Wydanie bieżące

15 marca 6 (102) / 2008

Anna Katarzyna Dycha,

L.STADT

A A A
Eventmusic, 2008.
Znamy C.K.O.D., NOT, Psychocukier. Poznajmy jeszcze jeden łódzki zespół – L.Stadt. Właśnie zadebiutowali fonograficznie.

Tworzący go muzycy poznali się w Strasburgu przed czterema laty. Potem były festiwale Camerimage i Czterech Kultur, przygoda z filmem („Aleja gówniarzy” Piotra Szczepańskiego) i teatrem (spektakl „Yotam” w Teatrze Nowym w Łodzi), a przede wszystkim udział w trójkowej składance „Offensywa” i występ na ubiegłorocznym Off Festivalu.

Trudno dziś uwierzyć, że Łukasz Lach (wokalista i gitarzysta L.Stadt) współtworzył szkolny projekt L.O. 27, którego przebój „Mogę wszystko” nuciły swego czasu rzesze nastolatek. To już na szczęście przeszłość. Teraźniejszość i przyszłość wyglądają obiecująco. W skład grupy wchodzą muzycy nie tylko z nazwy, ale i z wykształcenia: trzech z nich ma (lub zdobywa) dyplomy Akademii Muzycznych. Ich debiutancka płyta jest więc w pełni profesjonalna. Mimo iż jest stosunkowo krótka – niespełna 40-minutowa powstawała kilka lat w nowej wytwórni agencji koncertowej Eventmusic..

Znalazło się na niej wiele piosenek granych wcześniej na koncertach. Całość przesycona jest hipisowskim, swobodnym klimatem, sprawia jednak wrażenie spójności. Chłopcy łączą popowe, przestrzenne melodie z elektroniką, a delikatne brzmienie przełamują ostrymi partiami gitar. Dwie perkusje wcale nie spowodowały, że warstwa rytmiczna dominuje. Przeciwnie, zostawia dużo miejsca dla wokalu – często łudząco przypominającego głos Damona Albarna („March”, „Wait” czy w refrenie „Superstar”), czasem przesterowanego („Fagot”). Jednak zawsze mającego hipnotyzującą, przeszywającą moc.

Zespół postawił na angielskie teksty i zupełnie nie liczy się to, o czym śpiewa wokalista, bowiem właściwie wszystkie wersy podyktowane są brzmieniem muzyki. Słusznie, to jej aranżacja jest tu najmocniejszym punktem. Wyróżnia się jedyny utwór śpiewany po polsku. „Londyn” to banalna rymowana historyjka o rozstaniu spowodowanym zarobkową emigracją, słodka do znienawidzenia, ale wystarczy wsłuchać się w panoszącą, podskórną elektronikę, a przede wszystkim rozedrgane gitary, by nabrać szacunku dla tej piosenki. Dwa kolejne uderzenia to „Velvet” i „Gore”. Pierwszy przypadł do gustu jury mysłowickiego festiwalu. Drugiemu – ze stelmachowej kompilacji przydano tutaj ciekawą pulsującą wstawkę. Moim faworytem jest jednak „Wait”. Rozleniwiony, z niepokojącym pianinem i smykami, który, rozwija się, nabiera tempa i potężnieje.

Cała płyta niebezpiecznie wciąga. Jest uderzająco piękna, produkcyjnie wypieszczona i bardzo dojrzała jak na debiut. Nie powala przebojowością, ale jej wymyślne, delikatne harmonie łatwe są do zapamiętania. Wcale mi nie przeszkadza, że w wielu momentach dałabym się nabrać na to, że słucham Blur. Podoba mi się również schludna czarno – biała graficzna oprawa okładki z ascetycznymi portretami i grafikami, która współgra z powściągliwą muzyczną stylistyką.