ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (106) / 2008

Bernadetta Darska,

IŚĆ Z KOTEM PRZEZ ŻYCIE

A A A
Cóż ciekawego można by napisać o kotach? – pewnie wielu zapytałoby z przekąsem. Ewentualnie jakąś bajkę albo historię z człowiekiem w roli głównej i kotem jako towarzyszem. Kot jako postać pierwszoplanowa, jako temat? Nie, to chyba niemożliwe. A jednak... Dorris Lessing się to udaje. Jej opowieść o kotach jest nie tylko historią spotkań ludzi ze zwierzętami, próbą zachowania równowagi, zapisem uczuć i emocji, ale też fascynującym świadectwem przyjaźni, których się nie zapomina i które trwają latami. Ci, którzy chcieliby zarzucić Wydawcy pójście za modą, no bo Noblistka, więc wszystko, co napisała, dobrze się sprzeda, nie mieliby racji. Książka „O kotach” nie ma w sobie nic z naiwności historyjek o zwierzętach, nie ma też nic z fabuł kończących się pouczającym morałem. Jest za to fascynującym zapisem tego, co rodzi się między człowiekiem a zwierzęciem, wzajemnych podobieństw (tak, tak) i różnic, sytuacji, które odsłaniają nasz humanizm i nasze barbarzyństwo.

Koty w opowieści Doris Lessing nie są pretekstem. Zdarza się jednak często, że przypada im trudna i niewdzięczna rola pokazywania ludziom, jak trudne bywa człowieczeństwo. Kocie historie zamieniają się wówczas w opowieści o sytuacjach granicznych przeżywanych przez ich dwunożnych przyjaciół. Szczególnie przejmujące pod tym względem są fragmenty odwołujące się do życia pisarki, wówczas małej dziewczynki, na afrykańskiej farmie. Koty nie są tam traktowane jako domownicy, lecz jako półdzikie zwierzęta, nad którymi trzeba czuwać, by nie rozmnożyły się nadmiernie i nie spróbowały zająć na nowo przestrzeni zdobytej i zaanektowanej już przez człowieka. Co ciekawe, mężczyzna nie zajmuje się regulacją urodzeń. To kobieta ze strzelbą w dłoni zabiera się za zabijanie po to, by strzec porządku na farmie. Rytuał mordowania kotów i konieczność powtarzania go w regularnych odstępach czasu pozornie oswaja ze śmiercią, ale tak naprawdę pokazuje, jak trudno umieranie zracjonalizować i uznać je za oczywistą część egzystencji. Kobiece dbanie o to, by śmierć się dokonała, staje się w tym wypadku – paradoksalnie – synonimem pozornego sensu. Powszechność kocich urodzin jest bowiem tutaj problemem, likwidacja kotów jego rozwiązaniem. Lessing pisze o matce: „Matka jednak, która z naturą była za pan brat, ale w gruncie rzeczy traktowała ją jako swój obowiązek i brzemię, nie traciła czasu na sentymentalne spekulacje. ‘Jak dla ciebie, wszystko gra, czyż nie?’ – rzucała żartobliwie, zawsze żartobliwie, choćby ją to miało zabić, ale oczywiście z urazą, ponieważ to nie ojciec topił kocięta, nie on strzelał do węży, zabijał chory drób czy wypalał siarką gniazdo białych mrówek. Ojciec lubił białe mrówki, zawsze z przyjemnością je obserwował” (s. 15). Dzięki zabijaniu kobieta dba o to, by życie toczyło się raz ustalonym trybem i by nikt ani nic nie zakłócało uzyskanego spokoju. Jak kruche jest wywalczone śmiercią bezpieczeństwo, pokazuje sytuacja, kiedy to pewnego roku matka odmawia „pełnienia roli regulatora, arbitra, strażnika równowagi między zdrowym rozsądkiem a bezsensownym puszczeniem natury na żywioł (...)” (s. 16). Jak wspomina autorka, wszędzie pojawiły się tabuny kotów, setki zwierząt rozmnażających się w zatrważającym tempie. Matka wyjeżdża i to ojciec musi tym razem dokonać aktu zagłady.

Poczucie bezsensu, bezsilność, łzy, konieczność poddania się przyrodzie i stoczenia walki, którą już niebawem trzeba będzie powtórzyć – taka jest afrykańska rzeczywistość. Trzeba zobojętnieć, trzeba wyzbyć się emocjonalnego podejścia do zwierząt i przestać traktować każdego kota jako potencjalnego przyjaciela domu. Obok trudnej nauki obojętności jest też miejsce na miłość i przyjaźń – małej dziewczynce udaje się wygrać walkę o kota; matka wyraźnie cieszy się, gdy po zabiciu przez męża setek kotów, jednego „starego ulubieńca” odnajduje żywego; córka i matka płaczą, gdy okazuje się, że zamiast węża, śmiertelnie postrzelony zostaje domowy kot. Pobyt na afrykańskiej farmie to ciągłe przekonywanie siebie, że tak trzeba, przy jednoczesnym poczuciu, że tak nie można, to zapewnianie siebie, że eliminowanie kotów jest konieczne, i żal, że nie da się uniknąć tak ostatecznych rozwiązań. Lessing udaje się niezwykle sugestywnie pokazać, jak życie blisko jest śmierci i jak fakt narodzin stygmatyzuje śmiertelnością.

Kocie opowieści rodem z Anglii to już zupełnie inna historia. Zdawałoby się, że bardziej cywilizowana, mniej okrutna. Nic bardziej mylnego. Lessing sprawia wrażenie głęboko przekonanej, że egzystowanie z kotami nieuchronnie niesie ze sobą wielką radość i miłość, ale też ogromne cierpienie, na które nie możemy nic poradzić. Owszem, więcej tu kociej wolności, beztroski, opieki nad zwierzętami. Lessing opisuje uczucia, jakie rodzą się między kotem a człowiekiem. Wspomina o swojej wielkiej miłości do jednego z kotów i o trudnościach z zaakceptowaniem innych zwierząt, które pojawiły się w jej życiu po jego stracie: „Owszem, była miłą bestyjką, ale jej nie pokochałam; nigdy sobie na to nie pozwoliłam, nie poddałam się, krótko mówiąc, chroniłam siebie” (s. 24). Opowiada o kocich zwyczajach, o narodzinach (m.in. przejmująca historia jednej z kotek, która przy każdym porodzie, oszalała z bólu, zagryzała pierwszego kociaka) i odejściach, o kociej przyjaźni z myszami [sic!], o braku instynktu macierzyńskiego (przykład kotki, która w ogóle nie chciała zajmować się swoimi dziećmi, za to nie mogła funkcjonować bez towarzystwa ludzi). Przygląda się, jak koty odtwarzają relacje społeczne – gdy się lubią, chętnie ze sobą przebywają; gdy nie odczuwają w stosunku do siebie sympatii, unikają swojego towarzystwa; gdy mają okazję i chętnie pokazują, kto wśród nich jest silniejszy i kto ma większą władzę; wreszcie zdarzają się też kotom bardzo dziwne przyjaźnie – na śmierć i życie, choć nieuregulowane mieszkaniem w jednym domu, przypadkowe i odnawiane co jakiś czas.

Lessing opowiada też o odpowiedzialności za zwierzę. Skupia się na cierpieniu, które zadane przez człowieka i konieczne ze względów zdrowotnych dla kota jednak jest zdradą. Przytacza historię wysterylizowanej kotki: „Patrzyła na mnie ogromnymi ciemnymi oczami o rozszerzonych w szoku źrenicach. Została zdradzona i świetnie o tym wiedziała. Wydana podstępnie przez przyjaciółkę, osobę, która ją karmiła i chroniła, w której łóżku sypiała. To przez nią spotkała ją ta straszna rzecz. Nie mogłam znieść tego spojrzenia” (s. 64). Opowiada o okrucieństwie ludzi, którzy zawodzą kocie zaufanie i o tym, jak trudno potem ufność kota odbudować. Na końcu książki znajdziemy zaś historię El Magnifico, wielkiego przyjaciela, kota-kaleki, nieposiadającego jednej łapy.

Lessing za każdym razem, z kolejną kocią opowieścią, odsłania własną wrażliwość. Ale nie to jest najważniejsze. O wiele bardziej istotny wydaje się fakt, że książkę „O kotach” równie dobrze można by zatytułować „O ludziach”, bo właśnie o nich z kociego życia dowiadujemy się bardzo dużo. Lessing zdaje się udowadniać, że koty to bardzo ludzkie zwierzęta, a człowieczeństwa często brakuje właśnie ludziom. Pokazuje także, jak wiele zawdzięczamy kotom, które razem z nami spędzają życie. Puentą niniejszego tekstu i zarazem puentą kocich opowieści Lessing może być cytat: „Po całym życiu w towarzystwie kotów zostaje nam osad smutku, ale odmienny od tego, który winni jesteśmy ludziom. To połączenie żalu wywołanego kocią bezradnością i poczucia winy za cały rodzaj ludzki” (s. 169).
Doris Lessing: „O kotach”. Tłum. Anna Bańkowska. Wydawnictwo Prószyński i s-ka. Warszawa 2008.