Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (104) / 2008

Łukasz Iwasiński,

BELA LUGOSI'S DEAD?

A A A
Bauhaus “Go Away White”. Bauhaus Music.
W dobie renesansu postpunkowej surowizny, reaktywacja i nowa płyta Bauhausu powinny wzbudzić sensację. Oczywiście prasa muzyczna odnotowała te wydarzenia, a w dość hermetycznych dziś środowiskach gotyckich temat był szeroko komentowany. Jednak, patrząc globalnie, powrót Brytyjczyków nie wywołał euforii. Zespół zagrał szereg koncertów (m.in. trasę u boku Nine Inch Nails), a w marcu bieżącego roku wydał doprawdy niezłą płytę, pt. „Go Away White” i ponownie zawiesił działalność. Pierwszy od ćwierćwiecza album grupy uchodzącej (pomimo sprzeciwu samych muzyków) za protoplastów rocka gotyckiego to doskonała okazja, by przypomnieć jej historię.

Bauhaus powołał do życia gitarzysta Daniel Ash w angielskim Northampton w 1978 roku. Skład grupy wykrystalizował się, gdy dołączyli do niej: perkusista Kevin Haskins, basista David Jay i wokalista Peter Murphy. Skojarzenia z modernistyczną sztuką użytkową i architekturą (tymi dziedzinami parała się powstała w 1919 roku formacja Bauhaus, od której panowie zaczerpnęli nazwę) wydają się dość zwodnicze. Najwyraźniej członkowie grupy zetknęli się z tą nazwą w szkole (¾ składu to absolwenci art collage) i błędem jest doszukiwanie się jakichś inspiracji w wymiarze artystycznych koncepcji. Muzycy zafascynowani byli za to tradycją glamrocka, punkiem oraz rockowymi dekadentami a zarazem wizjonerami, pokroju Davida Bowiego, Iggy Popa czy Lou Reeda. Przepuszczając te wpływy przez własną wrażliwość, zainicjowali jeden z kluczowych trendów w niezależnym rocku lat 80. Surowa, ich podszyta jakąś paranoją, owiana mrokiem, ale nie wolna przy tym od groteski muzyka okazała się być drogowskazem dla wielu grup zimnej fali i szeroko pojętego gotyku. Choć Bauhaus uchodzi za ojca chrzestnego tego stylu, to zakorzeniona w postpunkowych eksperymentach, szorstka i ascetyczna twórczość kwartetu niewiele miała wspólnego z koturnowymi, pompatycznymi wyczynami i napuszoną, afektowaną estetyką powszechnie kojarzoną, w nieco późniejszym okresie, z gotykiem. Oczywiście taka kategoryzacja nie była bezpodstawna – zespół ochoczo odwoływał się do upiorno-wampirycznej symboliki, często przewrotnie nią igrając. Już pierwszy przebój – „Bela Lugosi's Dead” doskonale zdefiniował język grupy. Utwór poświęcony był aktorowi kina niemego – autentycznej postaci wielokrotnie wcielającej się w rolę Drakuli – który, jak mówi legenda, w końcu uwierzył, że faktycznie jest wampirem. Punktem wyjścia tej pełnej napięcia, posępnej i dość surrealistycznej kompozycji był podobno przetworzony i zwolniony fragment piosenki Garry'ego Glittera. Doskonały odbiór singla, jak i spektakularne, swoiście uteatralizowane koncerty zespołu szybko umocniły jego pozycję w kręgach niezależnego brytyjskiego rocka. Zaś ciemna aura, makijaże i nieokiełznany, wijący się na scenie Peter Murphy, powodowały, że obok Bauhausu nie można było przejść obojętnie.

Zespół począł wychodzić z podziemia. Pierwszą płytę „In The Flat Field” wypełniała postpunkowa, chłodna surowizna. Druga, „Mask”, nie tracąc impetu, była bogatsza, bardziej dopracowana. Muzycy śmielej eksperymentowali. Czerpali z dubu, intensywniej korzystali z dobrodziejstw studia. Trzeci krążek – „The Sky's Gone Out” uplasował się wysoko na listach przebojów, jednak jego sukces zawdzięczać należy w znacznym stopniu popularności promującego go singla, na który wybrano cover „Ziggy'ego Sturdasta” Davida Bowiego. Grupa osiągnęła status alternatywnej gwiazdy, ale panowie źle znosili rozgłos, zwłaszcza w Murphym podsycał on gwiazdorskie zapędy i nieobliczalne niekiedy zachowania. Skonfliktowany zespół rozpadł się 1983 roku, a chwilę później światło dzienne ujrzał bardziej wyważony, skupiony album „Burning From The Inside”.

Najbardziej trwałym i znaczącym z post-bauhausowych projektów był utworzony przez Daniela Asha, Davida Jaya i Kevina Haskinsa Love and Rockets, w ramach którego muzycy zaskoczyli doprawdy przyzwoitym, psychodelicznym songwriterskim rzemiosłem. Jednak ani on, ani żadne z autorskich przedsięwzięć wokalisty nie zbliżyły się nawet do charyzmy Bauhausu. Pod tym szyldem kwartet powrócił na scenę w 1998 roku – co upamiętnione zostało koncertowym krążkiem, pt. „Gotham”. Na kolejny regularny album zespołu – „Go Away White” musieliśmy czekać aż do marca 2008. Ta – jak zapowiadają artyści – nieodwołalnie ostatnia płyta Bauhausu śmiało konkurować może z młodymi adeptami revivalu postpunka. Mimochodem koresponduje z aktualnymi trendami, ale na ich tle wypada oryginalnie. Z pewnością nie jest tak przejmująca, jak najwybitniejsze działa grupy sprzed ponad 25 lat, niemniej w dobrym stylu przywołuje typowe dla jej języka elementy. Mamy więc nieco toporną, kanciastą motorykę bębnów, transowe, niekiedy zahaczające o powłóczysty funk czy dub linie basu, cudownie jazgoczącą gitarę i naznaczony charakterystyczną, dramatyczną manierą wokal Petera Murphy'ego. Jest tajemniczy, nieco upiorny nastrój, ale muzyka brzmi nieco cieplej i nie tak szorstko, jak klasyka mrocznej nowej fali z początku lat 80. Przy okazji do głosu dochodzą tu odwołania do Davida Bowiego, zwłaszcza z czasów jego współpracy z Brianem Eno. Starzy fani Bauhausu z pewnością się nie zawiodą. A dla młodych może to być cenna lekcja. Dobrze, jeśli „Go Away White” zachęcił do sięgnięcia po wcześniejszy dorobek formacji. Co więcej – odrodzenie kwartetu stwarza okazję, by odkurzyć nieco zapomniane ścieżki nowej fali, która, choć nachalnie pobrzmiewa w dokonaniach współczesnej rockowej młodzieży, przywoływana jest dość jednostronnie. Bardziej wytrwali i dociekliwi powinni zapoznać się ze scenę tzw. positive punka (UK Decay, Southern Death Cult, Sex Gang Children, Blood and Roses) i środowiska wyrosłego wokół klubu Batcave (Specimen, Alien Sex Fiend). Wszyscy, którzy odkryli dla siebie muzykę Bauhausu zapewne znajdą tam mnóstwo smakowitych kąsków.