potoczy się jeszcze
Długo, nim znajdzie się na każdym, gdy pokład jego ciała
Zostanie przekazany w chciwe zaświaty ósmego dnia stworzenia.

Żyliśmy więc w czasach żałośnie niemrawych, szybko
Prężących swój lichy tors, patrzących oczami studni, aż po
Ostatni szczebel drabiniastej drogi, czasach gromkich
Od biegania wokół swej przetrąconej osi. Nie dobrani w tym
Małonośnym rozmiarze, utknęliśmy jak wskazówka na
Wytartym cyferblacie, bez wyraźnego przechodzenia przodu w tył,
Będąc wciąż zapowiedzią dla tego, w czym przyjdzie się
Ostatecznie nurzać, ogarkiem dla chochlika zostawiającego
Nam niewidzialny, bezwonny ślad. Zjedz tedy śledzia w
Ostatki, i może jeszcze raz, zanim będzie trzeba po raz
Ostatni, bo potem rozwidlony koniec, i zejdź do środka
Przez niedostępny dla klatki światła korytarz, jakby miało to być już.



Zimowa postać pominietych rzeczy

I pewnie, jak doznanie czegoś miłego, można by było
Opowiedzieć to na sto różnych sposobów, bo każdy z nich
Przemyciłby ważną dla ustalenia porządku garstkę nowych
Powodów, lecz żyjemy w omyłce losów, żyjemy pod
Tym chromym niebem naszych wyborów. I pewnie mogłoby to

Mnie nieco mniej kosztować na innej wyspie, w innym mieście, z większą
Ilością bratnich dusz w probówce tego samego czasu, ale pozostało się
W tej zaspie ścian i uliczek, w tej jamie odpornej na wszelkie
Wieści, kiedy w południe zaczyna się odliczanie końca
Dniówki spędzanej wśród coraz bardziej zamotanych w awaryjny
System coraz bardziej nieprzechodniego żywota. Tak więc
Jestem tym ostrzegawczym punktem, masą krytyczną,
Przekroczoną nieraz we śnie, z dala od ciebie, na wpół żywy od
Dusznego oddychania zwiniętą w kłębek przestrzenią,
Nie dającą się już podzielić na dalszą czy bliską. Są tedy gdzieś

Indziej barwne korytarze prowadzące do światów niemniej zwalistych,
Są dostępne jak szarówka w zachlapanym topniejącym śniegiem
Oknie, przez które nie sposób usłyszeć ruchów kasłających
Odbitym światłem planet, co skraca już chyba
Ostatecznie dystans do krążących połówek zastygłych ciał.
Nie mogłem mieć nikomu za złe, że pozostawił po sobie
Szary szlaczek zawieszonych gestów, w poświatach nie iskrzących
Źródłami podniecających ich zmian, w gipsowej szynie
Tego, co zastawało ich za każdym razem, w odprysku bursztynowego
Wspomnienia, gdy maleli po kolejnym toaście jak w przeręblu,
Mieszcząc się w tym kadrze tylko do połowy. Nie pomrzemy więc
Chyba z wrażenia, w to jaśniejące śnieżnym stokiem
Południe, wyparci śmiechem zjeżdżających na sankach
Dzieci, bo jeśli coś odczepi słowo od języka, od razu stanie się
Pamiątkową rzeczą i odpowiednio jej nie odda. Nic tu

Po mnie, przynajmniej do czasu, kiedy nie przybędziesz raz
Jeszcze, w tym popękanym obrocie coraz bardziej zamaszystych
Kół, w tym okrążeniu danego wyjścia przed siebie,
Stanowiącym właściwy dla siebie skrót. Zrób z tego pomieszania
Jakiś użytek. Poczuj chociaż łzę oddalenia. I sypiąc popiół
Przez sito, przesypuj dalej piasek przez palce, zostań bez
Prawa powrotu, z nową sumą wynajętych kątów, gdy już nie
Przychodzi ruszać po runa, tam, na werandzie, z której widać
Obtłuczone płaskorzeźby peronów, leśne załomy, punkciki
Zabrane chwilom szczęścia i pochylonych w zaniku ludzi,
Tak garnących się do tych prostych przyjemności płynących z bycia
Zauważalnym, dzięki czemu pozostaniesz wciąż nie uwitym.