Wydanie bieżące

1 marca 5 (53) / 2006

Wiesław Kowalski,

POJEDYNEK MIŁOŚCI I NIENAWIŚCI

A A A
Opera Nova w Bydgoszczy, wyruszając na kolejny podbój Holandii, wznowiła wielkie dzieło Giuseppe Verdiego, „Trubadura”, w reżyserii dyrektora Teatru Muzycznego w Gdyni, Macieja Korwina. Premiera tej inscenizacji odbyła się w 2002 roku w Hadze, a przygotowana została w koprodukcji polsko-holenderskiej na zakończenie roku Verdiowskiego. I tym razem dyrektor Maciej Figas zadbał o to, by zebrać garnitur rewelacyjnych solistów, w tym występującego gościnnie w partii hrabiego di Luny, włoskiego barytona, Alfio Grassa. Zaśpiewane koncertowo operowe partie, znakomita kondycja bydgoskiej orkiestry pod batutą Lukasa Beikirchera z Niemiec, wzbudziły po raz kolejny niekłamany entuzjazm melomanów i miłośników teatru operowego. W Bydgoszczy, tak jak u Verdiego, wszystko dzieje się w muzyce: w przepływających i splatających się ze sobą ariach, duetach i tercetach.

„Trubadur” nie jest dla inscenizatora i reżysera dziełem łatwym i przyjemnym, jeśli chodzi o możliwości teatralne. Musi w nim bowiem dominować muzyka, co powoduje, że od strony inscenizacyjnej spektakl może stać się zbyt statyczny. Nie da się w przypadku tego posępnego i zawiłego libretta wnikliwie pogłębiać motywacji działań głównych bohaterów, bo jest ono mało spójne i sporo w nim niekonsekwencji. Rzecz dotyczy nękanej wojną domową XV-wiecznej Hiszpanii. Na tym tle rozgrywa się tragiczna historia Cyganki Azuceny, która zamordowała własnego syna oraz narastający konflikt dwojga braci – di Luny i Manrica – ogarniętych miłosnym szaleństwem do tej samej kobiety. Dramat rodzinny o zabarwieniu wyraźnie melodramatycznym to jednocześnie konfrontacja dwóch rzeczywistości, symbolizowanych przez tajemniczych, bo nie znających swego pochodzenia, protagonistów. Ten niezwykle ważny element to podstawowy budulec nastroju w „Trubadurze”. Miłość, zazdrość, chęć odwetu, płonący stos i trucizna to motory napędowe scenicznej akcji.

W realizacji Macieja Korwina, będącej ciągiem statycznych obrazów, ważna jest mroczna atmosfera średniowiecznej Hiszpanii, gdzie wiara miesza się z zabobonami, miłość z nienawiścią, a rzucona w przyszłość klątwa musi się spełnić. Reżyseria Korwina, wyróżniająca się bardziej dyskrecją niż pomysłowością, jest skromna, oszczędna, czysta, klarowna i stanowi konsekwentną opozycję dla niezwykle mocnych uczuć i namiętności oraz dramatycznych spiętrzeń akcji, rozgrywanych pośród strzelistych murów zamczyska w Saragossie, klasztoru czy więzienia. Korwin, nawiązując do włoskiej szkoły operowej, nie boi się celebrowania głosów i śpiewaków. Jego inscenizacja zrodzona jest z muzyki, która niesie krzyk, jaskrawość, ironię, groźbę, kolor, siłę, słabość i walkę. Nie znaczy to wcale, że reżyser chciał ostentacyjnie usunąć się w cień i okazać pokorę wobec operowej konwencji. Prosty i jakby przezroczysty ruch sceniczny pozwala skupić się na akcji będącej nośnikiem ogromnej gamy uczuć i żarliwych temperamentów. Zastosowanie przez scenografa Franka Ravena kilku konstruktywistycznych ruchomych brył, zawieszonych pomiędzy rzeczywistością i fantazją, stwarza przestrzeń o wymiarze symbolicznym, przystającą do rozmiarów ludzkich tragedii zawartych w libretcie. W takich przypadkach pisze się o szczególnie wyostrzonej wrażliwości artysty na dźwięk i jego walory – barwę i ekspresję. Podobną funkcję spełniają wyszukane i oryginalne kostiumy zaprojektowane przez Małgorzatę Szydłowską, bardzo piękne w fakturze materiałowej, pełne niekonwencjonalnych detali, z dominującą czernią i czerwienią w sekwencji cygańskiej oraz bielą, złotem i purpurą w scenach dworsko-klasztornych. Bydgoskie przedstawienie „Trubadura” swój niepowtarzalny styl i klimat osiąga również dzięki znakomitemu operowaniu światłem, wywołującym efekty malarskie, perspektywę i dystans.

W skomplikowanej materii literacko-muzycznej Verdiego, Cammarana i Bardare, szczególna rola przypada wykonawcom, gdyż to oni tak naprawdę są faktycznymi współtwórcami gęstej od namiętności atmosfery przedstawienia. W Bydgoszczy zadbano starannie o profesjonalny zestaw solistów, bo tak jak mówił Caruso „…bagatela, do „Trubadura” trzeba czterech najlepszych głosów na świecie”. Na pewno niekwestionowaną gwiazdą tego spektaklu jest Małgorzata Ratajczak, która w roli starej, ogarniętej sprzecznymi uczuciami Cyganki Azuceny pokazała, jak poddając się melodyce Verdiego można stworzyć autentycznie tragiczną, przejmującą i wzruszającą postać. Jej ciemny, wypełniony dramatyzmem mezzosopran, nieprawdopodobnie równo nośny w całej skali, imponuje potęgą brzmieniową od pierwszej do ostatniej frazy. Najsłynniejsza aria „Stride la vampa” to prawdziwy popis wokalno-aktorski bydgoskiej śpiewaczki, która z równym powodzeniem śpiewa tę partię na innych scenach operowych naszego kraju. Przepięknie partię Leonory śpiewała Halina Fulara-Duda. I choć bydgoska artystka nie tworzy jeszcze pełnej postaci, gra zaledwie kilkoma podpatrzonymi „numerami”, wykorzystując prywatną gestykulację i mimikę, to jej głos, pełen mocy, nośności i blasku, potrafi w interpretacji każdej nuty osiągać wielkie napięcie emocjonalne i wzruszenie. Zarówno w momentach lirycznych, jak dramatycznych. Trudne pasaże w partii Leonory artystka pokonuje gładko, swobodnie i bez wysiłku. Rola hrabiego Di Luny, w interpretacji Alfio Grasso, to przede wszystkim popis perfekcji wokalnej w umiejętności operowania barytonem głęboko dramatycznym, w dźwięku równym i swobodnym. Janusz Ratajczak, jako Manrico, najpiękniej zaśpiewał końcowy duet z obłąkaną Azuceną. Geniusz Verdiego objawił się w tej interpretacji w całej krasie liryczno-tragicznych tonów.

Podobnych doznań dostarcza chór bydgoskiej Opery Nova przygotowany przez Henryka Wierzchonia, w ansamblach wewnętrznie zwarty i dynamiczny. A śpiew a capella zakonnic w części drugiej to prawdziwy majstersztyk w dozowaniu emocji wywołujących dreszcze. Na osobne uznanie zasługuje wyrazista rytmicznie orkiestra, która pod batutą Lukasa Beikirchera wnikliwie towarzyszyła solistom. Z orkiestronu płynęła muzyka godna wielkiej partytury Verdiego i żadne natrętne forte nie zagłuszało śpiewu. Idealna współpraca orkiestry i sceny stwarzała doskonałą dla ucha równowagę brzmieniową, dozującą we właściwych proporcjach dramaturgię, energię i emocje. Dynamizm i wewnętrzne napięcie spektaklu to również zasługa dyrygenta.

Warto zatem zwrócić uwagę na bydgoską operę, która staje się sceną o coraz większych możliwościach repertuarowych i wykonawczych. Dobra orkiestra, wyrównany zespół śpiewaków, wspaniały operowy gmach, wreszcie zapraszani do współpracy znający swój fach realizatorzy (m.in. Laco Adamik, Krzysztof Kelm, Ryszard Peryt) to największe atuty dla dalszego rozwoju Opery Nova w Bydgoszczy.
Giuseppe Verdi „Trubadur”. Reżyseria: Maciej Korwin. Scenografia: Frank Raven. Kostiumy: Małgorzata Szydłowska. Kierownictwo muzyczne: Lukas Beikircher. Opera Nova w Bydgoszczy. 8 grudnia 2005.