Wydanie bieżące

1 marca 5 (53) / 2006

Beata Popczyk-Szczęsna,

URODZAJ NA DRAMATY

A A A
„Pokolenie porno”, pierwszy tom antologii nowych dramatów w wyborze Romana Pawłowskiego, niczym kij wrzucony w mrowisko, wywołał spory ferment w środowisku krytyków i teatrologów. Stał się punktem zapalnym dyskusji o młodej polskiej dramaturgii, często także punktem wyjścia refleksji w artykułach analityków najnowszego dramatu. Podstawowym, często powtarzanym zarzutem wobec antologii Pawłowskiego, była ferowana przez autora wyboru tekstów teza o dramatach, które stanowią odbicie problemów otaczającej nas rzeczywistości, a także uwagi o autorach, którzy sięgają po odważne tematy, bezkompromisowo portretują jednostki, często zdeprawowane, i wydarzenia, jakże okrutne.
Niezrażony, a raczej wzmocniony głosami krytyki, Roman Pawłowski opublikował ostatnio drugi tom antologii najnowszych polskich dramatów – „Made in Poland”. Zarówno tytuł, jak i wstęp sugerują strategię doboru tekstów, podobną do tej z „Pokolenia porno”. Tym razem jednak, dla obrony swego stanowiska, Pawłowski powołuje się na nie byle jaki autorytet – III część „Dziadów” Mickiewicza. Dyskusja literatów, przedstawiona w „Salonie warszawskim”, ma być argumentem potwierdzającym ciasne horyzonty tych czytelników, którzy nie lubią „spółczesnych wypadków”, którzy „wolą sielanki”. Tymczasem właśnie owe współczesne, jakże aktualne wypadki, pozostają inspiracją dla młodych twórców polskiego dramatu. I, jak sądzi Pawłowski, atutem ich tekstów.

Jeżeli mierzyć wartość publikacji na podstawie temperatury wypowiedzi krytycznych na jej temat, stwierdzić należy, że antologia osiągnęła swój cel. Wystarczy zapoznać się z artykułami Dariusza Nowackiego, Igora Sztokfiszewskiego i Tomasza Mościckiego, z ich polemiką pełną emocji (http://kumple.blog.pl, www.ha.art.pl). Uwagi krytyków, tyleż merytoryczne, co personalne, skutecznie dolały oliwy do przygasającego już płomyka dyskusji wywołanej niegdyś przez „Pokolenie porno”. Ich ostre słowa z jednej strony, a zamiłowanie do dramatów z drugiej, skłoniły mnie do lektury zgromadzonych w antologii tekstów.

W zbiorze „Made in Poland” znalazły się dramaty Roberta Bolesto, Pawła Demirskiego, Magdy Fertacz, Tomasza Kaczmarka, Macieja Kowalewskiego, Dany Łukasińskiej, Tomasza Mana, Joanny Owsianko i Przemysława Wojcieszka. Łączy je, jak pisze autor antologii, „zakażenie Polską”, nowoczesny język i świadomość środków współczesnego teatru. Różni zaś bardzo wiele, począwszy od poziomu artystycznego, skończywszy zaś na sposobie rozumienia i umiejętności wykorzystania wspomnianych „środków teatru”. Najbardziej wątpliwy, moim zdaniem, pozostaje argument o zaangażowaniu młodych twórców w, powiedzmy metaforycznie, „naprawę Rzeczpospolitej”. Autor antologii nazywa ich wprost „twórcami niemoralnego niepokoju”, podkreślając ich bystre spostrzeżenia na temat aktualnej rzeczywistości, zwłaszcza zaś ludzkich błądzeń i wykroczeń. Pomimo uważnej – jak mi się zdaje – lektury tych tekstów, nie mogę zgodzić się na opakowanie zbioru prezentowanych dramatów w zasłonę etycznych powinności. W przeważającej mierze są to teksty, których źródła nie upatruję w tzw. „gorączce etycznej” (nie bez kozery parafrazuję hasło skojarzone z tradycją romantyczną). Argumentów na korzyść antologii upatrywałabym raczej w innym stwierdzeniu Pawłowskiego, dotyczącym estetyki. Otóż zebrane zostały teksty, które dobitnie odzwierciedlają preferencje młodych autorów, oddających nieraz swe dusze w zamian za odnalezienie niebanalnego twórczego pomysłu. Wyraźnie zaznacza się ślad „drogi przez mękę” w poszukiwaniu rozwiązań, które pozwoliłyby zabłysnąć tekstowi i zaciekawić dość kapryśnego odbiorcę. Pół biedy, pół sukcesu, jeśli poszukiwania te dotyczą języka i gry z dramaturgiczną konwencją. „Cała bieda” pojawia się wówczas, gdy dramat opiera się na pseudoreporterskiej skrupulatności bądź na próbie zachwycenia odbiorcy kontrowersyjnym tematem.

Wprowadzenie tematów do tej pory nieobecnych w teatrze bądź estetyka szoku jako gwarancja zaangażowania odbiorcy to chwyty dobrze już obeznane. Dlatego też teksty oparte przede wszystkim na takich pomysłach sprawiają wrażenie powierzchownych próbek dramatycznych. Dramatycznych także z tego względu, że wywołujących lekki ból głowy zniechęconego czytelnika. Najsłabiej wypadają te utwory, które – wypisz–wymaluj – stanowią przykład opisanego przez Dobrochnę Ratajczakową zjawiska reality drama. Teksty odzwierciedlające reguły pokazów medialnych, w rzeczywistości stanowiące powielanie schematów, kopiowanie kopii. Cóż począć z „Miss HIV” Macieja Kowalewskiego i „Tiramisu” Joanny Owsianko? Albo z „O matko i córko” Roberta Bolesto? Ten ostatni, nie tyle reality drama, co naturalistyczny zapis mentalności, łączącej katolicyzm z pornografią, nie odbiega zasadniczo od dwóch pierwszych. Prostaccy, czasem prymitywni, pazerni i obłudni w zamierzeniu autorów bohaterowie, a raczej bohaterki wspomnianych dramatów, wykreowani zostali jako uczestnicy konfliktów dramaturgicznych spod znaku seksu i kasy. Nawet jeśli potraktować te wizje jako głos w sprawie stereotypowych myśli i płaskich zachowań antybohaterów dnia dzisiejszego, trudno przekonać się do zdarzeń przedstawionych: choć nierzadko wulgarne, to nie szokują już przecież antyestetyzmem; można też potraktować je jako kompilację obrazków znanych z telewizyjnego ekranu. Nie pomaga w odbiorze nawet „nowoczesny” język tych dramatów.

Znacznie lepiej wypadają te utwory, w których „sceny z życia Polaków” wykreowane zostały dzięki grze z formą i ze słowem, czy to na płaszczyźnie dramaturgicznej, czy teatralnej. Zresztą, nic w tym dziwnego, że taka jawnie kreacyjna strategia winduje teksty ponad pseudomimetyczną przeciętność tych historii, które ukazują ludzi w rozmaity sposób pokrzywdzonych, czasem prymitywnych. Spośród utworów, prezentujących czarne i ciemne sfery aktualnej rzeczywistości, najlepiej bronią się te, które akcentują sytuację wypowiadania: stanowią dobry materiał dla scenicznej interpretacji, nie tyle w zakresie odtwarzania świata przedstawionego, co ze względu na kreację podmiotów mówiących, obnażonych dzięki brzmieniu słów. Fragmentaryczne, nacechowane emocjonalnie wypowiedzi postaci – uczestników codziennych zdarzeń i niecodziennych zbrodni – stwarzają w wyobraźni odbiorcy pełne napięć sytuacje, symultaniczne nieraz obrazy. Taki monotonny pod względem składniowym, ale pełen emocji strumień mowy pojawia się w „111” Tomasza Mana. Rzecz dotyczy morderstwa rodziców. Bohaterowie-ofiary, niczym głosy spoza tego świata, wspominają syna-zbrodniarza. Wywoływane z przeszłości chwile, jakże różnorodne, budują świat ludzi dotkniętych samotnością. Kontrast pomiędzy nużącą prostotą zdań a ukrytymi w słowach ludzkimi zachowaniami przerazić może sprzecznością motywów i skutków, i naiwnością iluzji, z których składa się mały, jednostkowy świat.

Na podobnej zasadzie fragmentaryczności, a także demonstracyjnego symultanizmu zbudowany jest „From Poland with Love” Pawła Demirskiego. Poszarpany tekst, pełen niedomówień i powtórzeń, prezentuje młodych ludzi, opętanych wizją emigracji zarobkowej, spragnionych dobrobytu i uczucia. Zwraca uwagę mocno zarysowany kontrast pomiędzy Dziadkiem, rozpamiętującym wojenną przeszłość a młodymi, skazanymi na pościg za kasą; dla tych ostatnich kolor biało-czerwony kojarzy się przede wszystkim z puszką coca-coli. Wyrazistość przekazu, momentami dość chaotycznego, podkreślona jest przede wszystkim poprzez sposób kompozycji języka. Poznać po nim autora, któremu nieobce są poetyckie chwyty. Repliki postaci, pełne rytmicznych powtórzeń, przypominają momentami współczesne poetyckie frazy. Różnorodność lirycznych koneksji potwierdza również cytat z Różewicza: „Ocalony” wpisany został w dramat jako reminiscencja z przeszłości, ale jednocześnie komentarz do sytuacji dwudziestokilkuletniego bohatera dramatu. „From Poland with Love”, ten lingwistyczny kolaż, od stycznia ubiegłego roku obejrzeć można w Teatrze Wybrzeże. Spektakl na podstawie tekstu Demirskiego wyreżyserował Michał Zadara.

„Matka cierpiąca” z kolei to osadzona w świecie blokowisk groteska w stylu jednoaktówek fatalistycznych. Tomasz Kaczmarek wykreował monstrualną postać Matki, bolejącej nad sobą i niszczącej wszystkich wokół siebie – w myśl hasła, że tylko w zamkniętej przestrzeni pokoju można uchronić się od wirusów tego świata. Sztuka, przewrotnie odwołująca się do toposu matki, nasycona słownictwem religijnym, patriotyczno-lirycznym i biologicznym, bliska w nastroju konceptom Różewicza i Mrożka, ukazuje obleśne stworzenia zamieszkujące małe bloczki i skazujące się na zagładę. Groza i śmiech składają się na tę wizję rodzinnego piekiełka.

„Agata szuka pracy” Dany Łukasińskiej i „Absynt” Magdy Fertacz w gorzki i ironiczny sposób rejestrują przeżycia bohaterów, wrzuconych w nieprzyjazny świat, w którym jednostka to tylko mało istotny element bezdusznej całości. Pierwszy ze wspomnianych tekstów nazwać można zręczną komedią. Uśmiech zostaje wyzwolony dzięki językowi. Oczywiście obowiązuje w tekście poetyka montażu. Kompilacja fragmentów pochodzących z różnych odmian funkcjonalnych polszczyzny (od języka urzędowego po slang młodzieżowy), sparafrazowane kolokwializmy i nowotwory językowe nadają wypowiedziom dość wartki rytm, są udanym przykładem kreowania fikcji podług zasad recycklingu. Zresztą śmiech pełni w tym tekście funkcję autoterapeutyczną – to dzięki niemu autorka pokonała stres, wynikający z konieczności poszukiwania pracy. Natomiast „Absynt” Magdy Fertacz, jednoaktowy zbiór 28 scen, to przede wszystkim nasycona emocjami opowieść o nieudanych związkach (rodzinnych i partnerskich), o rozczarowaniu życiem. Dramat o tyle osobliwy, że wykorzystujący chwyt retrospekcji. Sceny rozgrywają się po samobójczej śmierci głównej bohaterki, Karoliny. Są pełne bolesnych wspomnień i sentymentalnych wyrzutów. Ta poetyka wskrzeszania przeszłości i objawień ducha, który nawiedza bliskich, nie pomaga jednak, niestety, w kreowaniu świata przedstawionego. Dodane do całości nagrania Karoliny, które ogląda jej Prawie Mąż, czynią z dramatu jakąś ponurą wiwisekcję egzystencji. W tle pobrzmiewa powtórka Beckettowskiej metafory narodzin tożsamych ze śmiercią.

Na końcu zbioru znalazł się tekst Przemysława Wojcieszka, a więc w pewnym sensie spiritus movens całej antologii. „Made in Poland”, zrealizowany w teatrze w Legnicy, podczas lektury przypomina bardziej scenariusz filmowy niż tekst dramatyczny. Nic w tym dziwnego, przecież Wojcieszek dał się poznać przede wszystkim jako twórca filmowy (nagroda na festiwalu w Gdyni za „W dół kolorowym wzgórzem” w 2004 roku). „Made in Poland” napisany jest z prawdziwym nerwem dramaturgicznym, z poczuciem humoru portretuje społeczność blokowisk. Właśnie ten dystans, widoczny choćby w zdrobnieniach imion bohaterów i w kreacji fanów Krzysztofa Krawczyka, ocala poniekąd tę historię „z życia wziętą”. Bohaterowie, na czele z Bogusiem, czyli młodocianym buntownikiem, skomponowani zostali jako zaskakująca mieszanka wybuchowa sprzecznych emocji i zachowań. Brutalność sąsiaduje tutaj z łagodnością, cynizm z czułością, a spryt z naiwnością. Wszystko okraszone miłością do idola, Krzysztofa Krawczyka. Prezentacja świata betonowych domów odbywa się z wyraźnym przymrużeniem oka, ale – z drugiej strony – tekst ten, razem z tekstem Demirskiego, najbardziej wpisuje się w ramy krytycznej refleksji o Polsce, która to stała się według Pawłowskiego znakiem rozpoznawczym antologii. Bo spięcia między postaciami to jednocześnie przewrotne konfrontacje różnych postaw, w których obnażają się wzajemnie slogany znane z ostrych polemik, określanych szumnie „dyskusją o wartościach”. Dramat kończy się optymistyczną pointą: pośród ideologicznych skrajności Boguś wyrósł jako bohater, który rozpoznał swą drogę, drogę „młodego katolika z klasy robotniczej”.

Antologia „Made in Poland” akcentuje kilka istotnych spraw. Przede wszystkim pozostaje świadectwem zjawiska, które – ku uciesze/utrapieniu teatrologów – nazwać można urodzajem na nową polską dramaturgię. Mnożą się dziś dramaty i nie tylko mnożą, ale i ukazują na scenach, dzięki przychylności reżyserów i wsparciu kilku ośrodków teatralnych, na czele z Laboratorium Dramatu. Coraz popularniejsze stają się również „czytania dramatów”, czego przykładem chociażby niedawne Dni Dramaturgii Współczesnej w Wałbrzychu (18-19 lutego 2006). Zwraca również uwagę różnorodność formalna zgromadzonych w antologii tekstów. Kilku autorów wychodzi obronną ręką z wyścigu twórców w poszukiwaniu chwytów dramaturgiczno-teatralnych, ale nie brakuje w tym zbiorze sztuk nie najlepszej miary, sztuk „źle skrojonych”. Nie ze względu na jakieś obowiązujące normy twórcze, raczej wskutek chwilowych (mam nadzieję) niedomogów warsztatu. I zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa: niewypały mogą znaleźć się przecież w każdym w zbiorze „bomb”.

„Made in Poland”, jak pisze Pawłowski, pomyślana jest jako manifest ideowy, w którym ukazuje się „krytyczny obraz Polski, widzianej oczami przedstawicieli młodego i średniego pokolenia”. Podkreślam raz jeszcze: nie wydaje mi się, aby taka perspektywa dominowała w procesie lektury dramatów. Wolę myśleć o tej antologii jako zbiorze tekstów młodych autorów, którzy uczestniczą w rozgrywce o zainteresowanie i przychylność czytelnika/widza. Zresztą zgodnie z obowiązującymi dziś upodobaniami do „zabawy w twórcę”, „zabawy w tekst”. W mojej opinii w takiej rozgrywce przodują zwykle ci, którzy porozumienie z odbiorcą budują nie tylko dzięki poetyce zwierciadła, ukazującego modele zachowań skrajnych. Tym bardziej, że w czasie utrwalania rzeczywistości trudno zachować proporcje, łatwo natomiast zmienić się z wrażliwego świadka w marnego kopistę. W takim przypadku nie pomoże nobilitacja tekstów poprzez odwołanie do słów – czy to Mickiewicza, czy Szekspira. Nie pomogą też motta dramatów, choćby były zaczerpnięte z najbardziej znamienitych źródeł. Jak najmniej kopii, jak najwięcej dobrze napisanych dramatów, życzę zatem autorom obecnym w „Made in Poland”, i w Polsce.
„Made in Poland”. Antologia dramatu w wyborze Romana Pawłowskiego. Korporacja Ha!art, Kraków 2006.