Wydanie bieżące

15 maja 10 (106) / 2008

Mariusz Sieniewicz,

KTO ZAPAMIĘTA KATARZYNĘ BLUM?

A A A
Felieton
Trochę spóźniony to tekst, jeśli trzymać się kalendarza i dyktatu jubileuszowych obchodów. Myślę i piszę o marcu, o roku 1968, którego okrągła rocznica uświadamia, że oto minęło czterdzieści lat od ostatniego – na taką skalę, o takim rozmachu – kulturowego i społecznego przewrotu. Wszystko, co nastąpiło później, to jego mniej lub bardziej słyszalne echo. Urodzone w tamtym roku dziecko dzisiaj wkracza w wiek bohatera serialu Jerzego Gruzy, co można traktować zarówno czysto metrykalnie, jak i symbolicznie. Wielu wojujących w tamtym czasie młodych działaczy, studentów, lewicowych wolnościowców, dzisiaj jest szanowanymi politykami i mężami stanu, tworzącymi loże mainstreamu, co należy traktować zarówno symbolicznie, jak i naturalnie.

Oczywiście, rok 1968 ma niejedno imię, niejedną twarz. Jego źródła są różne, gdy spojrzy się na ówczesną mapę dystrybucji idei, wartości i dóbr. Młodzież francuska, ta przeintelektualizowana zazwyczaj, idealistyczna śmietanka postępowej lewicy, wykrzykiwała swym ojcom, mieszczańskim, konserwatywnym piernikom: „Lepiej być czerwonym niż martwym”. Młodzież zza Żelaznej Kurtyny, jako że miała częstszy i bardziej dotkliwy kontakt z milicyjną pałką, wołała: „Lepiej być martwym niż czerwonym”. Po obydwu stronach Żelaznej Kurtyny jedno było bezdyskusyjne: „nigdy nie wierz ludziom po trzydziestce”. Przy dość małym ryzyku interpretacyjnego błędu można powiedzieć, że w ten oto sposób rodziła się w Europie i za Oceanem – kultura masowa. A ruch kontrkulturowy, ten bunt młodości, stał się istotnym fundamentem współczesności i jej firmowego znaku – popkultury.

Mówi się: rok 1968. Myśli się: „Dziady” Dejmka, Michnik i dzieci kwiaty. Uniwersytet Warszawski, rozruchy i San Francisco, wolna miłość, Janis Joplin, Allen Ginsberg, palenie trawy, „Yellow Submarine” The Beatles. To zmitologizowana opowieść, pełna ikon i atrakcyjnych figur symbolicznych. Łatwa do przyswojenia. Atrakcyjna. Będąca prefiguracją dzisiejszej epoki. Mocno trendy, jazzy i glamour.

Jednak Europa ma swoją czarną legendę roku ’68, nie mieszczącą się w owej mitologii. Niepoprawną politycznie. Bez owego „sex”, bez owego „drugs”, bez owego „rock&roll”. Za to z krwią na rękach, terrorystycznym atakami i bezkompromisowym sprzeciwem wobec zastanego porządku. To czarna legenda Katarzyny Blum z książki Heinricha Bölla, a pośrednio: RAF-u i grupy Baader-Meinhof. Wraz z krzepnięciem idei „marcowych”, wraz z ich renegocjacją w obrębie mieszczańskiego paradygmatu, ta legenda jest systematyczne wykluczana z oficjalnego dyskursu jako „incydent” groźny i nieprzyjemny, jako „eksces”, o którym wszyscy powinniśmy zapomnieć. A po ataku na World Trade Center została całkowicie wypchnięta z publicznej przestrzeni określającej ponowoczesną tożsamość.

Los bohaterki „Utraconej czci…” był symptomatycznym obrazem burzliwych i dramatycznych lat 70. w Republice Federalnej Niemiec, pełnym agresji i przemocy, posuniętej o wiele dalej niż postulaty, odezwy i zbiorowe apele. Jednocześnie jej los stanowił prefigurację postępującej bezbronności jednostki wobec logiki mediów, wobec mechanizmów tworzenia społeczeństwa „informacyjnego”, z tym zastrzeżeniem, że największą nośnością charakteryzuje się informacja „brukowa”. Ma tę właściwość, że jest zakamuflowanym i niesłychanie zwartym połączeniem politycznej poprawności z domysłem, plotką, insynuacją. Wynikająca z niej treść układa się w zero-jedynkową semantykę, tworzy czarno-biały świat. W nim nie da się pomieścić skomplikowanej natury człowieka. Skoro tak, to tym gorzej dla skomplikowanej natury człowieka.

Sprzeciw Bölla, tego „adwokata anarchistycznych gangsterów”, jak określały go najbardziej wpływowe media niemieckie, można by dzisiaj łatwo zbanalizować, odwołując się chociażby do pojęcia „czwartej władzy”, która pisze, dzieli i rządzi. Myślę jednak, że z „Utraconej czci Katarzyny Blum” można wyczytać coś więcej – tragiczną sytuację jednostki, która aby siebie ocalić, dokonuje zamachu na system. Uczyniwszy to, nie jest w stanie siebie ocalić. Przeciwnie – czeka ją klęska, infamia i rozpacz. W tej materii niewiele się chyba zmieniło. Nie umiem, a nawet nie wiem, czy chcę to sobie jasno tłumaczyć, lecz media i „miękkie”, popkulturowe pokłosie wydarzeń marcowych weszło w bliski, żeby nie powiedzieć intymny kontakt. Stworzyło system naczyń połączonych. O idei wolności można mówić, ale tylko w obrębie dopuszczalnego paktu, nie naruszającego status quo. Tym samym idee marcowe mocno się skomercjalizowały i stworzyły ramy dla neoliberalnych światopoglądów.

Wsłuchując się w rocznicowe wspominki o roku ’68, jakoś nie czuję tego „marcowego” zachwytu nad młodzieńczą rewoltą. Jakoś nie układają się one w obraz maszerujących studentów, pacyfistów o rozpłomienionych oczach. Przed oczami staje mi postać literacka – Katarzyna Blum. Szczucie, nagonka, relacja władza – ofiara, wreszcie sąd, wyrok, więzienie. Człowiek wciśnięty i zmiażdżony przez zradykalizowane na moment wizje świata, które po czasie weszły w pakt o nieinwazyjny pakt koabitacji.

Katarzyna Blum jest dla mnie czarną legendą wolnościowej Europy. Właśnie jej utracona cześć, a nie „W drodze” Kerouaca, nie „Howl” Ginsberga i rusałkowe tańce dzieci-kwiatów. A może, idąc dalej, mitem założycielskim dzisiejszej Europy, mitem wypartym, poddanym tabuizacji jest właśnie Baader-Meinhof i RAF? Oj, broń, panie Boże! Dopuszczenie tego mitu do głosu odebrałoby Europie moralną sankcję do kodyfikacji i promocji własnej moralności. Źli terroryści zabijali dobrych ludzi. Źli terroryści muszą być odizolowani od społeczeństwa, muszą zgnić w więzieniu. Wolimy akcentować jaśniejszą stronę tej romantycznej eksplozji marcowej wiosny. Co jednak zrobić z jej ciemną, brzydką i „niefajną” stroną? Ona domaga się chyba ponownego wysłuchania. Ona domaga się chyba kontr-opowieści w dominującym, dostępnym dyskursie.

Katarzyna Blum urodziła się w 1947 roku. Dwa lata po wojnie swoich ojców i dziadów. Gdyby dzisiaj wyszła z więzienia miałaby sześćdziesiąt jeden lat. Gdyby wyszła, to byłaby tylko starą kobietą.