Wydanie bieżące

15 maja 10 (106) / 2008

Magdalena Kempna-Pieniążek,

HARRY POTTER I KINO KULTOWE

A A A
Propozycje programowe Festiwalu Filmów Kultowych niejednokrotnie mogły nastręczać widzom wątpliwości stricte definicyjnych. Wszak jako „kultowe” prezentowano już w ramach przeglądu filmy Ingmara Bergmana (w 2006 roku) czy Jana Jakuba Kolskiego (w 2007 roku). Gdyby ktoś próbował na podstawie programu którejkolwiek z edycji FFK opracować definicję „filmu kultowego”, musiałby dojść do wniosku, że miano to przysługuje w zasadzie wszystkim dziełom – zarówno reprezentującym nurt kina niezależnego, jak i tym wywodzącym się z klasycznego mainstreamu, wybitnym przykładom kina autorskiego oraz przedstawicielom grupy „najgorszych filmów świata”, dziełom Jima Jarmuscha tak samo jak produkcjom Alfreda Hitchcocka czy Eda Wooda. W zasadzie byłaby to prawda. Chociaż bowiem termin „kultowy”, historycznie rzecz biorąc, odnosił się początkowo do określonego zjawiska w amerykańskiej kulturze popularnej, szybko jego znaczenie zaczęło podlegać modyfikacjom. Współcześnie o przyznaniu jakiemuś dziełu rangi „kultowości” decydują w dużej mierze arbitralnie skonstruowane definicje tego pojęcia oraz kontekst, w jakim dana produkcja funkcjonuje.

„Potteromania” jako kult

„Kultowość” cyklu adaptacji powieści J. K. Rowling o Harrym Potterze w tym kontekście wcale nie jest taka trudna do uzasadnienia. Chociaż bowiem zwolennicy tradycyjnej definicji filmu kultowego z pewnością krztuszą się ze śmiechu na myśl o tym, że terminem tym można objąć produkcje na wskroś komercyjne, hollywoodzkie i wypuszczone na rynek przez wielkich producentów pokroju Warner Bros., nie sposób zaprzeczyć, że dzieła (literackie i filmowe) opowiadające o młodym czarodzieju otacza aura specyficznego, komercyjnego kultu. Kult ten jest oczywiście – proszę mi wybaczyć niewybredną grę słów – iście pop-kult-urowy, co nie zmienia faktu, że posiada on właściwe sobie rytuały (wszyscy pamiętamy tłumy nastolatków oblegających księgarnie w noc premiery każdego kolejnego tomu cyklu), artefakty (listę gadżetów można byłoby wymieniać w nieskończoność) oraz doktrynę wykładaną przez mniej lub bardziej poczytnych egzegetów (książki pokroju „Mojego przyjaciela Harry’ego Pottera” Antoine’a Guillemaina pojawiają się na rynku wydawniczym jak grzyby po deszczu). I chociaż histeria niektórych ultrakatolickich ugrupowań uznających Rowling za rzeczniczkę szatana na ziemi jest oczywiście nieuzasadniona (wszak fikcja literacka rządzi się swoimi prawami), to może jednak warto byłoby się zastanowić nad tym, czy nie jest ona reakcją spowodowaną przez spostrzeżenie, że „potteromania” rzeczywiście nabrała cech pewnego kultu. Inna rzecz, że kult ten jest iście komercyjny i pozbawiony pierwiastków głęboko duchowych, opierając się przede wszystkim na mechanizmach psychologicznych i socjologicznych.

Szczytową fazę „potteromanii” mamy zresztą już chyba za sobą. Wierni czytelnicy powieści Rowling w ciągu dziesięciu lat powstawania cyklu (pierwszy tom został opublikowany w Wielkiej Brytanii w 1997 roku) zdążyli już dorosnąć, a nawet wydać na świat kolejnych potencjalnych przyszłych fanów młodego czarodzieja. Starzeją się także odtwórcy głównych ról w filmowych adaptacjach cyklu. Już teraz wiadomo, że w 2011 roku, gdy na ekrany kin wejdzie ostatnia odsłona opowieści – „Harry Potter i Insygnia Śmierci cz. 2” (producenci zamierzają rozbić ostatni film na dwie części) rolę siedemnastoletniego Harry’ego grać będzie dwudziestodwuletni już Daniel Radcliffe. I choć casus serialu „Beverly Hills 90210” (w którym zbliżający się do trzydziestki aktorzy występowali w rolach nastolatków) nie zostanie z pewnością powtórzony, warto na ten fakt zwrócić uwagę, daje on bowiem wyobrażenie o tym, jak wielkiej i skomplikowanej machiny wymaga – obliczone oczywiście na uzyskanie jak największych dochodów – podtrzymywanie „kultu Harry’ego Pottera”. Wszak adaptacja każdego kolejnego tomu wiąże się nie tylko z olbrzymimi (setki milionów dolarów) nakładami finansowymi, ale i z czasochłonnymi przygotowaniami. Zarówno jedne jak i drugie są niezbędne, by świat, w którym żyją bohaterowie, sprawiał wrażenie naprawdę… magicznego.

Magiczny kinematograf

Nie ma co ukrywać: w produkcjach takich jak filmy z cyklu o Harrym Potterze dochodzi do głosu jarmarczny rodowód kina, a potęga kinematografu osiąga swoje apogeum. Chociaż bowiem bracia Lumière chcieli nadać swojemu wynalazkowi walor dydaktyczny, społeczny i edukacyjny, szybko okazało się, że nie ci z twórców, którzy wierzą w rzeczywistość, lecz ci, co postanowili zaufać obrazowi, osiągają na polu filmowym najbardziej spektakularne sukcesy. Co nie zawsze rzecz jasna przekłada się na wartość artystyczną. Ponad sto lat temu, kiedy powstał kinematograf, traktowano go jako rodzaj rozrywki dla – często niepiśmiennych i niewykształconych – mas, skłonnych postrzegać film jako rodzaj magicznej sztuczki. O tym, że kino jest idealnym wręcz medium dla przebogatej ludzkiej wyobraźni szybko przekonał się Georges Méliès, twórca nowatorskich (jak na tamte czasy oczywiście) dzieł spod znaku fantastyki, w tym słynnej „Podróży na księżyc” (1902). Pod pewnymi względami niewiele się od tamtych czasów zmieniło: większość widzów zapełniających sale kinowe oczekuje, że film dostarczy im rozrywki, a studia filmowe prześcigają się w poszukiwaniu technicznych możliwości zaspokojenia tego pragnienia. Cykl filmów o Harrym Potterze jest tego doskonałym przykładem.

Nie trzeba chyba nikomu udowadniać, że – przynajmniej dla tych, którzy cenią sobie dorobek Rowling albo po prostu lubią dobrze skrojone kino – oglądanie tych dzieł może się wiązać ze sporą, aczkolwiek raczej prostą przyjemnością. Efekty specjalne, choć nie zawsze idealnie dopracowane, w dostatecznym stopniu tworzą iluzję magiczności, scenografia, charakteryzacja i kostiumy cieszą oko, muzyka stanowi dobrze dobrane tło, a akcja toczy się wartko i dostarcza odpowiedniej ilości emocji. Zresztą cykl filmów o Harrym Potterze to dobra zabawa nie tylko dla widzów, ale i twórców. Najlepszym dowodem na to może być fakt, że w rolach (niekoniecznie epizodycznych) nauczycieli z Hogwartu możemy zobaczyć śmietankę brytyjskiego aktorstwa: Emma Thompson jako roztrzepana i dziwaczna profesor Trelawney budzi litość i śmiech zarazem, Maggie Smith wręcz idealnie wpisuje się we wzorzec surowej, ale kompetentnej nauczycielki o wielkim sercu, profesor McGonagall, słynący z narcyzmu Kenneth Branagh kreuje postać zakochanego w sobie (sic!) profesora Gilderoya Lockharta, a Imelda Staunton jest wręcz upiorna jako słodka i perfidna profesor Umbridge. Rolą w cyklu nie wzgardził i Gary Oldman, wcielając się w postać fascynującego Syriusza Blacka, a Ralph Fiennes zagrał samego Lorda Voldemorta. Żadna z książkowych postaci nie stanowiła zapewne dla tak wybitnych aktorów szczególnie trudnego wyzwania. Pod tym względem najbardziej „poszczęściło” się Alanowi Rickmanowi, który mógł się chociaż trochę popisać, grając postać mrocznego profesora Severusa Snape’a. Biorąc pod uwagę, jak wielką i niejednoznaczną rolę pełni opiekun Slytherinu w dwóch ostatnich tomach cyklu, można się spodziewać, że w kolejnych filmach Rickman znajdzie jeszcze wiele okazji do zabłyśnięcia.

Harry Potter i reżyserzy

Jednak magia kina to nie tylko możliwość konstruowania iluzji. To także droga ekspresji, szansa pokazania (i zobaczenia) wymykających się językowi wyobrażeń, wizji, odczuć. Być może dlatego właśnie tak trudno jest pisać o filmach z cyklu o Harrym Potterze. Chociaż bowiem są one pod wieloma względami przykładami świetnego filmowego rzemiosła, nie można ich uznać za wybitne adaptacje literatury. Ogromna machina komercyjności narzuca na twórców całą siatkę ograniczeń. Przy tego typu przedsięwzięciach priorytetem jest zwykle zachowanie stylistycznej spójności i formy, która byłaby akceptowalna dla większości widzów. Dlatego w imię wywierania wrażenia, że „w filmie jest tak jak w książce”, swoboda interpretacyjna twórców zostaje ograniczona do minimum, a najbardziej „radykalne” posunięcia adaptacyjne polegają na wyeliminowaniu niektórych wątków i wprowadzaniu uproszczeń, które są konieczne przy ekranizacji tak obszernych powieści.

Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie filmy cyklu są pod względem estetycznym identyczne. „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” (2001) oraz „Harry Potter i Komnata Tajemnic” (2002), wyreżyserowane przez autora sukcesu serii „Kevin sam w domu”, Chrisa Columbusa, są zdecydowanie najbardziej „hollywoodzkie”: świat, do którego wkracza Harry Potter po tym, jak dowiedział się w swe jedenaste urodziny, że pochodzi z czarodziejskiej rodziny, jest w wizji twórcy cudowny i bajeczny, pełen świetnych gadżetów (o których Kevin mógłby tylko pomarzyć), a przy tym oparty na prostej aksjologii – niczym na szachownicy pola białe i czarne są tutaj określone z góry, złu reprezentowanemu przez Voldemorta i jego popleczników (niejako w wersji „makro”) oraz głupich Dursleyów (w wersji pomniejszonej i karykaturalnej) przeciwstawia się stronnictwo dobra z Harrym i jego przyjaciółmi oraz dyrektorem Hogwartu, Albusem Dumbledorem, na czele. Trzecia część cyklu (2004), wyreżyserowana przez kontrowersyjnego twórcę Alfonso Cuaròna („I twoją matkę też”, 2001), nosi najwięcej znamion autorskiego podejścia do dzieł Rowling. Kreując daleko wykraczające poza wyobrażenia zawarte na kartach powieści, na pół materialne postaci przerażających strażników Azkabanu, dementorów oraz dyskretnie przesuwając akcent z czystej akcji na walory psychologiczne i estetyczne (efektowne, nieco odrealnione nocne krajobrazy w zakończeniu filmu), reżyser najwyraźniej próbował odcisnąć swoje własne piętno na ekranizacji „Harry’ego Pottera i więźnia Azkabanu”. Producenci najwyraźniej jednak postanowili nie brnąć w choćby nieznacznie autorskie adaptacje i zrealizowanie kolejnej części zlecili kolejnemu twórcy „rodem z Hollywood”, Mike’owi Newellowi. Efekty były łatwe do przewidzenia: „Harry Potter i Czara Ognia” (2005) to znów poniekąd popis efekciarstwa, choć nie można odmówić reżyserowi smykałki w odmalowywaniu nastroju grozy, który uwidocznił się również w piątym filmie cyklu, zrealizowanym przez mniej znanego twórcę, Davida Yatesa, pt. „Harry Potter i Zakon Feniksa” (2007). Po obejrzeniu ostatniego jak dotąd filmu serii, co ciekawe, nie w zamierzeniu najbardziej spektakularne sceny (np. lot członków Zakonu nad Tamizą) pozostają w pamięci, lecz świetnie zmontowane sekwencje przerażających wizji Harry’ego doświadczającego dziwnej, duchowej i umysłowej więzi ze swym śmiertelnym wrogiem, Voldemortem.

Blaski i cienie kultu

Jednym z największych – pod względem dydaktycznym – atutów literatury jest to, że pobudza ona wyobraźnię. Wbrew obiegowym opiniom, kino nie jest w tym przypadku antagonistą książek. Podsuwając obrazy i określone wizje literackich światów, adaptacje literatury skłaniają często do konfrontacji subiektywnych wrażeń czytelników z interpretacją tego samego dzieła zaproponowaną przez twórców filmowych. Cykl filmów o Harrym Potterze nie ma takich ambicji. Z założenia jego status opiera się na służebności w stosunku do literackiej wizji. Innymi słowy, nie chodzi tu o to, by zaprezentować autorskie odczytanie przygód młodego czarodzieja, wejść w dialog z tekstem, lecz o to, by wpisać się jak najpełniej w nurt „potteromanii”. Wynika z tego, że literatura i film nie są w tym przypadku równorzędnymi partnerami w dyskursie sztuk. Chociaż jest to naturalną konsekwencją hollywoodzkiego podejścia do bestsellerów, a cały cykl dostarcza naprawdę wiele przyjemności i czystej rozrywki, nie sposób nie powiedzieć: „trochę szkoda”.

Materiału w samych książkach Rowling bowiem nie brakuje – chociaż reprezentują one nurt kultury popularnej, podjęta przez nie dyskusja z charakterem literatury dziecięcej i młodzieżowej, interesujące tropy psychoanalityczne i etyczne, a nawet religijne (i to bynajmniej nie w duchu satanizmu czy okultyzmu!) stanowią źródła potencjalnych, ciekawych interpretacji. Nie mówiąc już o tym, że sam Harry Potter, funkcjonujący jako owiany sławą „Chłopiec, Który Przeżył” jest w swoim świecie poniekąd, nomen omen, postacią kultową. Mniej więcej od czwartego tomu cyklu („Harry Potter i Czara Ognia”), który powstawał już w atmosferze „potteromanii” i gorączkowego oczekiwania na ciąg dalszy opowieści o młodym czarodzieju, bohater zaczyna doświadczać blasków i cieni takiej sytuacji. Harry musi się bowiem uporać nie tylko z realnym zagrożeniem ze strony Voldemorta, ale i ze świadomością, że każdy mieszkaniec jego świata ma jakąś teorię na temat jego osoby oraz że on sam jest postacią obdarzaną całym szerokim wachlarzem rozmaitych emocji – od bezkrytycznego uwielbienia i zaufania po zazdrość i nienawiść. Nie bez powodu jedną z najbardziej irytujących postaci w ostatnich tomach cyklu jest Rita Skeeter, dziennikarka żerująca na tragicznych wydarzeniach z życia Harry’ego i jego mentora, Albusa Dumbledore’a, a sam bohater często napotyka własne nazwisko w najpopularniejszej gazecie czarodziejów, „Proroku Codziennym”. Obecność tego „medialnego” wątku w powieściach Rowling jest najlepszym dowodem na to, że autorka musiała odczuwać ciężar kultu, jakim obrosły jej dzieła: uwielbiany przez jednych, krytykowany przez innych, hołubiony, a zarazem oskarżany o propagowanie okultyzmu Harry Potter walczy o swoją tożsamość nie tylko w fikcyjnym, ale i w realnym świecie. I być może w upartym sprzeciwie wyrażanym przez bohatera wobec wszystkich osób i instytucji, które pragną z niego zrobić swoją maskotkę, kryje się coś z obawy przed tego typu kultem, który wiąże się ze spłyceniem przesłania powieści i sprowadzeniem jej wartości do wymiarów czysto rozrywkowych?