Wydanie bieżące

1 maja 9 (105) / 2008

Łukasz Iwasiński,

PROCESOR PLUS: OD BACHA DO ELECTRO-PUNKA

A A A
Fot. Jakub Skonieczko. Z Grzegorzem Fajngoldem rozmawia Łukasz Iwasiński.
Grzegorz Fajngold (znany jako Fagot) to jeden z filarów łódzkiego muzycznego undergroundu – współzałożyciel legendarnych 19 Wiosen, członek formacji Lord czy Pustostator. Światło dzienne ujrzała właśnie nowa, wydana nakładem oficyny Trująca Fala płyta jego solowego, electro-punkowego projektu Procesor Plus, pt. „Gen-Era-Tor”.

Łukasz Iwasiński: Masz za sobą już całkiem długą i bogatą drogę muzyczną – opowiedz o niej, przedstaw projekty, w których się udzielałeś bądź udzielasz.

Procesor Plus: Muzyka fascynowała mnie od zawsze, jak daleko potrafię sięgnąć tylko pamięcią. Jako 4-latek, będąc z rodzicami gdzieś u ich znajomych posiadających jakikolwiek instrument, od trąbki po fortepian, dostawałem autentycznych spazmów – ekstaza i hipnoza w jednym. Starzy dość późno zauważyli moją fascynację dźwiękiem. W szkole muzycznej, można by powiedzieć, byłem trochę przerośnięty. Zakończyłem edukację na ostatnim roku II stopnia w klasie fortepian-organy. Bardzo fascynowała mnie muzyka barokowa, którą zresztą słychać w moich pierwszych kompozycjach z 19 Wiosen – wręcz plagiatowane fragmenty z Bacha czy Vivaldiego. W każdym razie postanowiłem porzucić szkołę muzyczną, za bardzo wciągnąłem się w punkrocka. Poza tym wirtuoz byłby ze mnie marny. Strasznie się stresowałem przed komisją nauczycielską, kiedy trzeba było co semestr odegrać trzy kawałki. Paraliż maksymalny. W punkrocku jak i w electro na scenie jest o niebo lepiej. Pomijając już sam gatunek muzyczny, formę itd., gdy grasz w kapeli, wszystko dzieli się na kilka osób. Powstaje jakaś całość wynikająca z fascynacji kilku różnych istnień, życiorysów. Więc jesteś trochę schowany.
Jeśli chodzi o projekty muzyczne to trochę tego było. Grałem na różnych instrumentach w różnych dziwnych formacjach. Można wspomnieć tu: Flegma – brutalny punk oparty na przesterowanych kwintach, zespół Lord, w którym grał świetny basista z Neumy Tomek Krzemiński czy gitarzysta Insane oraz Super Girl & Romantic Boys Michał Wróblewski, Pustostator – projekt do którego udało nam się namówić naszego warszawskiego przyjaciela Macia Morettiego, zajebistego perkusistę. W 1992 z Marcinem Prytem i Frankiem założyliśmy 19 Wiosen. Zespół, który od 1998 roku miał kilkuletnią przerwę – reaktywowaliśmy go w marcu 2004 w trochę zmienionym składzie. Nowi ludzie to nowa siła. Poza tym stary skład porozjeżdżał się po świecie, chociażby Ireneusz Janik, nasz pałker, który siedzi teraz w Chicago i pracuje w jakichś zakładach chemicznych (mam nadzieję, że nie przy produkcji nowej broni biologicznej (śmiech)). No i Procesor Plus – skład, który nigdy nie rozpadnie się, chyba że wpadnę pod samochód (tfuu tfuu, wypluć 666 razy). Można tu jeszcze dodać, że przy okazji mojej działalności pod tym szyldem powstawało dużo takich projektów obok, że się tak wyrażę. Jak Martha O.Bit & Procesor Plus, Lady Electra & Procesor Plus, Kapitan Nemo & Procesor Plus. Najmilej wspominam współpracę z Kapiatnem Nemo, w końcu był moim idolem (śmiech). Powstał też trzyosobowy projekt electro-disco, a w sumie chyba bardziej disco-punk – E-sence Girl, który ma się dobrze i grywamy od czasu do czasu tu i ówdzie.

Ł.I.: Prowadzisz także oficynę Automatic Bitch, powiedz o niej kilka słów.

P.P.: Automatic Bitch Records to wytwórnia domowa – tłoczenie cd-rom z własnymi produkcjami oraz kilku zaprzyjaźnionych osób w klimatach electro. Aktualnie nie jest nigdzie zalegalizowana, istnieje jako nazwa, która określa pewne założenia. Chodzi o promocję polskiego electro – tego z przedrostkami od pop, clash do punk i industrial i ludzi, którzy są otwarci na różne akcje i nie mają spinek na zostanie światową gwiazdą już teraz. Mam nadzieję, że jeśli ruszy od października pełną parą Stowarzyszenie SNJ założone z grupą łódzko-warszawkich przyjaciół (które będzie wówczas obchodziło dwulecie istnienia), będziemy mogli starać się o kasę z Unii. Będzie nas wtedy stać na większe akcje.

Ł.I.: Od dawano tworzysz i promujesz electro, w pewnym sensie wyprzedziłeś falę electroclashu. Czujesz się pionierem na tym polu?

P.P.: Nie, nie. Nigdy tak nie myślałem i nie myślę teraz. To bzdura kompletna mówić, że ktoś był w czymś pierwszy. Wszystko w technologi i nauce wymyślili Chińczycy, a w muzyce Jan Sebastian Bach. Tak naprawdę to pierwsze moje domowe produkcje na marnym sprzęcie – bo wyobraź sobie, że miałem do dyspozycji magnetofon 4-śladowy, na którego nagrywałem po kolei, będące owocem fascynacji electro 80: Aviador Dro, John Foxx, Front 242 itd. Dopiero Romek (DJ No 107) przywiózł pierwsze produkcje nowego electro z Berlina, nie wiem, który to mógł być rok 1999 czy 2000, nieważne, w każdym razie posłuchałem rzeczy typu Adult czy Dopplereffekt i uświadomiłem sobie, że można robić to samo, ale z mocniejszym bitem, trochę bardziej współczesnymi brzmieniami i że będzie to znacznie żywsze.

Ł.I.: Jak z perspektywy czasu oceniasz dorobek 19 Wiosen? Zespół ten przez wielu uznawany jest za jedno z najbardziej charyzmatycznych zjawisk krajowego undergroundu lat 90., przez lata obrósł legendą, niemal mitem.

P.P.: Ok. Czuję się z tym dobrze – lepiej być mitem niż kitem albo co gorsza gitem (śmiech). Jakbyś posłuchał piosenki wydanej na składance przez Lampę – „Obojętny”, to tam jest w zwrotce że nie oceniam. A mówiąc poważnie, ja raczej nie patrzę wstecz. Staram się myśleć do przodu, co jeszcze i czym jeszcze można zaskoczyć, zrobić coś fajnego. Życie mnie codziennie inspiruje do nowych rzeczy (nie licząc tych dni, kiedy mam doła, hehe). Nie spoczywać nigdy na laurach. Nawet jak dożyje 50 lat i usunę się ze sceny, pewno spocznę gdzieś na wsi i będę sobie komponował muzykę poważną – cała chata w partyturach, a po środku stary grzyb przy rozstrojonym fortepianie, tak sobie wyobrażam swój koniec. A może początek czegoś nowego?

Ł.I.: Czy nadchodząca płyta 19 Wiosen będzie faktycznie ostatnią? Dlaczego?

P.P.: Tak między nami, to tylko chwyt reklamowy. Rozumiesz, marketing i zarządzanie to jest to! Na ten temat się nie mogę wypowiadać, wybacz, ale to tajemnica zespołowa (śmiech)

Ł.I.: Istnieje pogląd, że postindustrialny klimat Łodzi, jej szarzyzna i zaniedbanie sprzyja postawom kontrkulturowym, radykalnym estetycznie i światopoglądowo. Zgadasz się z tym?

P.P.: Czy ja wiem? Coś takiego chyba musi wyjść z wnętrza człowieka, a nie z zewnątrz, wydaje mi się. Znam wiele osób uprawiających różnego rodzaju sztukę i naprawdę nie sądzę, aby otocznie, krajobraz, architektura miały z tym wiele wspólnego. Pojedź np. do Katowic – tam można by powiedzieć, że otoczenie sprzyja nawet bardziej „industrialnej optyce”, a znasz tam galerię, kapelę, czy jakieś przedsięwzięcia artystyczne tak ukierunkowane? Łódź może trochę wykorzystuję historię pod tym względem – miasto fabrykantów itd., ale nie, nie sądzę, aby klimat miasta istotnie wpływał na proces tworzenia.

Ł.I.: A jednak w Łodzi wyrosło specyficzne electro-punkowe środowisko. To dość prężny krąg, ale w wymiarze ogólnopolskim mało rozpoznany – opowiedz o nim.

P.P.: Ludzie związani z tym środowiskiem, przynajmniej na początku, wywodzili się z punkowej łódzkiej ekipy. Byli tacy którym przejadł się punk w czystej formie szukali więc nowych doświadczeń. Byli i tacy, którym przejadło się techno. Wcześniej czy później musiało nastąpić bum, no i powstał electro punk. Wyobraź sobie jakby w latach 80. powstała kapela łącząca styl np. Soft Cell z U.K. Subs – to byłoby coś naprawdę nowatorskiego. Może Lether Strip w
drugiej połowie lat 90. zaczął kombinować w tym kierunku. Albo Kraftwerk z Exploited (śmiech). Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie określenie to zaczęło w Łodzi funkcjonować. Zresztą to nie tak, że jakaś ekipa czy ja możemy się określić jako electropunkowcy – to byłoby trochę śmieszne. Każdy równolegle robi jeszcze, czy słucha na pewno innych rzeczy, daleko odbiegających od electropunk. To nie czasy, gdy miało się 15 lat, było punkiem i tylko tego się słuchało. Dla mnie punk to jeden ze sposobów egzystowania. A przedrostek electro wynika z fascynacji muzyką elektroniczną w różnej postaci. Tak więc pierwsze imprezy techno w Łodzi na początku lat 90. robiła punkowa ekipa – instalowaliśmy soundsystemy w bunkrach pod ziemią w parku Poniatowskiego. Przychodzili na nią studenci różnych uczelni, śmiesznie nieraz było oglądać niektórych ludzi, zwłaszcza dziewczyny ubrane w modne ciuszki schodzące po drabince w dół do wnętrza bunkra. Potem organizowaliśmy tzw. Hospital Unit, czyli imprezy techno–electro-punk robione w miejscu po wielkim niedokończonym szpitalu na Stokach (dzielnica Łodzi), który składają już od ponad 20 lat i który sąsiaduje z kliniką psychiatryczną na Czechosłowackiej. Nie licząc squatów, brakowało wtedy w mieście lokali, gdzie takie akcje mogłyby się odbywać. Były tylko puby, dyskoteki i pijalnie. Teraz środowisko electropunkowe przeniosło się do bardziej komfortowych warunków, czyli do klubów. Ale sporadyczne wydarzenia gdzieś w galeriach, muzeach, plenerze jeszcze się zdarzają. Przypomniałem sobie jedną z pierwszych imprez electro, gdy nie było jeszcze Jazzgi, Oiomu czy Pientra, a Michał z Forum Fabricum w ogóle nie chciał o tym gadać. Zrobiliśmy np. imprezę w klubie gejowskim (już nieistniejącym) na ul. Tylnej. Przyszła nieliczna ekipa. Rozstawiłem zabawki do występu jako Procesor Plus, wcześniej DJ No. 107 zapuścił swoje electro rarytasy, świeże prosto z piekarni. Chyba po 4 czy 5 kawałku odłączyli nam prąd, tłumacząc się, że korki się spaliły czy coś tam podobnego ze sprzętem. Po czym, za jakieś 40 min. zainstalował się tamtejszy rezydent DJ. Matrix, który uderzył hitami z Vivy. Także nie było lekko (śmiech).

Ł.I.: Opowiedz o nowej płycie Procesora Plusa. Jak powstała, czy na jakimkolwiek etapie prac korzystałeś z czyjejś pomocy, czy jest to produkt w pełni samodzielny?

P.P.: Płytę zacząłem już składać w listopadzie 2007. W kompletowaniu nowych zabawek, to znaczy komputera pomógł mi Adam Daniszewski (DJ Sadam), a w oprogramowaniu go muzycznym softwarem Łukasz Seliga (SLG). Jest tu też trochę historii, bo tylko 12 pierwszych numerów no nowinki, reszta to przekrój działalności od 2001 roku. Zagrałem sporo koncertów z tym materiałem, jeszcze coś tam po drodze poprawiałem, wokale i klawisz nagrywałem w studiu u Darka – akustyka Jazzgi. Mix i efekty wokalowe sam w naszym 19wiosnowym studio, które właśnie składamy na sali prób na Stokach, aby się trochę uniezależnić od terminów, kasy itp. Wiadomo – nagrywasz kiedy masz powera czy wenę twórczą, a nie kiedy w kalendarzu masz np. wynajęte studio od poniedziałku do czwartku po 5 godzin i stresujesz się, by zdążyć ze wszystkim. Sadzę, że kolejna płyta Procesora Plusa może pojawi się na początku 2009 roku i będzie naprawdę wykopem. Chcę podogrywać trochę gitar i basu, czego na „Gen-Era-Torze” nie wykorzystałem – celowo, zależało mi, by pozostać w klimacie elektronicznym.

Ł.I.: „Gen-Era-Tor” znacznie odbiega od chwytliwego electoclashu, jaki zalewa nas od dobrych kilku lat. Ciężkie, chłodne brzmienie, twarde, maszynowe bity odwołują do electro-industrialu, a przede wszystkim EBM spod znaku Front 242. W lżejszych fragmentach pojawiają się echa klasyki electro – Cybotron, a w „Insekcie” jest nawet dość zaskakujący ślad hancocowskiego electro-jazzowania. Jeśli chodzi o współczesne rzeczy to czuć inspiracje, o których sam mówiłeś, z jednej strony eletro-tech-punkowy łomot Adult, z drugiej mroczne wątki Dopplereffekt. Jednak te dawne fascynacje pobrzmiewają silniej. Zgodzisz się z taką opinią i z takim usytuowaniem tej muzyki?

P.P.: No tak, nie interesuję mnie zbytnio electroclash. Za dużo jest w nim schematów, jest za prosty, to muzyka bardziej do zabawy w klubie niż słuchania w domu. Ja po prostu lubię poszukiwać, bawić się harmonią, łamać bity itd. Staram się, aby każdy numer czymś się wyróżniał, nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale mam to gdzieś. Nie mogę niestety jak Ty podejść do tej płyty z dystansem, stanąć obok i ją podsumować, gdyż mój wrodzony egoizm mówi mi, że to jest dobre i tyle. Wiadomo, że nie każdemu taka muzyka musi się podobać, ale słyszałem już parę pozytywnych opinii od osób siedzących bardzo daleko od klimatów jakkolwiek związanych z elektroniką. Adult i Dopplereffekt jak najbardziej, a korzeni nigdy nie uciekniesz – porządny szkielet to podstawa funkcjonowania organizmu.

Ł.I.: Teksty wyrażają defetystyczne obsesje modernizmu – mroczne strony rozwoju cywilizacji i technologii, wizje odczłowieczonego świata, itd. To faktycznie twój pogląd i twoje lęki czy po prostu zabawa konwencją fatalistycznego science-fiction?

P.P.: Hehe, uwielbiam tak głębokie analizy. Nie wiem, można by powiedzieć, że jest to bardziej ucieczka od człowieczeństwa w stronę czegoś bliżej nieokreślonego – jakiegoś elektronicznego absolutu może. Chęć wyzbycia się wszystkich zwierzęcych instynktów, które nami kierują. Nie chodzi bynajmniej o zagładę czy życie w Matrixie, ale bardziej o zmianę, ulepszenie, dodanie brakującego ogniwa, które mogłoby spowodować unicestwień zachowań takich czy innych i stworzenie nowej formy człowieka.

Ł.I.: Przyznam, że niektóre liryki trochę mnie zaskoczyły: „pierdolnięta planeta, 100 gatunków na niej jest, najchujowszym człowiek jest” – już bardziej niewybrednie ująć się tego chyba nie dało. Dlaczego tak?

P.P.: Kawałek „Planeta” (zrobiony w 2001 roku) leciał bardzo często jeszcze w starej warszawskiej radiostacji – dopóki się nie skomercjalizowała – bez specjalnych problemów. No, fakt, wulgaryzmów użyłem tam całą gamę – przytoczyłeś tylko jeden wers. A punk bez dobitnego słownictwa to półpunk (śmiech) W tym kawałku, w tekście ujęta jest prawie cała definicja electro punka. Fuzja tych dwóch gatunków i światów to nie tylko muzyka, ale również łączenie się różnych idei – negowanie człowieka jako istoty prostej, kruchej i w gruncie rzeczy prymitywnej na rzecz androidów, cyborgów sprawnych pod każdy względem i – jak sama muzyka – bezuczuciowych. Jakby nie patrzeć, do tego zmierza świat. Odkryli to już włoscy futuryści przed II wojna światową, pisał o tym Philip Dick a Fritz Lang kręcił filmy. Ludzkość w aktualnej formie świadomie czy bardziej podświadomie dąży do autodestrukcji. Jeżeli nie przejdziemy o jeden etap do przodu w ewolucji, populacja homo sapiens przestanie istnieć.

Ł.I.: Dziękuje za rozmowę.