Wydanie bieżące

1 marca 5 (53) / 2006

Aneta Głowacka,

LEPSZY KLATA W GARŚCI...

A A A
Jan Klata to ostatnio bodaj najbardziej kontrowersyjny twórca teatralny w Polsce. Nie dość, że nosi irokeza (od dłuższego już czasu zresztą, co jednak ostatnio zaczęto mu wypominać) i skórzaną kurtkę, to jeszcze dostał Paszport „Polityki”, a nie osiągnąwszy odpowiednio nobliwego wieku, miał już festiwal twórczości własnej. Festiwal odbył się w Warszawie, chociaż wydawało się, że przedarcie się Klaty na stołeczne sceny graniczy z cudem. Czemu Klata jest taki kontrowersyjny? Tu nieodmiennie pojawia się strumień wymienianych jednym tchem przewin reżysera. A to że nie waha się podnieść ręki na polskie świętości, literackie mity narodowe, chociaż, poza ich dekonstrukcją, niewiele ma do powiedzenia. A to że zasadza się na święte słowo dramatopisarza, które wycina, przycina i układa według własnych upodobań, i jeszcze twierdzi, że jest w tym bliski idei dramatu. Klasyczny tekst zdobi pop-kulturowymi gadżetami, których jakość, niestety, zdominowana jest przez ilość.

„Rewizora” Gogola wystawił w socrealistycznych dekoracjach, aplikując widzom na koniec seans psychoanalityczny. Wizerunki kolejnych ojców narodu od Bieruta począwszy towarzyszyły scenie rozpoznania fałszywego Rewizora. „Córkę Fizdejki” Witkacego przeniósł w czasy współczesne, w podbijane przez niemieckich inwestorów zachodnie krańce Polski. Po scenie walały się reklamówki z hipermarketów, a tłum bezrobotnych (Witkacowskie Potwory) paradował w obozowych pasiakach. Akcję „Fanta$ego” według Słowackiego przeniósł z kolei w scenerię polskiego blokowiska, z jego brudem, trzepakami, pogonią za pieniądzem i kulawymi marzeniami o lepszym życiu, gdzie rodzina Respektów męczy się w społecznej degradacji. Wreszcie – moim zdaniem najlepszy spektakl – „H.” według „Hamleta” Szekspira umieścił w znaczącej historycznie surowej przestrzeni Stoczni Gdańskiej. Przykrawanie na współczesną miarę klasycznych tekstów, szukanie w nich – co tu dużo mówić – często dość powierzchownej teraźniejszości, zderzanie sacrum i profanum – świętego mitu z tandetą ulicy Krokodyli, to stałe elementy scenicznej narracji Klaty. Na tyle stałe, że już się trochę przejadły i w przypadku ostatniego spektaklu przyszło na Klatę ponarzekać.



„Trzy stygmaty Eldricha Palmera” oparte na prozie Dicka rozgrywają się w przestrzeni przykrojonej do ram konsumpcyjnego środowiska. Z dwóch stron zamykają ją witryny z umieszczonymi w blasku neonówek manekinami. To królestwo Leo Bulera (Jan Peszek) – szefa korporacji Perky Pat, która zajmuje się dostarczaniem narkotyku ludziom umieszczonym na Marsie. Zdegradowani do poziomu bezmyślnych żyjątek, niczym banda kloszardów, koczują w metalowych barakach. Spożycie narkotyku Can-D umożliwia im przeniesienie się w malownicze krajobrazy odległej, porzuconej Ziemi, a właściwie w plastikowy świat lalki Barbie i Kena, który staje się ekwiwalentem raju. W zgrzebnej rzeczywistości Marsa nie jest ciekawie, toteż interes Bulera kręci się lepiej niż ruletka. Ale jak to z ruletką bywa, jest dosyć kapryśna. W grę o wpływy na rynku włącza się Palmer Eldrich (Wojciech Kalarus). Wróciwszy z odległej Proximy, Eldrich kusi nieśmiertelnością. Jego narkotyk Chew-Z ma przenieść w świat realniejszy od rzeczywistości, otworzyć na kontakt z metafizyką, pozwolić dotknąć tego, co niedotykalne. Wizji Eldricha ulega nawet Buler, co jakiś czas śniąc swój sen na jawie.

Jawa i sen, prawda i zmyślenie, ciągłe balansowanie między realnością a halucynacjami, które często wydają się prawdziwsze, to stałe elementy przedstawionej rzeczywistości. Nie ma w niej wygranych, bo bohaterowie uwikłani we własny, zmyślony świat lub projekt świata lepszego, odrywają się od tego, co tu i teraz. Wydaje się, że Klata kładzie nacisk przede wszystkim na ten, paraboliczny aspekt historii Dicka. W „Trzech stygmatach...” według Klaty nie doświadczymy działania nowoczesnych technologii, chociaż Eldrich wyłoni się z zielonego laserowego tunelu w groteskowym kostiumie przybysza z innej planety. Proza klasyka science-fiction posłużyła reżyserowi zaledwie jako pretekst do opowiedzenia o zmaganiach współczesnego człowieka, o których – jak się zdaje – równie dobrze można było mówić za pomocą innej opowieści. Przez cały spektakl zachodziłam w głowę, do czego też odnosi się tytuł – w przedstawieniu stygmaty ani nie zostały nazwane, ani nawet zasugerowane.



Świat bohaterów „Stygmatów...” jest eklektyczny, rozpada się, gdy tylko na chwilę odwrócić głowę. Równie eklektyczna jest materia spektaklu. Utrzymane w surowej estetyce sceny na Marsie przeplatają się z kiczem twierdzy Bulera, a scenki rodzajowe z życia Kena i Barbie – w wydaniu ludzkich lalek Perky i Walta (znakomita rola Małgorzaty Gałkowskiej i Juliusza Chrząstowskiego) – łączą się z mrocznymi, metafizycznymi podróżami szefa korporacji Perky Pat. Niestety, tak jak podczas oglądania przedstawienia odnosiłam wrażenie, że jedynym elementem spajającym prezentowany świat jest wrażenie „skakania po kanałach” i upychanie po scenie wyciągniętych z rekwizytorium pop-kultury gadżetów, tak aktorstwo, często bardzo nierówne, również pozostawiało wiele do życzenia. Apogeum irytacji pojawia się z wejściem na scenę Huberta Zduniaka, którego Mayerson – prawa ręka Bulera, wydaje się bardziej plastikowy niż para lalek sterowanych przez kolonistów.

Jakkolwiek „Trzy stygmaty Eldricha Palmera” według prozy Dicka zelektryzowały teatralne środowisko, pogłębiając istniejący już od jakiegoś czasu podział na klatofobów i klatomanów (już dawno spektakl teatralny nie zaowocował taką liczbą artykułów polemicznych), są raczej wydarzeniem ocierającym się o socjologię teatru aniżeli zapadającym w pamięć, poruszającym zjawiskiem artystycznym. W tej chwili ważniejsze wydaje się, że taki ktoś jak Klata w ogóle istnieje – i co jakiś czas robi zamęt w „państwie bożym teatralnym”. Potrzeba łamania stagnacji w teatrze jest, szkoda tylko że za taką cenę. No ale lepszy Klata w garści niż wróbel...
„Trzy stygmaty Palmera Eldricha” wg powieści Phillipa K. Dicka. Przeł. Zbigniew A. Królicki. Adaptacja, reżyseria, opracowanie muzyczne: Jan Klata. Scenografia i reżyseria światła: Justyna Ługowska. Choreografia: Maćko Prusak. Premiera: Stary Teatr w Krakowie, 14 stycznia 2006.