Wydanie bieżące

1 maja 9 (105) / 2008

Łukasz Iwasiński,

BLACK FRANCIS

A A A
“SVN FNGRS”. Cooking Vinyl 2008.
Mam dużo szacunku dla tego faceta. Być może bardziej za postawę, niż za samą muzykę. Frank Black, niegdyś filar Pixies, zapewne jednego-z-kilku-absolutnie-najważniejszych zespołów amerykańskiego indie, po jego rozpadzie w 1993 roku usunął się w cień. Fakt, że o solowym dorobku Blacka mówi się niewiele, a on sam nieczęsto gości w muzycznych mediach, wydaje się zamierzone. Zamiast cieszyć się pozycją tzw. artysty kultowego, jechać na sentymentach oraz legendzie i odgrywać przed wielotysięczną publicznością kawałki z „Doolitle” i „Bossanovy”, z godną podziwu nonszalancją, robi swoje, czyli systematycznie dostarcza dawkę, rajcownego, totalnie bezpretensjonalnego rock’n’rolla. Co prawda żadna z jego post-pixisowych płyt nie ma takiej siły oddziaływania jak dzieła bostońskiego kwartetu („Nirvana i Radiohead – dwa najbardziej hołubione zespoły lat 90 łączy jedna rzecz, oba otwarcie przyznają się do tego, że zrzynały z Pixies” – pisał Brent DiCrescenzo na portalu pitchforkmedia), ale na pewno nie zasługują one na to, by przechodzić niezauważone.

Choć Frank Black już kilka lat temu wkroczył w piątą dekadę żywota, a posturą niebezpiecznie zbliża się do ex-premiera Oleksego, nie zamierza spuszczać z tonu. Poprzedni rok należał do najbardziej aktywnych w karierze artysty – ukazały się 3 albumy przez niego firmowane. Pomimo, iż dwa spośród niech nie przyniosły wiele nowości (CD/DVD „Christmass” z głównie koncertowym, akustycznym repertuarem oraz „93-03” – składanka podsumowująca pierwszą dekadę solowej działalności) trudno było odnieść wrażenie, że to ruch wynikający z braku weny, bądź próba odcinania kuponów od przeszłości. Zwłaszcza, że trzeci zeszłoroczny, już regularny krążek, „Bluefinger”, na którym autor powrócił do swego pseudonimu z czasów Pixies – Black Francis – okazał się jednym z najbardziej energetycznych, żywiołowych w jego dorobku.

Minęło kilka miesięcy i oto dostajemy kolejną płytę. W porównaniu z atakującą momentami niemal hardcore’ową energią poprzedniczką, „SVN FNGRS” przynosi więcej luzu, pełnych dezynwoltury, a niekiedy nieco rozleniwionych dźwięków. Trochę zaskakuje otwierający album, rozklekotany, funkujący „The Seus” ze skandowanym wokalem. Potem mamy odwołania do wielu piewców surowych gitar: od garażowego folku Neil Younga, przez nieco zapomnianych The Replacements, po tuzów postpunka, do których nasz bohater zawsze zdradzał sentyment – Husker Du. Niektóre kawałki, łącząc punkowy pazur i dynamikę, z popową słodyczą czy folkową zwiewnością, przynoszą nieuniknione reminiscencje Pixies.

Truizmem będzie stwierdzenie, że próżno szukać tu czegoś odkrywczego. Nie da się też ukryć, że muzyce brak świeżości, entuzjazmu, które tchnęły z nagrań macierzystej grupy artysty. Mimo to płyty słucha mi się znacznie przyjemniej, niż większości noworockowych gwiazd z telewizora. Może dlatego, że Frankowi bardziej ufam.