Wydanie bieżące

1 marca 5 (53) / 2006

Grzegorz Mucha,

BUCKETHEAD

A A A
„Kaleidoscalp”. Tzadik 2005.
No i stało się! John Zorn poprzez swoją prestiżową wytwórnię Tzadik wydał muzykę Bucketheada. Gitarzysta stworzył coś pod gust nowojorskiego awangardzisty. Natłok dźwięków i pomysłów, w którym każde rozpoczęcie akcji muzycznej po chwili zanika, aby mogło się rozpocząć kolejne.

Takie szatkowanie muzyki mogło się podobać na początku lat 90., czyli w czasach, kiedy należało udowodnić tezę, iż sztuka wysoka łatwo i bezkonfliktowo znosi zmieszanie ze sztuką niską, a niska z... jeszcze niższą. Teraz przeprowadzanie takiego dowodu jest działaniem bezproduktywnym. Nagrania najbardziej obrazoburczej formacji Zorna – Naked City, do dziś wywołują zimne dreszcze. Niestety, muzyka Bucketheada wywołuje całkiem inny rodzaj dreszczy. Gitarowa przemoc – to chyba najtrafniejsza definicja tego, co dzieje się na płycie „Kaleidoscalp”. Dodam od razu, że gitary się nie boję, a wręcz przeciwnie. Należę do zdecydowanych miłośników rzężeń à la Thurston Moore i innych, jemu podobnych. Niestety „człowiek w masce”, czyli Buckethead nie rzęzi. To nie jest muzyka gitarowego „brudu”. To raczej przejaw gitarowego katharsis w stylu Eddy’ego Van Halena. Mamy tu bowiem serię mocnych riffów, które pojawiają się i znikają bez żadnego ładu i celu. Przetykane są bezustannym elektronicznym efekciarstwem. Ot, taka sobie zabawa z komputerem i gitarą. A przecież zarówno komputer, jak i gitara może przynieść całkiem intrygujące efekty. Co zatem skłoniło Johna Zorna do wydania owej muzyki u siebie? Może miłe sercu kroczenie jego ścieżką. Jeśli tak, to wkrótce należy się spodziewać całej fali epigonów grupy Naked City. Przy okazji mam spory żal do gitarzysty. Był on członkiem, prowadzonego przez basistę i producenta Billa Laswella, mocnego tria Praxis. Tam jego umiejętności były wykorzystane w 100%. Praxis idealnie łączyło ciężki funk z rockiem i kilkoma innymi stylami. Muzyka tria niosła pozytywną energię, zdolną wyczesać mózg na wylot. Czasem taki zabieg był potrzebny, aby być przygotowanym na inne atrakcje (Fantomas, Boredoms, Naked City). Mój żal polega na tym, iż Buckethead nie zastanowił się nad własną wizją muzyki. Poszedł za ciosem, który dawno wybrzmiał. Wątpię, aby nas jeszcze zaskoczył. Jego niedawny udział w groteskowej, rockowej formacji przebierańców, jaką jest (oby było) Guns n’ Roses chyba nie wyszedł mu na dobre.