ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (105) / 2008

Jacek Uglik,

WIZYTA STARSZEJ PANI

A A A
Pod koniec marca, po perypetiach związanych z mianowaniem Roberta Czechowskiego na nowego dyrektora, w Lubuskim Teatrze wreszcie miała miejsce premiera. Za sztukę Friedricha Dürrenmatta „Wizyta starszej pani” odpowiedzialność reżyserską wziął Czechowski, pełniący także funkcję dyrektora artystycznego zielonogórskiej placówki.

Historia spokojnego miasteczka Güllen, popadającego w ruinę materialną, a jak się w konsekwencji okaże również moralną, była w rzeczywistości teatralnej wielokrotnie odgrywana (w bieżącym roku od polskiej prapremiery Kazimierza Dejmka mija 50 lat). Często jednak wspomina się dwie telewizyjne, ale głośne adaptacje dramatu, czy też tragikomedii Dürrenmatta: z Barbarą Krafftówną (w reżyserii Jerzego Gruzy, rok 1971) – która notabene była gościem dyrekcji na pokazie premierowym w Lubuskim Teatrze – oraz Krystyną Jandą (w reżyserii Waldemara Krzystka, rok 2002) w roli Klary. Swoją drogą, być może jest w tym jakiś znak, że „Wizyta starszej pani” najefektowniej sprawdza się na szklanym ekranie?

Fundament opowieści Dürrenmatta stanowi osoba tytułowej starszej i obrzydliwie bogatej pani – Klary Zachanassian, powracającej po latach do rodzinnej miejscowości z zamiarem dokonania życiowych rozrachunków. W biednym miasteczku społeczność wiele po tej wizycie oczekuje. Liczą, że pieniądze Klary pozwolą wydostać się Güllen z nędzy. I faktycznie: od przybywającej pani Zachanassian słyszą upragnioną deklarację. Kobieta gotowa jest przeznaczyć miasteczku i jego mieszkańcom miliard dolarów w zamian z spełnienie jednego, prostego warunku. Starsza Pani chce śmierci sklepikarza Alfreda Illa, dawnego kochanka, który podeptał ich miłość, odtrącił będącą w ciąży kobietę i wyparł się ojcostwa. Młoda Klara musiała opuścić Güllen, popadła w nędzę, straciła dziecko i została prostytutką. Z czasem, dzięki finansowo atrakcyjnemu zamążpójściu, jej los się odmienił. Ale dawnych krzywd nigdy nie zapomniała. Teraz powraca do miasteczka – niczym starożytna bogini zemsty – z żądaniem sprawiedliwości. I w tym momencie rozpoczyna się właściwy dramat Dürrenmatta osnuty wokół problemu winy i kary. Zrazu obywatele Güllen nie kryją oburzenia propozycją starszej pani. Perspektywa bogactwa jednak kusi, mieszkańcy z każdym dniem oswajają sobie rzeczywistość, w której przyszło im trwać, aż wreszcie dorabiają do owej pierwotnie niehumanistycznej i barbarzyńskiej propozycji teorię – godzą się w imię swoiście pojmowanej sprawiedliwości i lepszego jutra na zabójstwo Alfreda Illa.
Oto zarysowana w skrócie historia opowiedziana przez szwajcarskiego dramaturga. Historia z podtekstem filozoficznym: kto popełnił zbrodnię? Jednostka: sklepikarz Ill, Klara? Społeczność? System, w którym owa społeczność trwa? Kto zatem powinien zostać ukarany? Jakim jest człowiek z natury? Kim jest Klara? Głosem przeciw obłudzie i hipokryzji ludzkiej? Czy ma ona prawo żądać śmierci Alfreda Illa? Sklepikarz zbłądził, gdy był młody i głupi. Teraz jest innym człowiekiem. Dlaczego nie darować mu starych win? Dlaczego nie przebaczyć?

Opowieść Dürrenmatta będzie aktualna zawsze, póki człowiek będzie istniał, więc i dziś – w świecie władzy pieniądza. Jak pisał Karol Marks – jestem brzydki, ale dzięki pieniądzowi mogę sobie kupić najpiękniejszą kobietę, więc nie jestem brzydki. Magia i siła pieniądza są wielkie. Dzięki fortunie mogę mieć w garści największego idealistę, humanistę, ekologa – wszystkich! Dürrenmatt w „Wizycie starszej pani” pokazuje jak słabą istotą jest człowiek. Cóż można z człowieka uczynić? Klara powiada: „Człowieczeństwo, moi panowie, jest podporządkowane giełdzie. Jeśli ktoś rozporządza takim kapitałem jak mój, stać go na stworzenie własnego porządku świata”, w innym miejscu dodaje: „Świat zrobił kiedyś ze mnie dziwkę, teraz ja zrobię ze świata burdel”. I dostaje na tacy ofiarę, której żądała.
Dobrze, wszystko to są jednak analizy tekstu, zajmijmy się wreszcie zielonogórskim spektaklem. Tu już tak gęsto od znaczeń nie będzie. Źródła podają, że w dziele Dürrenmatta króluje ironia, sarkazm i czarny humor. Niestety, poza wyjątkowymi chwilami, dzięki Ryszardowi Faronowi, wcielającemu się w postać wachmistrza policji, tych elementów brak w trwającym długie 140 minut przedstawieniu Roberta Czechowskiego. Spektakl, w którym mieli możność pokazania się wszyscy aktorzy Lubuskiego Teatru, jest zbyt długi i nudny, usypiający. Z wyłączeniem Farona, nikt nie udźwignął roli. Paradoksalnie jednak, jest to jedna z lepszych sztuk zielonogórskiej placówki w ostatnim czasie, niestety daleka od zrewolucjonizowania świata teatru.

Zielonogórska Klara jest drewniana, koturnowa, histeryczna – w tej roli doświadczona Elżbieta Donimirska. Na nic zdały się próby aktorki, z jej roli nie bije wiara, że światem rządzi pani Zachanassian. Kroku w owej nijakości dotrzymuje Donimirskiej Jerzy Kaczmarowski (Alfred Ill), szary, cichy, bez życia nawet w momentach zdawałoby się najwyższego dramaturgicznego szczytu. Napięcie w czasie trwania spektaklu nie rośnie, role nie przekonują, sceny dłużą się – w efekcie widz ma ochotę wyjść w przerwie. Nie robi tego jednak, mając wątłą nadzieję. Ostatecznie nic z grania zielonogórskiego zespołu nie wynika poza irytacją. W żaden sposób nie daje się tego spektaklu odnieść do treści nakreślonej przez Dürrenmatta, w warstwie dramaturgicznej nic się nie dzieje.

Na palcach jednej ręki (dokładnie na jednym palcu) wyliczyć można interesujące chwyty reżyserskie – jest nim metaforycznie, poetycko pokazane zabójstwo Illa w finale spektaklu. To chyba za mało. Nie udaje się w skupieniu i oczekiwaniu na puentę obserwować scenicznego dziania się. Jak? Skoro aktorzy odgrywając schematycznie swoje kwestie oferują przeraźliwą nudę – z rzadka wyrywając widownię z otępienia. Czechowski nie ukazał się jako reżyser z pomysłem na spektakl – rzecz jasna, siląc się niebywale, można odnaleźć jakąś treść w jego propozycjach, więc działać tak jak pokazuje działanie samooszukującej się jednostki Dürrenmatt: dorabiając ideologię do praktyki – ale czyniąc to nie pozbędę się poczucia fałszu zamkniętego w powziętej próbie uteoretyzowania scenicznego dziania się.

Minusy spektaklu nie mogą przesłonić jego plusów. Docenić reżysera należy na pewno za umiejętny dobór zespołu wspomagającego wadliwy mechanizm aktorski. W zielonogórskim spektaklu przejmująca, tworząca nastrój muzyka jest wykonywana na żywo w wykonaniu zespołu Mate, godne odnotowania są także nowoczesna, minimalistyczna scenografia oraz przemyślany i pobudzający wyobraźnię ruch sceniczny. Dawno w Lubuskim Teatrze żadna kreacja nie intrygowała ani scenografią, ani tym bardziej choreografią. Mimo wszystko te elementy powinny spektakl ozdabiać, dopełniać. Przy okazji „Wizyty starszej pani” wysunięte są na plan pierwszy… grając główną rolę. Czechowski nie objawił się jako rezyser sięgający po utwór z zamiarem opowiedzenia czegoś o aktualnej rzeczywistości – a taki był zdaje się jego cel.

Sztuka sama w sobie, jak już napomknąłem, nasycona jest kwestiami niezwykle żywymi we współczesnym świecie, gdzie ludzie sprzedają samych siebie za garść srebrników, choćby w rozmaitych telewizyjnych reality show – wszak o napisanym w 1956 roku dramacie Friedricha Dürrenmatta powiada się, że „podejmuje temat nietrwałości zasad etycznych wobec dominacji pieniądza”. Zielonogórskie przedstawienie do takich refleksji niestety w żaden sposób nie skłania. Z teatru wyszedłem zamęczony aktorską gadaniną, ale zarazem poruszony pozytywnie ozdobnikami – muzyką, scenografią i ruchem scenicznym – z definicji mającymi stanowić wyłącznie kanwę a nie istotę spektaklu.
Friedrich Dürrenmatt „Wizyta starszej pani”. Reżyseria: Robert Czechowski. Scenografia: Jan Polívka. Ruch sceniczny: Anna Wytych. Muzyka: Mate. Lubuski Teatr im. L. Kruczkowskiego w Zielonej Górze. Premiera: 29 marca 2008.