Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Ewa Szkudlarek,

SZKLANE DZIEDZICTWO

A A A
Scena Trzecia poznańskiego teatru Nowego to miejsce szczególne. Po raz kolejny stała się miejscem prezentacji doborowego aktorstwa i sztuki prowadzenia wiwisekcji różnych postaci. „Rutherford i Syn” jest sztuką o rodzinnej więzi, która zamiast zbliżać i łączyć poszczególnych członków, zaczyna oddalać i rozdzielać ich od siebie. Trudno zdiagnozować, kto jest temu winien, bowiem każdy ma swoje absolutne racje i określone cele, ale w życiu codziennym, podczas spotkań przy rodzinnym stole, wszystko to plącze się i gmatwa, staje się źródłem wielu nierozwiązanych konfliktów, przypadkowych oskarżeń, wreszcie prowadzi do emocjonalnych zranień i psychicznych okaleczeń.

Scena pierwsza pokazuje nam zbiorową, rodzinną fotografię. Pamiątkowe zdjęcie kobiet bez uśmiechu, przegranych mężczyzn o zachmurzonych czołach. Zastygają w swoich rodzinnych i społecznych rolach, życiowych pozach. Ich uczucia zszarzały w mętnej codzienności, a marzenia stały się zanikającym cieniem na ścianie domu. Dzięki ascetycznej scenografii spektakl w kolejnych odsłonach ukazuje powszechne uczucie samotności, tęsknotę za miłością, zawodową porażkę i społeczne niezadowolenie.

Rutherford - przedsiębiorca i ojciec tylko pozornie odniósł sukces. Z pełnym poświeceniem i oddaniem budował hutę i tworzył rodzinę, ale te dwa projekty życiowe prowadzą go do przegranej i klęski. Niezadowolenie prowadzi do buntu, pracownicy huty planują strajk, a dzieci demonstracyjnie porzucają rodzinny dom. Jednak Rutherford – w tej roli Mariusz Puchalski – przyjmuje kryzysowe sytuacje z dużą pokorą, z przekonaniem, że nic nie uczy tak jak życie. A może kiedyś był jak jego synowie marzycielem i idealistą? Albo jako skromny pracownik dążył, by usiąść na dyrektorskim fotelu? Nie pogrąża się w rozpaczy, trwa na swoim stanowisku, mimo odrzucenia i zdrady. W scenie finałowej Rutherford wpatruje się w przestrzeń, jakby chciał kogoś lub coś odnaleźć pośród pustych krzeseł. Świat jest dziedzictwem i zadaniem. Widniejące w oknach kraty symbolizują nie tylko stan „uwięzienia” rodziny, bowiem sam ojciec – Rutherford jest zamknięty w celi własnego świata. Człowiek zamknięty w danej sobie teraźniejszości – jest nikim. Boryka się tylko z wewnętrznymi słabościami tej rzeczywistości, ulega jej, przegrywa, dlatego w swoim działaniu jest chaotyczny i targają nim różne sprzeczne pragnienia i dotkliwe uczucia.

Maria Paschalska w artykule „Więzi międzyludzkie” zauważa, iż „Nie możemy polegać tylko na naszej wewnętrznej wiedzy o sobie i na własnej ocenie, musimy nieustannie wymieniać się – tym, co wiemy, co myślimy, co czujemy – ze światem zewnętrznym. Stamtąd nadchodzą sygnały, korekty, weryfikacje. Poza tą wymianą, poza tą nieustającą rotacją – tego, co wewnętrzne, z tym, co zewnętrze i na odwrót – rozpoczyna się już izolacja, samotność (...)”. Dla Rutherforda odbiciem jego wewnętrznego stanu jest najbliższe otoczenie. Złożona i starannie dopracowana rola Mariusza Puchalskiego objawia się w dialogach między nim a poszczególnymi postaciami sztuki. Szczególnie jego rozmowy z dziećmi i zarządcą huty odsłaniają bezradność ojca i przedsiębiorcy, który za wszelką cenę usiłuje zbudować portret twardego mężczyzny, surowego moralizatora, bezwzględnego pracodawcy i niewzruszonego dyktatora. Ta postać odbija się w oczach innych, w drobnych gestach, czy też agresywnej wręcz wymianie poglądów.

W domu właściciela huty szkła domownicy scaleni na rodzinnej fotografii czy zebrani przy zastawionym stole odwracają twarze i w pośpiechu udają się do swoich zajęć. Stary John Rutherford zarządza przedsiębiorstwem, córka Janet i ciotka Ann nerwowo krzątają się po domu, John Junior gra na trąbce, jego żona Mary tuli dziecko, a Richard, drugi syn Rutherforda pogrążony w melancholii zasypia. Wszyscy przechodzą bezszelestnie obok siebie, mijają się obojętnie, czasem w przelocie wypowiedzą kilka kwestii. Każdy z nich ma bowiem tajemnice, które ukrywa przed światem, a szczera rozmowa mogłaby je odsłonić. Nie każda rozmowa jest jednak dialogiem – wymaga on przecież umiejętności rozmawiania ze sobą w każdej sytuacji, przyjaźni i miłości. To złożony systemem zachowań werbalnych i niewerbalnych, które prowadzą do spotkania osób ze sobą. Oczywiście istota takiego spotkania leży we wzajemnej akceptacji i zaufaniu. W domu Rutherforda rozmowy podszyte są kłamstwami (rozmowy z Janet), lękiem (słowa Mary), dyskusje okraszone pretensjami, wymówkami i oskarżeniami (ostre wypowiedzi Johna Juniora), wreszcie zamiast odpowiedzi pojawiają się nieszczere przytaknięcia (raporty Martina) lub zaprzeczenia (kwestie Richarda).

Sytuację życiową tytułowego bohatera można określić jako graniczną, otóż jest w takim wieku, gdy dokonuje się bilansu własnych sukcesów i porażek. Jego konflikt z synem-następcą jest spowodowany nawarstwianiem się problemów, wynikającym z dezintegracji domu jako sfery wartości. Przyczyną zaś owej dezintegracji było to, iż w domu zaradnego, pracowitego i dość surowego przedsiębiorcy nigdy nie doszło do prawdziwego spotkania domowników, mimo że mieszkali w nim ludzie bardzo sobie bliscy.

Szczególnie relacja między ojcem a córką Janet pełna jest dwuznaczności, prowadzi wręcz do schizofreniczności jej zachowań. Dzięki grze Antoniny Choroszy widzimy na scenie dwie kobiety w jednej osobie. Jedna to poddana ojcu córka, która zdejmuje buty z jego zmęczonych nóg, druga zaś to zbuntowana kobieta, domagająca się prawa do zmiany własnego życia. Właśnie budzące się w niej uczucie sprawia, że ta niemłoda dziewczyna w wytartej nieco sukience podlega wielu metamorfozom. Przejmująca rola niespełnionej w życiu córki i urzekająca zarazem gra kobiety ogarniętej skrywaną namiętnością do pokornego i oddanego bezgranicznie ojcu Martina - zarządcy huty.

Dotychczas była gotowa do poświęceń tylko dla ojca, ale gdy coraz bardziej zaczyna angażować się w związek, zniesie nawet szereg upokorzeń. Aktorka buduje swoją postać konsekwentnie i odważnie. Janet dysponuje wiedzą psychologiczną i wyraźnie określa relacje z Martinem, próbuje wyznaczyć wspólne cele i jasno spogląda w przyszłość. Staje się kobietą coraz bardziej świadomą swoich potrzeb emocjonalnych i tych dyktowanych przez ciało. Ich związek jednak rozwijał się, dopóki był ukrywany przed ojcem i lokalną społecznością. Martin w kreacji stworzonej przez Mariusza Wojciechowskiego ma w sobie coś z zawsze obecnego lokaja, wiernego sługi, gotowego przybyć na każde skinienie. Odrzuca miłość Janet na rzecz lojalność wobec jej ojca. Ale nie jest to łatwe, ciągle walczy z uczuciem, zaprzecza i rani ukochaną. Upokarza ją, żąda, by sama odeszła z domu. Zimny i chwilami brutalny, raz się usprawiedliwia, a innym razem dramatyzuje. Janet ma jednak w sobie siłę i odwagę. Zostawia tych, od których była uzależniona. Z tego porozumienia – nieporozumienia, które zostało wzbogacone wewnętrzną walką – może korzystać znacznie dłużej, głębiej, wszechstronnie niż w chwilowych, powierzchownych, płytkich relacjach, spotkaniach i zbliżeniach.

Zatem komu Stary Rutherforda powierzy swoje przedsiębiorstwo, owo szklane dziedzictwo? Może Martinowi, którego miarowy krok odbija się echem o ściany pustego domu. Utrwalony na fotografii zbiorowy portret rodziny uległ rozbiciu niczym szkło, którego kawałki posypały się w różne strony świata.
Katherine Githy Sowerby: „Rutherford i Syn”. Reżyseria: Mariusz Wojciechowski. Scenografia i kostiumy: Jagna Janicka. Opracowanie muzyczne: Józef Opalski. Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu. Premiera: 19 stycznia 2007.