ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (106) / 2008

Łukasz Białkowski,

SZUMOWINY I KLISZE

A A A
Późnym wieczorem w październiku 2005 roku grupka młodych mieszkańców Argenteuil, jednej z podmiejskich dzielnic Paryża, obrzuciła wyzwiskami i kamieniami ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Francji – Nicolasa Sarkozy’ego. Zdenerwowany, otoczony kordonem ochraniarzy minister, któremu cały czas towarzyszyły kamery wielu stacji telewizyjnych, patrząc wprost w obiektywy, rzucił pewny siebie: „Dość już macie tych szumowin, nieprawdaż? No, to już niedługo zajmiemy się nimi!” Następnego dnia słowo racailles – w tłumaczeniu na polski: szumowiny, motłoch – było najczęściej wymawianym słowem nad Sekwaną. Powtarzała je prasa, ale powtarzali je także rozjuszeni mieszańcy przedmieść, domagając się od ministra przeprosin.

Po przedmieściach Paryża i innych miast Francji rozlała się fala zamieszek, których symbolem stały się podpalone samochody. Grupy bezrobotnych Francuzów, pochodzących najczęściej z Afryki, prowadziły zacięte i widowiskowe bitwy z policją, jakby w przekonaniu, że tylko w ten sposób zwrócą uwagę rządowych decydentów na swoje położenie. Młodzi, zmarginalizowani i sfrustrowani wychowali się w gettach podobnych do tych z nowojorskiego Bronksu czy Harlemu, gdzie policja pojawia się jedynie po to, żeby dla zasady spałować kilku najbardziej rzutkich spośród nich i potem uciec. Mieszkają kilkanaście kilometrów do wieży Eiffela, ale widzieli ją tylko w telewizji. Do Centrum Pompidou w praktyce mają dalej niż wykształcony mieszkaniec Warszawy.

Mohamed Bourouissa jest jednym z chłopaków z przedmieść. Autor serii zdjęć zatytułowanej „Peryferyczne”, która w 2007 roku wygrała festiwal Voices Off w Arles i którą możemy oglądać w krakowskiej Galerii Pauza, urodził się w rodzinie algierskich emigrantów, osiadłej w Neuilly-sur-Sein pod Paryżem. Środowisko podmiejskich „szumowin” zna jak własną kieszeń. Doświadczenie życia we „wrażliwych dzielnicach” (tak francuska prasa nazywa podmiejskie getta), znajomość ludzi i panujących tam realiów dają mu możliwość zrobienia świetnego reportażu. W przeciwieństwie do człowieka z zewnątrz, który wzbudziłby podejrzenia lub niechęć, Bourouissa może sfotografować najbardziej zaplute zakamarki i najpikantniejsze momenty życia mieszkańców przedmieść. Idzie jednak o krok dalej.

Zdjęcia reportażowe uwikłane są w konwencje przedstawieniowe tak jak każda inna dziedzina fotografii i sztuk wizualnych. Pokazują to, co czytelnicy przyzwyczajeni są oglądać i w sposób, do którego przywykli. Reporterzy poszukują scenek, które będę wpisywały się w potoczne wyobrażenia. Jeśli przedmieścia kojarzone są z arabskimi imigrantami i przemocą, nikogo nie zainteresuje przedstawianie pary zakochanych na tle blokowisk. Najwyżej jako rodzaj ciekawostki, która komunikuje: popatrzcie, tam jednak czasem toczy się zwyczajne życie. Co innego para w czasie kłótni lub płonący samochód. Takie obrazki doskonale wpisują się w typowe wyobrażenie arabskich dzielnic.

Dowcip zdjęć Bourouissy i powód, dla którego zyskały uznanie krytyków oraz kolekcjonerów (od momentu, kiedy prezentowana tu seria wygrała Voices Off, każda odbitka sprzedawana jest za kilka tysięcy euros), polega na tym, że odnosząc się do prasowego kontekstu, inteligentnie komentują współczesną Francję i jej nieumiejętność uporania się z problemem gett.

Aranżując swoje scenki, Bourouissa chce zbudować napięcie i skupić uwagę widza w taki sam sposób, jak czynił to Henri Cartier-Bresson. Wybór nie jest przypadkowy: Cartier-Bresson – ojciec fotografii reportażowej – wywarł ogromny wpływ na sposób, w jaki media przedstawiają rzeczywistość. Bourouissa odwołuje się do specyfiki zdjęć Cartier-Bressona i ukutego przezeń pojęcia „decydującego momentu”, czyli takiego momentu akcji, który jeśli został sfotografowany, informuje o tym, co zdarzyło się przedtem i co wydarzy się za chwilę. Najbardziej znane fotografie Cartier-Bressona przedstawiają obrazki z życia paryskich mieszczan. Na jednym marynarz całuje dziewczynę, na innym ktoś upuścił bagietkę, na jeszcze innym ktoś skoczył przez kałużę. Scenki te pretendowały kiedyś do miana obrazu całego społeczeństwa. Przedstawiały oczywiście rodowitych, białych Francuzów. Bourouissa parodiuje technikę Cartier-Bressona i pokazuje, że kilkanaście kilometrów od miejsc, w których miały miejsce te idylliczne scenki, znajduje się zupełnie inny świat. I to też jest Francja.

Bourouissa wziął na warsztat te reporterskie clichés. Jego zdjęcia przedstawiają rozmaite sytuacje tak, jakby zostały sfotografowane dla prasy. Są dokładnie przemyślanymi i zaaranżowanymi scenkami. Ich autor, zanim przejdzie do robienia fotografii, spędza długie godziny, rozrysowując układ postaci. Aktorami w tych reżyserowanych i precyzyjnie skomponowanych scenkach są jego przyjaciele. Znajdują się w przestrzeni, którą świetnie znają. Są u siebie. Jednak trudno nie odnieść wdrążenia, że na zdjęciach dominuje poczucie obcości. Jakiegoś wyhamowania spontaniczności. Chociaż osoby na zdjęciach są u siebie i zachowują się tak jak na co dzień, to realizują pewne przedstawienie. Nie według własnego scenariusza i na dobrą sprawę nawet nie według scenariusza Bourouissy. Odgrywają role, które przewidziały dla nich mass media. Reżyserując swoje fotografie, Bourouissa myśli nie tylko o kompozycji, świetle, ostrości, pierwszym i drugim planie. Przede wszystkim bierze pod uwagę obraz przedmieść, który funkcjonuje w mediach. Mówi: „Proszę, macie nas takich, jakich chcecie mieć. Zobojętnianych, wulgarnych a najczęściej agresywnych. Ale pamiętajcie, wydawało wam się, że wiecie jak wyglądamy, jeszcze zanim nas zobaczyliście”.
Miesiąc Fotografii w Krakowie: Mohamed Bourouissa „Périphéries”; Galeria Pauza, Kraków; 6 - 31 maja 2008.