Wydanie bieżące

1 marca 5 (53) / 2006

Mariusz Wiatrak,

SINÉAD O'CONNOR

A A A
“Throw Down Your Arms”. (That's Why There's Chocolate and Vanilla).
Kiedy niespełna trzy lata temu Sinead O’Connor ogłosiła finał swojej burzliwej kariery, zdawałoby się że to koniec – skandali, szokujących wywiadów, wyzwisk i kłótni, niekończących się romansów, rozwodów i nawróceń na coraz to bardziej zmyślne religie, ale przede wszystkim koniec mniej lub bardziej dobrych, a czasami genialnych albumów wokalistki.

Jednak Sinead O’Connor wróciła, nagrała bardzo dobrą płytę i zdaje się, że znowu jest w znakomitej formie. Praktycznie rzecz biorąc, O’Connor jest artystką niezwykle pracowitą i konsekwentną – z każdą swoją następną płytą oferuje nam nie tylko muzykę, ale i solidną porcję doniesień prasowych. Dziennikarze z niezwykłą wprost skrupulatnością śledzą jej kontrowersyjne wypowiedzi i koleje życia osobistego. Często ważniejsze jest to, kogo wokalistka obrazi w swoim następnym wywiadzie, niż jaką muzykę nam zaoferuje. Nic dziwnego – Sinead O’Connor walczyła już z papieżem, ma na pieńku z Frankiem Sinatrą, została księdzem, uduchowioną lesbijką, trzy razy wyszła za mąż i trzy razy wydała na świat potomstwo, a przy okazji nagrała 8 albumów.

W 1987 roku ukazała się jej debiutancka płyta – „The Lion and the Cobra”, zrobiła furorę. Artystka skomponowała do niej piosenki już ponoć w wieku 15 lat. Niedługo potem opowiedziała się za zamachami terrorystycznymi IRA i skrytykowała swoich nieocenionych protagonistów – U2. Podczas nagrywania drugiej (bodaj najlepszej) płyty „I Don’t Want That I Haven’t Got” w 1990 roku – wystąpiła na żywo w amerykańskim programie telewizyjnym „Saturday Night” i zupełnie bezpardonowo potargała zdjęcie papieża Jana Pawła II. W odwecie kilka dni później publiczność wygwizdała ją na scenie, a Frank Sinatra obwieścił światu swoją słynną obietnicę, że „skopie jej tyłek”. Przeróbka piosenki Prince’a, a zarazem singiel płyty, „Nothing Compares 2 U” przez długie tygodnie nie schodziła z list przebojów – sam Prince był zachwycony. Niepowodzenie trzeciej płyty „Am I Not Your Girl” skłoniło Sinead O’Connor do zrezygnowania po raz pierwszy z kariery muzycznej i poświęceniu się studiowaniu opery oraz grze w niezależnych teatrach w Dublinie. Długo jednak nie wytrzymała – dokładnie dwa lata później wydała niezwykle udaną płytę o miłości i macierzyństwie „Universal Mother”. Jakkolwiek chwaliła ją krytyka, płyta nie sprzedawała się w sklepach. Wtedy to następuje pierwsze nawrócenie artystki – po rozwodzie, walce o prawo do opieki nad córką Roisin i próbie samobójczej, nagrywa „Faith and Courage” i zmienia nazwisko. Odtąd Sinead O’Connor znana jest jako Matka Bernadetta Maria O’Connor. Katolicka kobieta-ksiądz udziela chrztów, prowadzi msze święte i staje się... lesbijką. Ale niedługo, bo zostaje po raz trzeci matką i żoną, i w 2002 nagrywa „Sean-Nós Nua”, czyli stare pieśni irlandzkie, w nowym stylu. Wokalistka zrywa z celibatem, doznaje skruchy, rozwodzi się. Toczy wojnę z jurorami irlandzkiego odpowiednika „Idola”, bluzga na młodych artystów, wydaje jeszcze jedną płytę o charakterze „the best of” i o bardzo skomplikowanym tytule („She Who Dwells in the Secret Place of the Most High Shall Abide Under the Shadow of the”), po czym znowu milczy przez 3 lata.

Kariera Sinead O’Connor stanowi idealne studium artystowskiej sprzeczności. Jest najbardziej ambiwalentną piosenkarką w muzycznym show-biznesie. Popada z jednej skrajności w drugą i nie widzi w tym nic nadzwyczajnego. Raz tylko zdarzyło się jej wyznać żal za młodzieńcze grzechy. Powiedziała: „Pozostało mi tylko żałować, że byłam taka młoda i narobiłam niezłego gówna w życiu innym”. Nie zawsze nagrywa płyty „prawdziwe”. Często ważniejsza jest dla niej forma, niż treść. „Sean-Nós Nua” nagrała z dedykacją dla młodszych artystów, żeby docenili piękno starych pieśni, podczas, gdy to młode piosenkarki pokroju Alanis Morissette czy Tori Amos odebrały jej prym diwy XX i XXI wieku. O’Connor nie poddaje się jednej konwencji i cały czas szuka nowych form wyrazu. Tak samo przy jej najnowszej płycie.

„Throw Down Your Arms” to interpretacje znanych standardów muzyki reggae. Artystka nagrywała płytę w Kingston na Jamajce w legendarnym studiu Tuff Gong i Anchor. Nad całością czuwali producenci Sly Dunbar i Robbie Shakespear – słynny duet, tworzący znaną na całym świecie sekcję rytmiczną, grywali u boku Boba Dylana. Piosenkarka po paru, jak już wiadomo, z rzędu olśnieniach, staje się tym razem rastafarianką, bo reggae – jak sama powiedziała – to najbardziej religijna muzyka świata i od długiego czasu jedyna, jaka towarzyszy jej w podróżach. Zdawałoby się, że jest to ewolucja karkołomna. Jakkolwiek już rozpoczynający album utwór – „Jah Nuh Dead” śpiewany a capella – świadczy że nie jest to kolejna fanaberia artystki, ale rzeczywiście konwencja, w której Sinead O’Connor najnormalniej w świecie wie, o co chodzi. Głos Irlandki niczego nie ujmuje tym klasykom roots-reggae. Chłodny śpiew piosenkarki dodaje im barwy, a oprócz tego są to po prostu genialne piosenki, które Sinead zna i rozumie. Mamy tam jeszcze pulsujący „Door Pepp” Winstona Rodney’a, genialny „He Prayed” Clementsa Dodd’a, a także niezwykle nastrojowy „Vampire” Lee Perry’ego. Płyta niezwykle spójna, przemyślana i nad wyraz trafiona. Kaprys? Na pewno. Skądinąd pierwszorzędny w niemałej twórczości artystki.