ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (104) / 2008

Krystian Wojcieszuk,

NIE STRACH PAMIĘTAĆ

A A A
Józef Hen uczynił bohaterem swojej najnowszej powieści pt. „Pingpongista” Amerykanina – Mike’a Murphy’ego. W tej postaci wszystko wydaje się znaczące: z zawodu jest on sędzią, przybywa z wielokulturowego miasta (Nowy Jork), w którym siłą rzeczy zasadą ludzkiej koegzystencji musi być tolerancja. Odwiedza polskie miasteczko Cheremiec, gdzie – chłopięciem jeszcze będąc – nazywał się Michał Dembina. Przyjechał z okazji jakichś wzbudzających różne emocje „uroczystości”, odwiedzić znajomego księdza, powspominać pierwsze erotyczne fascynacje. Nie jest to opowieść z epickim oddechem. Chociaż nazwa miasteczka w sposób oczywisty pseudonimuje Jedwabne, książka Hena nie fabularyzuje także polskiego udziału w Szoah. Głównym tematem „Pingpongisty” jest natomiast pamięć.

Philip Roth, jeden z noblowskich „pewniaków”, powiedział już po opublikowaniu swojego „Spisku przeciwko Ameryce” (Czytelnik, 2007): „Jest tylko jedna kwestia, którą [jako pisarz – przyp. K.W.] podnosisz – to kwestia literatury. Jedna z wielkich przegranych ludzkich spraw”. Wypowiedź ta jest o tyle warta uwagi, że wspomniana powieść autora „Teatru Sabata” to alternatywna wersja pewnego krytycznego okresu w dziejach Stanów Zjednoczonych (czerwiec 1940 – październik 1942). Wybory prezydenckie wygrywa (zamiast Roosevelta) antysemita Charles Lindbergh, co skutkuje izolacjonizmem wobec Europy i – oględnie mówiąc – dość perfidnym ograniczeniem praw obywateli amerykańskich żydowskiego pochodzenia. „Spisek…” czytamy jak powieść historyczną, pełną dokumentów, tekstów przemówień i „efektów realizmu”. Dlaczego jednak warto ją przeczytać obok „Pingpongisty”? Aby uświadomić sobie, że w nowej ojczyźnie Mike’a Murphy’ego „poczucie winy zbiorowej” traktowane jest poważnie nawet w wypadku grzechów potencjalnych. W Polsce jest jakby odwrotnie; autorzy „wyciągający” z naszych dziejów jak najbardziej rzeczywiste, udokumentowane zbrodnie (a autor „Sąsiadów” Jan Tomasz Gross jest tu jednym z najlepszych przykładów), dyskredytowani są niczym działający w złej wierze fantaści, którzy próbują (oczywiście na „zewnętrzne” zamówienie) pisać alternatywną historię „Bogu ducha winnego narodu”.

Nie widzę potrzeby tworzenia nowej narracji o jedwabieńskim mordzie, bo za wszystkie słowa wystarczy mi relacja bezpośredniego świadka wydarzeń – Szmula Wasersztajna, którego pamięci poświęceni są „Sąsiedzi”. Warto również przeczytać króciutkie wprowadzenie Jacka Kuronia do wielkiej książki Anny Bikont pt. „My z Jedwabnego”. Pisze on tam między innymi o dwóch przeciwstawnych „mitach”, tworzonych zarówno przez „oprawców”, jak i „ofiary”. Wracając na dobre do nowej powieści Józefa Hena, trudno pominąć fakt, że sędzia Mike Murphy plasuje się poza wskazaną przez Kuronia opozycją. Nie był on bowiem ani ofiarą, ani katem – był raczej niedoszłym „sprawiedliwym”. Uratował wprawdzie od spalenia w stodole Zygę Ehrlicha, kolegę, z którym grywał w ping-ponga, ale zaraz potem spotkał na swojej drodze „narodowca” Waldka Butryma. Ten ostatni, z hasłem „Polska dla Polaków!” na ustach, bez zmrużenia oka zastrzelił „pingpongistę”.

Drugim bohaterem książki przeżywającym dramat pamięci jest niejaki doktor Wiernik, który mimowolnie (po śmierci żony, ukrywającej przed nim swoją wstydliwą przeszłość) odziedziczył pożydowskie mienie – dom rodziny Ehrlichów. Przeglądając ich albumy ze zdjęciami oraz bogatą bibliotekę ojca Zygi (wyraźnie aluzyjny „Płaszcz” Gogola gra główną rolę w tej scenie), nie jest jeszcze do końca świadomy emocjonalnego ciężaru wiążącego się z niedawno otrzymanym spadkiem. Upiory przeszłości hulające po Cheremcu nie dadzą jednak na siebie długo czekać. Doktora odwiedza Kazko Butrym, niezrównoważony psychicznie starzec, który jako swoją życiową misję traktuje… zabijanie miejscowych kotów. Wierzy on, że „w kotach miały się schronić żydowskie dusze. Niechrzczone, nie mogą trafić do nieba”. Jego zachowanie interpretować można jako kolejną postać „antysemityzmu bez Żydów”, aberrację poddaną niegdyś analizie przez Joannę Tokarską-Bakir. Mniej publicystyczne odczytanie wskazywałoby jednak na to, co Freud nazwał unheimlich („Niesamowite jest wszystko, co ma pozostać w tajemnicy, w ukryciu, co zaś wyszło na jaw”). Dla bohaterów „Pingpongisty” odważnie patrzących w przeszłość – kot jest „przytulnym” stworzeniem, które chcą uchronić przed śmiercią. Dla bardziej „zasłużonych” mieszkańców (za Grossem chciałoby się tak nazwać na przykład rodzinę Laudańskich – prawdopodobnie będącą pierwowzorem Butrymów) Cheremiec stał się – mówiąc najkrócej – miejscem niewolnym od strachu, do którego pretekst znaleźć można nawet w kociej postaci.

Oddajmy na chwilę głos powieściowemu ojcu Philipa Rotha: „– Bo co to jest historia? – pytał retorycznie, wpadając przy kolacji w podniośle mentorski ton. – Historia to jest wszystko, co się dzieje wszędzie. (…) Nawet to, co przydarza się zwykłemu człowiekowi we własnym domu, też będzie kiedyś historią”(s. 183, przeł. Jolanta Kozak). Hen, któremu prowadzona z osobistej perspektywy narracja o historii nie jest obca (znakomity „Mój przyjaciel król”), tym razem pozwolił przemówić miejscu. Miasteczko charakteryzuje się świetnie samo, poprzez swoich mieszkańców; wolną od zmaz przeszłości młodzież, samodzielne kobiety, rozpaczliwie starającego się naprawić krzywdy wyrządzone przez rodzinę – syna Waldka Butryma. Jest też kolejny wariat, zwany „nosiwodą”, w którego bredniach i wrzasku można dzisiaj usłyszeć zalążek „naukowych” wywodów Jerzego Roberta Nowaka. Tak, powieść autora „Kwietnia” nie ukrywa swojego ładunku publicystycznego, ale na tej „jawności” literacko zdaje się wcale nie tracić.

Każdy, komu wpadło kiedyś w ręce „Nie boję się bezsennych nocy”, ma świadomość, że Izrael i naród żydowski to sprawy bliskie sercu Józefa Hena. Wizytował on niegdyś kibuc, oskarżany był (akurat bezsensownie) o uprawianie „proizraelskiej” publicystyki („Trybuna Ludu”, 1983). Przez lata pokazywał, że ma zdrowy stosunek, zarówno do anty-, jak i filosemityzmu („A niby dlaczego Żyd ma być lepszy? I czy ktoś musi być aż lepszy po to, żeby nie zostać zamordowanym?” – kwitował w latach 80.). Taką właśnie, zdrową i niemal ewangeliczną postawę reprezentuje Mike Murphy. Od księdza Ziemowita dowiemy się co prawda, że to „bezbożnik”, ale potrafi on jednak w praktyce zastosować zasadę „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Jedną z ostatnich w książce jest zaskakująca scena spowiedzi wspomnianego księdza, której wysłucha właśnie nasz sędzia. „Nigdy nie mówię o miłości bliźniego! (…) wiem, co to jest warte. (…) Coś niby hasło wyborcze. Obietnica bez spełnienia” – zwierza się kapłan.

„Pingpongistą” Józef Hen udowadnia po raz kolejny, że literatura to dla niego przede wszystkim sposób oswajania rzeczywistości społecznej. Efekt został osiągnięty z łatwością, ponieważ doświadczony prozaik sprawnie, w klasyczny sposób zindywidualizował język postaci, a „interwencjonizm” trzecioosobowego narratora ograniczył do minimum. Nie słychać w tej powieści także natrętnego głosu sumienia, bo – jak zapewnia główny bohater – nie chodzi tutaj o przebaczenie, ale o życie. Choć w Cheremcu w końcu zjawia się prezydent i pozornie przywrócony zostaje jakiś „moralny porządek”, to nie jesteśmy przekonywani do sensu przepraszania w imieniu tych, którzy boją się pamiętać. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że „wrzask” idioty w końcu ucichnie.
Józef Hen: „Pingpongista”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008 [seria: ...archipelagi...].