Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Monika Ruszało,

W PIWNICZNEJ IZBIE

A A A
Zdarzenie miało miejsce 9 lutego 2008 roku. Wernisaż prac pięciu artystów: Stanisława Koby, Wojciecha Ćwiertniewicza, Ziemowita Kmiecia, Przemysława Kmiecia i Wojciecha Rokosza – czy można nazwać to wernisażem, jeśli wystawa trwa jedną zaledwie noc? – rozpoczął się o godzinie 20. Oglądających nie było zbyt wielu, mało kto wiedział o tej – okazyjnie funkcjonującej galerii, chociaż lutowe wydarzenie nie było pierwszym w historii jej istnienia.

Trafia się tam, mniejszym lub większym, „przypadkiem”. W centrum Krakowa, przy ulicy Wielopole 12, prawie vis à vis osławionego klubu „Kitsch”, wchodzi się w bramę, potem na podwórko i skręca w prawo. Wejście prowadzi do niezwykle stromych, drewnianych schodów. Po zejściu ze schodów znajdujemy się w ciemnym korytarzu, rozgałęziającym na szereg pomieszczeń, których istnienie sugeruje dobywające się zeń nikłe światło. Oto Cellar Gallery: galeria-piwnica.


Przypomina to schodzenie pierwszych wyznawców religii chrześcijańskiej do katakumb, gdzie spożywali agape i obcowali ze sztuką – przedstawieniami, emblematami konstytuującymi ich tożsamość (człowiek to przecież animal symbolicum, jak zauważył Ernst Cassirer). Już człowiek pierwotny wykonywał swoje malowidła i reliefy, które dziś zwiemy sztuką – konie i bizony w jaskiniach Altamiry czy Lascaux – zagłębiając się w trzewia Matki Ziemi (nawet jeśli nie schodził poniżej poziomu gruntu). Tak i teraz – zagłębiamy się w mrocznych piwnicznych otchłaniach, by dotknąć sztuki.

Z korytarzyka Cellar Gallery wchodzi się do, umieszczonych po obu jego stronach, pomieszczeń o zróżnicowanej kubaturze, bez wyjątku jednak wysokich. Brak tu posadzki, stąpa się po ubitej, acz nie pozbawionej nierówności, ziemi. Tchnące chłodem i wilgocią ściany są murowane z cegły i kamienia. Pierwsze są częściowo pokryte zaprawą; zarówno jedne, jak i drugie pełne są dziur, wyszczerbień i obłupień. Tu i ówdzie osypuje się mur, tworząc w narożu pomieszczenia piargowy stożek kruszywa. Ceglany mur, który tak pięknie w „Znaku wodnym” porównał Josif Brodski (zwracając uwagę na to, że Wenecję buduje nie tylko marmur, ale i cegła) do komórek budujących organizmy żywe, „zdobny” jest jedynie w rury i przewody instalacyjne oraz, mniej i bardziej przypadkowe, zagłębienia. Nisze wybite intencjonalnie przypominają zaślepione okna, choć, rzecz oczywista, o oknach jako takich nie mogło być tu nigdy mowy. Sugerują one, iż piwnica jeszcze silniej rozgałęzia się i że istnieją tu kolejne przestrzenie, tym bardziej, iż podobne prześwity łączą dostępne pomieszczenia. Wszystko to, a zwłaszcza istnienie pomieszczeń, do których nie możemy się dostać, przywołuje skojarzenia z antropologiczno-psychoanalityczną koncepcją domu, w której piwnica jest utożsamiana ze sferą rządzących człowiekiem popędów, z id – według terminologii Freudowskiej. Zgłębiając tę sferę bytowania „naturalnej” nieświadomości i konfliktów wypartych ze świadomości, dochodzimy do punktów granicznych – pozornego otwarcia, ale w gruncie rzeczy zamknięcia dla dalszej penetracji. Jesteśmy w labiryncie. Dlatego ta niezwykła przestrzeń tak silnie na nas oddziałuje. We wszechogarniającej ciemności podążamy – i łapiemy się na tym – do jasnych punktów, które stanowią oświetlone od góry obrazy – jeden, dwa w jednym wnętrzu.

Jeśli Cellar Gallery stanie się kiedyś galerią „z prawdziwego zdarzenia” – z całym zapleczem technicznym, powstanie naprawdę wspaniała przestrzeń wystawiennicza. Jednocześnie będzie to przestrzeń oswojona do końca, pozbawiona znamion tego, czym urzeka w tej chwili. Coś za coś. Sztuczne utrzymywanie w stanie pierwotnym także nie jest zasadne. Jak na razie, miejsce to wciela w życie marzenia o galerii-niegalerii, o „czymś zupełnie innym”. Adaptuje przestrzeń, pełniącą niegdyś diametralnie rożną funkcję. Z drugiej strony przenicowuje post-tradycyjnie rozumianą przestrzeń galeryjną – rozświetloną, o ścianach pomalowanych na biało (white cube).


Jakkolwiek u podstaw zjawiska – bo tak to należy chyba nazwać – leży pragmatyzm: obrazy nie mogą wisieć w Cellar Gallery dłużej niż jedną noc, gdyż wilgoć panująca tutaj powoduje, iż farba spływa z płócien, świadomość jego efemeryczności i sama, niedostępna na co dzień, przestrzeń, a zatem dwa elementy: Czas i Miejsce, stapiają się w świadomości wyjątkowości doświadczenia i doświadczania. Owo wędrowanie przez Cellar Gallery jest jak misterium. W rzeczy samej to jest misterium obcowania z tym, co niewyrażalne. Wiesław Juszczak pisze w eseju „Treść pierwszych rzeczy”: „Jednak, będąc poznaniem, nieustannym dążeniem do odsłaniania ostatecznej prawdy, jest sztuka – w przeciwieństwie do nauki – takim poznaniem, które w istocie dąży do ukazania swej granicy. Do postawienia nas wobec niepoznawalności tego, lub niepoznawalności w tym, co poznaje”. W tej przestrzeni zdaje się to być oczywistością.
Cellar Gallery, Kraków, Wielopole 12