Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (104) / 2008

Grzegorz Mucha,

MARK KNOPFLER

A A A
“Kill to Get Crimson”. Mercury 2007.
Mark Knopfler to postać uwielbiana nie tylko w Polsce. Dowodem na to twierdzenie może być jego aktualna trasa koncertowa. 2 maja artysta wystąpi na warszawskim Torwarze, ale w Londynie odbędzie się aż pięć jego koncertów i to nie byle gdzie, bo w samym Royal Albert Hall.

Płyta „Kill to Get Crimson” jest jego piątym solowym albumem. Przynosi dwanaście kompozycji, które tylko Knopfler mógł skomponować. Gitarzysta prezentuje co prawda mało oryginalny typ ballad, ale ich konstrukcja pomaga zaprezentować jego zdolności instrumentalne. Te zaś, wraz z brzmieniem gitary, są niezwykle charakterystyczne. Swoje umiejętności warsztatowe on sam w udzielanych wywiadach regularnie umniejsza, co oczywiście przysparza mu chwały, ale rzecz w tym, iż artysta… ma rację. Knopfler jest charakterystycznym gitarzystą, gdyż gra absolutnie po swojemu. Przypuszczam, iż niewielu gitarzystów, w tym rockowych (jakże często uczących się z płyt), potrafiłoby skopiować jego styl. A że swoisty brak akademickiej ogłady w tym rodzaju muzyki popłaca, niejednokrotnie przekonał się sam zainteresowany. Wciąż mam w pamięci fragment powieści autorstwa Douglasa Adamsa „Cześć i dzięki za ryby”, w której niezwykle istotny moment spotkania kochanków dopełniony został gitarowymi dźwiękami Knopflera. Inna sprawa, iż Adams miał na myśli kilka utworów grupy Dire Straits. I tu tkwi podstawowy kłopot. Muzyk nigdy bowiem nie „przebił” artystycznego sukcesu dwóch pierwszych płyt, prowadzonego przez niego w latach 70. i 80., zespołu Dire Straits. Późniejsze płyty grupy prezentują wysmakowaną muzykę balladową, ale brak im swoistej energii z początków kariery. Podobnie (czytaj: gorzej) ma się sprawa z solowymi dokonaniami Knoplflera.

Flirty z folkiem nie zawsze muzykowi dobrze wychodzą. Nie należy on do grona tych kilkunastu angielskich, a może zwłaszcza irlandzkich, artystów, którym folk dodaje skrzydeł, choć dwanaście nowych piosenek zaprezentowanych na „Kill to Get Krimson” to prawdopodobnie i tak jego najlepszy zestaw. Mimo to prezentują typ „muzyki zmęczonej”. Nie pomaga głos, który brzmi silniej i mniej chropowato niż dotychczas. Należy mieć nadzieję, że smakosze twórczości gitarzysty docenią udział w nagraniu skrzypka Johna McCuskera i akordeonisty Ian Lowthian’a. Dzięki nim muzyka nabrała swoistej pełni. Zastosowanie takich właśnie instrumentów jest umyślne ze względu na narzucony odbiorcy typ nieco nostalgicznego retro. Zgodnie z obrazkiem na okładce płyty, piosenki opowiadają o czasach minionych; o czasach, kiedy artysta był młody. Wszystko ma tu zatem swoje logiczne miejsce. Żal mi tylko, że twórczy impet czasami wypala się tak szybko.