Wydanie bieżące

15 maja 10 (106) / 2008

Grzegorz Mucha,

THE KOOKS

A A A
“Konk”. Virgin / EMI, 2008.
Kwartet z Brighton zrealizował swoją drugą płytę. Poprzedni album „Inside In / Inside Out” z 2006 roku przyniósł im uznanie i sporą sławę (2 miliony sprzedanych płyt). Stali się znaną i cenioną grupą koncertową. Publiczność doceniła witalność i siłę ich muzyki.

Nowe nagranie zrealizowano w studiu Konk, którego nazwa stała się tytułem płyty. Producentem ponownie został Tony Hoffer, dzięki któremu energia, jaką zespół emituje na scenie, została utrzymana także w studiu i sprawnie przeniesiona na płytę. To bardzo ważne, bo muzycy należą do młodzieniaszków, których celem jest doprowadzenie słuchaczy do upojnego szaleństwa podczas słuchania ich prostej, ale zaraźliwie dobrej muzyki. W wywiadach deklarują wręcz pragnienie zdobycia słuchacza poprzez wprawienie go w taneczny, indie-rockowy trans.

Niektóre piosenki powstały jeszcze podczas sesji na „Inside In / Inside Out”, ale grupa ma na tyle dużo piosenek, że pewnie mogłaby wkrótce wydać kolejną płytę. W ich utworach wyraźnie czuje się specyficzną, angielską witalność, która udzieliła się wielu fanom na całym świecie. Ich nowa trasa koncertowa obejmuje nawet tak odległe kraje, jak Brazylia czy Stany Zjednoczone (w tym Hawaje). Do dynamicznych melodii dołączają poprawne (często dobre) teksty, a umiejętności gitarzysty niejednokrotnie sprawiają sporą przyjemność.

Na „Konk” zwracają uwagę „Sine On”; „Sway” i „Always Where I Need To Be”. Ale wśród dwunastu nowych piosenek nie ma wpadek. Każda z nich zyskuje przy kolejnym słuchaniu, co w tak prostej muzyce stanowi pewien fenomen. Przypominają pod tym względem mój ulubiony „Hard-Fi”. Tymczasem grupa często (zbyt często) bywa konfrontowana z The Arctic Monkeys, co może prowokować nowy konflikt przypominający ten sprzed lat, pomiędzy Blur i Oasis. Mam nadzieję, że tego typu „zawody” nie wciągną tych sympatycznych i bardzo młodych muzyków.

Wygląda na to, że i poza Londynem powstają się interesujące zespoły. Czy The Kooks będą w przyszłości zjawiskiem na miarę podlondyńskiego fenomenu The Cure? Na to są chyba jednak zbyt schematyczni, ale może i oni znużą się swoim wczesnym stylem? Na razie ich największą siłą pozostaje niebywała energia, której polecam od czasu do czasu ulec.