Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (104) / 2008

Magdalena Mrowiec,

SLIPY CZY BOKSERKI ALBO O TYM, JAK USŁYSZEĆ MELODIĘ LUDZI WOKÓŁ SIEBIE

A A A
Pisanie o filmie „Rok diabła” wydaje mi się zadaniem nie tylko karkołomnym, lecz także nieco niestosownym. Powinno się raczej chwycić za gitarę (jeśli kto potrafi) i zaśpiewać na całe gardło albo też i całkiem cichutko, w zależności od nastroju, refren jednej z porywających kompozycji Jaromira Nohavicy. I nie przejmować się ewentualną reakcją otoczenia.

Rok 2002 był w Czechach prawdziwym „Rokiem diabła”. Obraz Petra Zelenki obwołano najlepszym czeskim filmem roku; otrzymał on także wiele nagród na festiwalach, m.in. w Cottbus czy w Karlovych Warach. Osiem tygodni po premierze film obejrzało w Czechach 100 000 widzów, a ścieżka dźwiękowa biła rekordy popularności na listach przebojów naszych południowych sąsiadów. Petr Zelenka miał już za sobą napisanie scenariusza do „Samotnych” i realizację „Guzikowców” kiedy, jak sam mówi, „nakręcił film dla kogoś, kto zawsze będzie dla niego bogiem”. Dla Jaromira Nohavicy.

Genialny apokryf

Warto uważnie wsłuchać się w ten film. Zelenka w zacytowanym wyżej wywiadzie zdradza tajniki procesu twórczego: najpierw reżyser układa soundtrack, a dopiero później każda z piosenek obrasta w konkretną scenę. Muzyka jest więc prawdziwą duszą filmu czy też raczej jego kośćcem, ubieranym w ciało obrazu. Jest ona generatorem zdarzeń, warunkuje przemiany głównych bohaterów, współtworzy aurę dziwnych wydarzeń, w których uczestniczą artyści.

„Rok diabła” jest utrzymany w konsekwentnej konwencji paradokumentu, która przypomina pamiętny „Oto Spinal Tap” (1984) Roba Reinera, w kronikarski sposób opowiadający dzieje nieistniejącego zespołu. Jednak u czeskiego twórcy prawda miesza się z fikcją w jeszcze doskonalszy sposób: wszak na ekranie widzimy prawdziwych muzyków, opowiadających historię, która częściowo pokrywa się z tym, co wiemy o ich biografiach, a w fabułę wplecione są nagrania autentycznych koncertów. Fikcja nakłada się tu bowiem na rzeczywiste tournée, w którym obok Jaromira Nohavicy występował folkowy zespół Čechomor (Czesko-Morawskie Towarzystwo Muzyczne), przygrywający do tej pory przede wszystkim na pogrzebach lub filmowych premierach. Konfuzję widza pogłębia pojawienie się takich osób jak Jan Prent (filmowy Jan Holman), faktyczny dystrybutor „Guzikowców” w Holandii, przewodniczący klubu miłośników zakazanej w swoim kraju corridy, który filmuje cały „dokument”, czy Jaz Coleman, wokalista grupy Killing Joke, wielbiciel filharmonii i jednocześnie diaboliczny szaman, najpierw prowadzący znajdujących się pod jego pieczą muzyków w stronę „uniwersum B”, a potem podsuwający im zręcznie kontrakt na trzy płyty (owoce tego cyrografu możemy zresztą kupić – polecam płytę „Proměny” Čechomoru i Colemana nagraną wraz z filharmonią). Zaintrygowani, podążamy za bohaterami, by w końcu zaniemówić z wrażenia, jak to się zresztą zdarzyło dwojgu z nich.

Krwią pisane

„Kto pisze krwią, ten nie chce, aby go czytano, lecz aby uczono się go na pamięć” – twierdził Fryderyk Nietzsche w „Tako rzecze Zaratustra”. Radę tę wziął sobie do serca Jaromir Nohavica, jeden z najbardziej znanych czeskich pieśniarzy. Nie znajdziemy w jego kompozycjach taniego patosu ani zadęcia, typowych dla niektórych bardów, ale za to wiele „mięsistego” autentyzmu i sporą dawkę typowo czeskiej autoironii. „Tak málo mám krve, tak málo mám krve, a ještě mi teče z úst” – śpiewa Nohavica w jednej z zapomnianych przez samego siebie piosenek z młodości i nie sposób mu nie uwierzyć, gdy widzimy, jak zmaga się z alkoholowym uzależnieniem („co rano / przebudzony w pustkę”), z terapią, ze sławą i z popularnością.

Są to jednak „sława i chwała” potraktowane z dystansem, „po czesku”, więc żart miesza się tu z powagą i iście „diablo trafną” obserwacją. Przezabawna jest scena konferencji prasowej, podczas której zebranych dziennikarzy nie interesuje bynajmniej muzyka wykonywana przez Čechomor, ale plotki z życia Nohavicy, który unika mediów. W pewnym momencie niegrzeszący inteligencją, zblazowany reporter pyta, czy Jaromir nosi slipki czy też bokserki, bo „jak wiadomo, ludzie dzielą się na slipkarzy i bokserkowców”. Muzycy kulturalnie odmawiają odpowiedzi na to pytanie, ale potem w garderobie prowadzą gorączkową dyskusję, stwierdzając, że „taki człowiek nie napisze przecież wielkiej piosenki w głupich slipach” lub że „w każdych slipach ją napisze!”. Albo też w ogóle pisze „na ostro” (ach, język czeski!), czyli całkiem bez slipów – a może bez bokserek?

A jednak sława, popularność i piękne dziewczyny w garderobie po koncertach to tylko efekt uboczny. Bo tym najistotniejszym punktem, centrum życia przedstawionych przez Zelenkę artystów jest muzyka, a raczej to „coś”, do czego pozwala się ona zbliżyć. Pyta bowiem „Rok diabła” – w taki sposób, że kpina miesza się z grozą, a widzowi śmiech zamiera na ustach i gęsia skórka wstępuje na plecy – o istotę sztuki. Wokół ruszających z Nohavicą w trasę muzyków z Čechomoru zaczynają dziać się rzeczy coraz dziwniejsze, atmosfera niezauważalnie gęstnieje. Karel Plihal (najbliższy przyjaciel Jaromira) przestaje mówić, gitarzysta Franta gubi swoją tożsamość, stopniowo coraz bardziej upodabniając się do Nohavicy, Jan Holman – nie mogąc odnaleźć Boga ani w zrujnowanym kościele, ani w swoim życiu – „przejmuje” od pieśniarza jego alkoholizm, i to w mocno destrukcyjnym wydaniu.

„Czuliśmy, że coś zaczyna się dziać” – mówią do kamery Janowi Holmanowi muzycy. Karel uzdrawia „opętanych przez demony”, ludzie zaczynają się zwierzać zespołowi, Jan przestaje mówić. Na scenę przybywają duchy, widziane jedynie przez artystów – najpierw zmarły transwestyta z klubu, gdzie bilety sprzedawał Franta, później inni. Čechomor zaczyna bać się „Komety”, pięknej, ale i niepokojącej piosenki Nohavicy o przemijaniu, śmierci i sztuce. Staje się rzecz niezwykła – muzycy zostawiają przybywającym na koncerty „duchom czy aniołom” miejsce na scenie, by miały gdzie spacerować, choć publiczność uważa ich pewnie za szalonych. I na tym chyba właśnie polega sens sztuki według twórców/bohaterów „Roku diabła” – jest to właśnie robienie miejsca, wpuszczanie na scenę tego, o czym zwykle nie mamy nawet odwagi pomyśleć. Czegoś, co jest diametralnie od nas różne, nieludzkie, dzikie, nieoswojone, wymykające się naszym kategoriom (anioły i diabły są tu bardzo bliskimi sąsiadami), ale, jak mówią bohaterowie filmu, także piękne. Bez wpuszczenia do naszego życia tego, co nie-ludzkie, nie można przecież w pełni być człowiekiem. Freud nazywa to nie-samowitym (das Unheimliche), naszym i nie naszym jednocześnie. Muzyka i poezja zbliżają się do tej sfery dzikości, kontaktują się z nią, uchylają nam zasłony, oddają jej swoją przestrzeń. Lecz my często tego nieoswojonego obszaru nie dostrzegamy (jak widownia Čechomoru, która nie widzi duchów), zbyt to niebezpieczne dla nas, widzów-podglądaczy. Bezpośrednio na niebezpieczeństwo kontaktu narażeni są ci, którzy tej transgresji dokonują – artyści. I to oni płacą.

Drogo płaci się za te złote monety, które zostawiła szybko przelatująca kometa, o jakich śpiewa Nohavica. Utratą mowy, alkoholizmem, fobiami, szczególną wrażliwością, także na ból – tą krwią, która cały czas broczy z rany, choć tak jej mało. „Zabili Janka zamiast jelenia” – śpiewa Jaromir z zespołem. W absurdalny sposób ginie anioł opiekuńczy Nohavicy, Karel Plíhal – przez błyskawiczne samospalenie; był i nie ma go, jak tytułowej komety. Często ćwiczony przez niego własny pogrzeb odbędzie się tym razem naprawdę, choć z tą samą kapelą, co na próbach – z Čechomorem.

A tak lubił ciche, ciasne, zamknięte miejsca – czuł się bezpiecznie w samochodzie, z lecznicy dla alkoholików trzeba go było wynosić wraz z krzesłem (nie mógł tam zostać, przecież nie był uzależniony). Podobnego poczucia bezpieczeństwa Nohavica szuka w wódce. „Co się panu najbardziej podoba w piciu?” – pyta terapeutka. „Ten spokój, to zadowolenie, gdy człowiek leży pijany na podłodze. A potem to wszystko wejdzie w człowieka, ten spokój, zadowolenie i leży plackiem… i jest w centrum wszechświata”. Nie trwa to jednak długo i znowu „ranek smutniejszy od wieczora / z rozbitego nosa krew mi ciecze…”.

„Los to guziki w kieszeni przyjaciela”

Karel Plíhal, być może anioł stróż wygrany kiedyś przez Nohavicę od brata w szachy, przestał mówić. Ratunkiem na to miała być wspólna trasa Jaromira z Čechomorem. Terapia powiodła się, Karel znów zaczął się odzywać. Zapytany o swoje dobrowolne milczenie, powiedział, że pragnął „usłyszeć melodie ludzi wokół siebie, co unoszą się nad nimi jak aromaty”. W końcu melodie te usłyszy Jan Holman, którym zaopiekowali się przyjaciele, mimo zdrady popełnionej przez niego, gdy pił. Ta muzyka, zwana w średniowieczu musica humana, to muzyka rozlegająca się w ludzkim sercu, niesłyszalna dla ucha. Jest ona odbiciem muzyki wydawanej przez harmonijnie urządzony wszechświat – również niesłyszalnej muzyki sfer (zwanej musica mundana). Muzyka instrumentalna, postrzegalna zmysłami, miała te dwie muzyki naśladować. W filmie Petra Zelenki się jej to udało, a musica humana staje się słyszalna dla tych, którzy przeszli przez granicę i mimo to pozostali razem, pozostali zespołem. Jeśli właściwie nadstawimy ucha, być może nam również uda się ją usłyszeć. Jeśli nie – pozostaną nam przynajmniej znakomite piosenki Jaromira Nohavicy.
„Rok diabła” („Rok dábla”). Reż.: Petr Zelenka. Obsada: Jaromír Nohavica, Radek Klucka, Michal Pavlík, Jaz Coleman, Karel Plíhal, Jan Prent. Muzyka Jaromír Nohavica, Karel Holas. Gatunek: paradokument. Czechy 2002, 88 min.