Wydanie bieżące

1 maja 9 (105) / 2008

Łukasz Karkoszka, Artur Tyszkiewicz,

W TEATRZE POSZUKUJĘ ROZMOWY Z WIDZEM

A A A
Z Arturem Tyszkiewiczem rozmawia Łukasz Karkoszka.
Łukasz Karkoszka: Zacznijmy od kwestii podstawowej, czego Pan poszukuje w teatrze?

A.T.: W teatrze poszukuję przede wszystkim rozmowy z widzem. Interesuje mnie konkretna rozmowa, która nie odbywa się tylko na zasadzie wymieniania informacji: „cześć, co słychać”. Teatr jest dla mnie miejscem, w którym rozmawia się o sprawach ważnych w niecodzienny sposób.

Ł.K.: Spotykamy się w trakcie trwania Tyskich Spotkań Teatralnych, gdzie młodzi ludzie tworzą swój własny teatr – pełni zapału i wiary, że teatr może być sposobem na życie, Pan jednak w pewnym okresie swojego życia zawodowego zrezygnował z teatru, gdyż – jak sam Pan mówił – trudno z niego wyżyć, a czy dziś z teatru da się „wyżyć”?

A.T.: Zdecydowanie sytuacja jest dziś inna. W wielu teatrach dyrektorami zostają młodzi ludzie. Dzięki temu zwiększa się komfort pracy, tzn. można pracować w taki sposób, w jaki by się chciało. Wolność twórcza jest większa.

Ł.K.: To czym różni się praca np. w teatrze wałbrzyskim od pracy w warszawskich teatrach?

A.T.: W Wałbrzychu ludzie mają czas na teatr, natomiast w Warszawie bywa z tym różnie. Choć muszę przyznać, że teraz jestem po takich doświadczeniach z aktorami warszawskimi, którzy ten czas mieli. Tak naprawdę, różnice są głównie w chęci robienia teatru, tzn. dla ludzi w Wałbrzychu robienie teatru jest wszystkim, a w innych wielkich aglomeracjach już niekoniecznie. Nie można zapomnieć także o różnicach finansowych. Budżet na realizację danego projektu teatralnego w Warszawie jest niewątpliwie większy niż w Wałbrzychu. Dzisiaj, tak naprawdę dobry teatr da się robić zarówno w Warszawie, Poznaniu, Wałbrzychu, jak i w innych mniejszych miastach.

Ł.K.: Wracając do Tyskich Spotkań Teatralnych, obejrzał Pan kilkunaście spektakli amatorskich grup teatralnych, jaki jest teatr młodych? O czym młodzi ludzie chcą dziś poprzez teatr rozmawiać?

A.T.: Z tych wszystkich przedstawień wynika jedno: teatr powstaje z poczucia niewygody. Ci młodzi ludzie mają poczucie niewygody istnienia i dlatego wychodzą na scenę. W wielu przypadkach robią to bardzo szczerze i bardzo „od siebie”. Tym samym, teatr jest dla nich pewnym antidotum na rzeczywistość. Poprzez teatr próbują opowiedzieć o tym, co ich dotyka. Jest to bliskie mojej idei teatru: teatr jako rozmowa z widzem.

Ł.K.: A jakimi kryteriami będzie się Pan posługiwał, oceniając poszczególne przedstawienia?

A.T.: Powód dla jakiego wychodzi się na scenę jest dla mnie podstawowym kryterium. Jeżeli przyjmie się takie kryterium oceny, to wtedy nie jest istotne to, czy oglądam spektakl teatru tańca, czy przedstawienie stricte dramatyczne.

Ł.K.: Był Pan uczestnikiem tegorocznych Interpretacji, podczas których Kazimierz Kutz dobitnie stwierdził, że oto następuje kres teatru repertuarowego, zgadza się Pan z taką opinią?

A.T.: Absolutnie się z tym nie zgadzam. Wystarczy „przejechać” się po teatrach repertuarowych w Polsce, by zobaczyć co się tam dzieje. Wydaje mi się, że istnieją, i będą istnieć dwa, trzy a nawet pięć nurtów teatru, które są niezależne od siebie. Nie odczuwam żadnego kryzysy teatru repertuarowego.

Ł.K.: Chętnie sięga Pan po klasykę: Gombrowicz, Mrożek, Molier, Szekspir, dlaczego?

A.T.: Po prostu lubię klasykę. A lubię ją za to, że jest bardzo dobrze napisana. Klasyka staje się klasyką z jakiegoś powodu, a mianowicie klasyczne teksty są bardzo dobrze napisane. Z tego powodu, że jest to kawał dobrego dramatu, tak często i tak chętnie teatr sięga po klasykę..

Ł.K.: Powiedział Pan, przy okazji wystawienia „Iwony...” , że: „Najważniejszą sprawą przy wystawianiu klasyki jest to, żeby pokazać, że ona nadal jest żywa i może docierać do ludzi współczesnych. A docierać będzie w momencie, kiedy realizatorzy – reżyser, aktorzy, scenograf – zdobędą się na takie środki, które tę klasykę przybliżą - na przykład cytaty ze świata dzisiejszej popkultury”.

A.T.: Nawet nie tyle chodzi o cytaty z popkultury, co o wykorzystanie cytatów z rzeczywistości. Robienie klasyki w sposób zupełnie oderwany od dzisiejszej rzeczywistości, może spowodować, że widz nie będzie chciał tego oglądać. Teksty klasyki były współczesne w swojej epoce i dla ówczesnej publiczności był to żywy, współczesny język, natomiast dla dzisiejszych widzów już niekoniecznie. Dlatego moim zdaniem, należy te teksty w jakiś sposób przystosowywać, by były czytelne dla dzisiejszego widza.

Ł.K.: A czy nie jest tak, że klasyka, będąc właśnie klasyką obroni się sama?

A.T.: Oczywiście, że tak. Absolutnie nie jestem za tym, żeby cokolwiek dopisywać do klasycznych tekstów. Ja tylko zwracam uwagę na to, że dzisiaj istnieje inny sposób percepcji niż trzysta lat temu. Trzeba mieć tego świadomość.

Ł.K.: Jednym z klasycznych tekstów, które Pan wystawił, była „Iwona, księżniczka Burgunda”. Podobno ten tekst „od dawna za Panem chodził”, dlaczego?

A.T.: Teksty Gombrowicza są swoistym mikroświatem, tzn. opowiadają o wszystkim. Bardzo intensywnie i dotkliwie dokonana zostaje tam analiza naszej rzeczywistości. Dlatego jeśli chce się coś opowiedzieć o świecie i przy tym chce się coś mądrego powiedzieć o człowieku to najlepszym do tego medium jest twórczość Gombrowicza. „Iwona” rzeczywiście chodziła za mną od wielu lat, jako pewne zjawisko. Tak czasami bywa, że pewne teksty się do człowieka same „przyczepiają”.

Ł.K.: Główna bohaterka – Iwona w Pana wizji przypomina lalkę, marionetkę, cyborga, pojawiły się też głosy porównujące ją do bohaterki Milli Jovovich z „Piątego elementu”. Kim dla Pana jest postać Iwony?

A.T.: Iwona to, po prostu, inny. „Innym” jest dziś każdy, kto nie pasuje do danej społeczności, a więc „innym” jest homoseksualista, Żyd, chory na AIDS, inwalida, czy nawet osoba o innych poglądach niż poglądy większości. Każdy kto jest „inny” jest narażony na pewną presję ze strony tych, którzy uważają się za „właściwych”. Z tego rodzi się zawsze bardzo tragiczny konflikt.

Ł.K.: Kolejnym Gombrowiczowskim spektaklem wyreżyserowanym przez Pana był „Ferdydurke”, zainspirowany wypowiedzią Romana Giertycha.

A.T.: Debilizm tej wypowiedzi spowodował, że postanowiłem sięgnąć po „Ferdydurke” – to był impuls. Ale już w trakcie przygotowań zdałem sobie sprawę z tego, że ten tekst opowiada o kondycji człowieka, który jest skazany na drugiego człowieka i na jego ocenę.

Ł.K.: Ma Pan na swoim koncie także „Balkon” Geneta – jeden z jego najtrudniejszych dramatów. Czym dla Pana jest ten tekst?

A.T.: Rzeczywiście, „Balkon” Geneta to jedna z jego najtrudniejszych sztuk. Wystawiając ten dramat, chciałem go „odkurzyć”, tzn. ta sztuka przez długi okres czasu nie była w Polsce grana. Ale co najważniejsze, ten tekst bardzo mnie zafascynował. W sztuce Geneta zawarta jest prawda o naszym życiu. Otóż jedyną prawdą w naszym życiu jest śmierć, tzn. śmierć jest faktem ostatecznym wobec którego nigdy nie będziemy mogli nic udawać. Wobec śmierci nigdy też nie będziemy mogli stworzyć sobie jakieś sytuacji teatralnej, zawsze będzie to sytuacja najprawdziwsza z prawdziwych. „Balkon” jako teatr śmierci, który jest opowieścią o śmierci jest tezą, którą chciałem przekazać w swoim przedstawieniu.

Ł.K.: Gdyby miał Pan wskazać swoich mistrzów teatralnych, to kogo wskazałby Pan? Był Pan asystentem m.in. Erwina Axera.

A.T.: Bez dwóch zdań - Erwin Axer. Moim teatralnym mistrzem jest też Jerzy Jarocki, z którym niestety nigdy się nie spotkałem, czy Jerzy Grzegorzewski.

Ł.K.: Najbliższe plany to...?

A.T.: Właśnie skończyłem pracę w Teatrze Narodowym nad „Mrokiem” – współczesną sztuką polskiego dramaturga, Mariusza Bielińskiego. Ten tekst, jak mało który współczesny dramat, przywraca „wiarę w słowo”. Jest to zbiór monologów. Autor wyszedł z założenia, że można opisać świat za pomocą słowa i że to właśnie słowo jest w stanie stworzyć świat na scenie. Praca nad tym spektaklem jest to dla mnie ciekawym doświadczeniem, z tej racji, że zdałem się całkowicie na aktora, co nie było moją dotychczasową praktyką. Praktycznie rzecz biorąc, aktorzy siedzą na krzesłach i mówią swoje monologi. Po premierze (8 maja 2008) okaże się, czy przedstawiony ciąg monologów spowoduje, że widz sam sobie stworzy inscenizację w wyobraźni – takie jest założenie. A poza tym, jest to historia, która ma nam uświadomić, że bardzo często rzeczywistość nie jest taka, jak nam się na pierwszy rzut oka wydaje. Bardzo sobie cenię pracę z aktorami Teatru Narodowego, gdyż trafiłem na naprawdę wspaniałych ludzi. Praca z nimi miała wręcz magiczny charakter. Natomiast w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie przygotowuję się do realizacji „Draculi”, opartej na klasycznej opowieści Brama Stokera. „Dracula” to też trochę opowieść o innym – jego postać jest wręcz symbolem tego wszystko, co w sobie odrzucamy. Każdy z nas ma jakąś ciemną stronę siebie, i Dracula jest właśnie personifikacją ciemnych stron człowieczej natury. Spektakl osadzony będzie w epoce Draculi, a więc w XIX wieku. A jest to ciekawy okres, bo wtedy właśnie człowiek zaczął opanowywać siły natury i w związku z tym poczuł się panem stworzenia. Dracula jednak udowadnia wszystkim, że niewiele jednak wiedzą o konstrukcji świata.

Ł.K.: A czy „Dracula” to nie jest też opowieść o poszukiwaniu metafizyki?

A.T.: Zgadza się. Jest to nie tylko poszukiwanie metafizyki, co wręcz poszukiwanie sensu naszej ludzkiej egzystencji. Jest to próba odpowiedzi na pytanie: po co żyjemy. Dracula stawia poszczególnych bohaterów w sytuacji, w której zmusza ich do udzielenia odpowiedzi na to właśnie pytanie. I to jest fascynujące.

Ł.K.: Dziękuję za rozmowę.